W dzisiejszym świecie na ogół jednak nie działa sam, potrzebuje wsparcia i pomocy. Warto o tym pamiętać po triumfie polskiego filmu na gali Oscarów.

Ta nagroda jest potwierdzeniem umiejętności i artystycznej wrażliwości Pawła Pawlikowskiego, którego „Ida" – dziesiąty film polskiego reżysera w historii nominowany do Oscara – jako pierwsza zdobyła tę statuetkę. Jednocześnie wszakże to dowód, że polskie kino po okresie bezradności wobec inwazji hollywoodzkich produkcji odrodziło się i jest w stanie zdobyć publiczność nie tylko w kraju. Potrafi podejmować ważne, trudne i często kontrowersyjne – jak „Ida" – tematy. Jest mocno osadzone w naszych realiach, sporach czy dyskusjach, a jednocześnie nadaje im walor uniwersalny, przyciągając widzów na świecie.

Film Pawlikowskiego stanowi tego najlepszy przykład, bo nim zaczął kolekcjonować międzynarodowe nagrody, w Polsce zyskał mniejszą widownię niż we Francji, gdzie obejrzało go ponad pół miliona osób.

Tegoroczny Oscar nie trafia więc do kraju o egzotycznej kinematografii, lecz do Polski, która w ostatnich dziesięciu latach stworzyła sprawny system wyłaniania projektów filmowych, ich finansowania z różnych źródeł oraz coraz skuteczniejszej promocji w świecie. Potrafimy się uczyć od innych, o czym świadczą liczne przedsięwzięcia koprodukcyjne, jakie podejmujemy z zagranicznymi partnerami. Nie kopiujemy jednak nikogo, czego dowodem choćby poprzedzające triumf „Idy" sukcesy na różnych festiwalach filmu „Chce się żyć" Macieja Pieprzycy czy niedawna nagroda Małgorzaty Szumowskiej na festiwalu w Berlinie za reżyserię „Body/Ciało".

O przyszłość polskiego filmu możemy więc być spokojni. Tym bardziej że dominuje dziś w nim nowe pokolenie twórców, w większości 40-latków. Zdobywca Oscara, 57-letni Paweł Pawlikowski, stanie się zapewne dla nich wzorem, ale oni będą dalej tworzyć własne kino o ważnych sprawach.