[b][link=http://blog.rp.pl/gabryel/2009/04/26/tusk-na-trenera-reprezentacji-polski/]skomentuj na blogu[/link][/b]

A z kolei niemal każdy dzień powszedni przynosi nowe dowody koszmarnie niskiej formy premiera Donalda Tuska. Tusk jest więc — chyba bezspornie — najlepszym piłkarzem wśród premierów i zarazem najlepszym premierem wśród piłkarzy. Niestety, nie jest ani najlepszym piłkarzem wśród piłkarzy, ani najlepszym premierem wśród premierów.

Niedawno dwaj politycy, Władysław Frasyniuk oraz Paweł Piskorski, których trudno posądzać o skrajną niechęć do Platformy Obywatelskiej i jej rządu, zaapelowali na łamach „Gazety Wyborczej”, aby Donald Tusk przestał się męczyć na fotelu premiera, tym bardziej, że przed nim wyczerpująca kampania przed wyborami prezydenckimi, i ustąpił z zajmowanego stanowiska.

Co prawda w tym samym czasie do kancelarii szefa rządu nie napłynęły szerokim strumieniem prośby o dołączenie przez Donalda Tuska do którejś z drużyn polskiej ekstraklasy, ale to z pewnością tylko kwestia czasu i być może braku wiedzy o dopuszczaniu przez Tuska takiego zwrotu we własnej karierze.

Gdyby do tego doszło, gdyby Donald Tusk rzeczywiście pożegnał się z coraz wyraźniej ciążącą mu pracą premiera, a oddał się sprawiającej mu widoczną przyjemność pracy piłkarza, a wkrótce trenera którejś z drużyn klubowych, potem zaś być może selekcjonera polskiej narodowej jedenastki, zyskaliby wszyscy. Zyskałby Donald Tusk, zyskaliby kibice, no i zyskaliby oczywiście obywatele naszego kraju. A z boiska też przecież można — i to powodzeniem — kandydować w wyborach na najwyższy urząd w państwie.

Tym bardziej, że chętnych na zajęcie premierowskiej posady po Tusku w Platformie Obywatelskiej z pewnością nie zabraknie. No, choćby Grzegorz Schetyna albo Bronisław Komorowski, że o Januszu Palikocie, którego polityczna ambicja wprost rozsadza, nie wspomnę.