Doskonale pamiętam eleganckie rządowe lancie podjeżdżające z piskiem opon na róg ulic Emilii Plater i Hożej w Warszawie z posłami, ministrami, ich żonami, mężami, tatusiami, mamusiami czy dziećmi. Adres był świetnie znany. Mieściła się tam klinika rządowa (znana oficjalnie jako Lecznica Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej) dla najważniejszych urzędników państwowych, polityków i dygnitarzy. Dla plebsu, rzecz jasna, zamknięta. Bolała główka czy nóżka, przydarzyła się niestrawność czy opuchnięta kostka, służbowy kierowca wiózł na Emilii Plater. Tam jakość usług medycznych była gwarantowana, bez kolejek, a przede wszystkim nie trzeba było mijać się w drzwiach z wyborcami.

Czytaj więcej

Donald Tusk o Szpitalu Południowym: Jeśli był salonik VIP, muszą polecieć głowy

W Polsce od lat były grupy uprzywilejowane w korzystaniu z ochrony zdrowia

Klinika funkcjonowała od czasów wczesnego PRL jako zamknięta placówka przeznaczona dla najwyższych władz państwowych i elit politycznych. Nie była jedyna; w każdym większym mieście było podobnie. Władza i elity partyjne w Krakowie leczyły się w szpitalu MSW przy ul. Dzierżyńskiego, w Gdańsku przy ul. Kartuskiej etc.

Cały system leczenia szpitalnego w Polsce Ludowej opierał się na zasadzie grup uprzywilejowanych. Na Śląsku były szpitale górnicze, na wybrzeżu lecznice dla marynarzy, w każdym większym mieście wojskowe. Zatem nie dla każdego.

A teraz pytanko dla dociekliwych: kiedy zlikwidowano centralną lecznicę dla władz przy Emilii Plater? Otóż 1 stycznia 1999 r. Dziesięć lat po upadku komunizmu. Można więc z góry założyć, że większość dzisiejszych polityków aktywnych w latach 90. świetnie znała dyskretne zacisze tego szpitala. Placówkę zlikwidowano, ale obyczaje zostały i dlatego poraża dzisiejszy festiwal hipokryzji polityków w sprawie „saloniku VIP” i szybkiej ścieżki dla kolesi pana doktora Kacprzyka w Szpitalu Południowym w Warszawie.

Czytaj więcej

Artur Bartkiewicz: W Szpitalu Południowym twoje kolano jest lepsze niż moje

Niech się odezwą polityczne „plecy” Dawida Kacprzyka

Niech pierwszy rzuci kamieniem ten z polityków, który nigdy nie korzystał z przywilejów. Niech rzuci kamieniem Jarosław Kaczyński, dla którego – gdy przywożono go na Szaserów – zamykano cały oddział. Przypominać panu prezesowi więcej? Nie chcę być bezczelny. Tak. Władza deprawuje. A reguła jest taka, że im ta władza większa, a pozycja wyższa, tym roszczenia bardziej wygórowane. I dotyczy to każdego, niemal każdego polityka w naszym skazanym na kolejki i deficyt lekarzy systemie zdrowotnym.

Oczywiście nie lekceważę sprawy niezwykle zaradnego pana doktora, działacza KO z Warszawy. Trzeba do końca wyjaśnić, czy zarabiał uczciwie, czy – jak wszyscy sądzą – naciągał system. Ale to zadanie dla prokuratury. Wypada też rozliczyć politycznie jego mocodawców, bo ów młody człowiek nie mógł zrobić takiego skoku na kasę bez mocnych „pleców”. Niech więc „plecy” się odezwą, wytłumaczą i poniosą odpowiedzialność. Ale strzeżmy się szaleństwa hipokryzji. Bo im głośniejsze będą głosy potępienia ze strony koryfeuszy polskiej polityki, tym bliżej trzeba się będzie przyjrzeć im samym. Do czego namawiam kolegów dziennikarzy.