ZNP chce 10-proc. podwyżek. Na 18 kwietnia zapowiada manifestację, a na jesień – jeśli rząd nie spełni jego postulatów – nawet strajk. Co na to rząd? Premier Ewa Kopacz na razie dyplomatycznie milczy, ale jako harcownika wypuściła już Joannę Kluzik-Rostkowską, szefową MEN. Ta wskazuje: pula budżetowych pieniędzy dla nauczycieli w ciągu ostatnich dziesięciu lat wzrosła z 25 do 40 mld zł, w tym czasie liczba uczniów zmalała o 23 proc., a pedagodzy jako jedyna grupa zawodowa budżetówki dostali 50 proc. podwyżki. Ponadto nauczyciele cieszą się niespotykanymi gdzie indziej przywilejami. Pomijając już kwestię, że to rząd PO zaprzepaścił szansę na reformy systemu wynagradzania i zatrudniania pedagogów, trudno się nie zgodzić z Kluzik-Rostkowską, która mówi: zanim porozmawiamy o kolejnych podwyżkach, niech pedagodzy przedstawią projekt zmian w Karcie nauczyciela. ZNP nie chce jednak o tym słyszeć. I zapowiada protesty. Paradoksalnie, może się to skończyć katastrofą. Z tym że dla ZNP. Coraz więcej Polaków zauważa bowiem, że choć nauczyciele cieszą się niezwykłymi przywilejami, to jakość usług, jakie świadczą, pozostawia wiele do życzenia. I nie zmieni tego obrazu propaganda sukcesu oparta na badaniach PISA.

Rodzicom trudno pojąć, dlaczego ich dzieci muszą brać korepetycje z coraz większej liczby przedmiotów. Czemu lekcje prowadzone są z tzw. bryków, skąd się biorą masowo wystawiane złe oceny, za które odpowiadają wyłącznie „uczniowie nieuki"? Dlaczego szkoły w czasie wakacji są zamknięte na głucho, dlaczego brak dodatkowych zajęć, świetlic, miejsc w przedszkolach? Postawy pedagogów nie rozumieją też samorządy, które ze względu na nauczycielskie przywileje nie są w stanie realizować często nawet podstawowych inwestycji dla mieszkańców. Jak mówił mi niedawno Krzysztof Chaciński, burmistrz Radzymina, jego gmina dostaje z budżetu na edukację nieco ponad 20 mln zł, a dokłada do tego niemal drugie tyle. – Dlaczego nauczyciele nie mogą pracować na podstawie kodeksu pracy? – dziwi się burmistrz.

W tej sytuacji dobrze by było, gdyby pedagodzy zastrajkowali. Przelałaby się wtedy czara goryczy, ktoś wreszcie uderzyłby pięścią w stół i zaczął poważnie rozmawiać o systemie edukacji. Tylko czy unikająca poważnych wyzwań Platforma jest jeszcze w stanie to zrobić?