Francis Fukuyama był pierwszą ofiarą klikbajtu. W 1989 r. napisał esej pod tytułem, który do dziś go prześladuje. „Koniec historii” powraca jako przykład przestrzelonej prognozy. Kiedy 24 lutego 2022 r. Rosja rozpoczęła pełnoskalową wojnę z Ukrainą, wielu komentatorów za punkt honoru przyjęło wytknąć amerykańskiemu politologowi, że się pomylił. Na to reagowali nieliczni puryści, przypominając, że Fukuyamie chodziło o coś innego. Dzieło jednak żyje własnym życiem i „koniec historii” to fraza, która stała się częścią kultury – również masowej. Kto nigdy nie zaśmiał się, oglądając memy z Fukuyamą...
Wiemy już – jeśli tytuł eseju amerykańskiego politologa rozumieć dosłownie – że historia wcale się nie kończy. Być może w 1989 r. mogło się tak wydawać. I w tym sensie Fukuyamie możemy być wdzięczni: tytuł jego eseju to – choć niezamierzony – zapis ducha epoki. Ale cztery lata temu otrzymaliśmy gorzką lekcję: historia nie bierze wolnego. Może dlatego do pracy przychodzi wściekła.
Mamy te same lęki, co czytelnicy pierwszego numeru „Rzeczpospolitej” 106 lat temu
W tym, że historia się nie kończy, utwierdza nas pierwsza strona pierwszego numeru „Rzeczpospolitej” z 15 czerwca 1920 r. Europa Środkowa znalazła się „pod znakiem przesileń gabinetowych”, ważyła się przyszłość państwa ukraińskiego, oczy świata zwróciły się w stronę Moskwy, a Sztab Generalny informował Polaków o postępach w walce z bolszewikami, która za dwa miesiące osiągnie kulminację.
Czytaj więcej
Odtwarzając losy „Rzeczpospolitej", można prześledzić, jak się ona zmienia wraz z Polską, z czytelnikami i dla czytelników. To pismo, które nadąża...
Prof. Karol Modzelewski w ostatnim wywiadzie, którego udzielił „Gazecie Wyborczej” przed śmiercią, powiedział, że „historia to rodzaj zawierania bliskiej znajomości z ludźmi, zbiorowościami, których już dawno nie ma”, a w których „szuka czegoś, co pozwala mu się z nimi porozumieć”. Możemy zawrzeć bliską znajomość z ludźmi, którzy żyli w Europie 106 lat temu, a płaszczyzną porozumienia okazują się wspólne lęki. Zalecam ostrożność w analogiach historycznych, ale jeśli myślę o tym, w jakim położeniu znajduje się Stary Świat, to najczęściej przychodzi mi do głowy koniec I wojny światowej, czy dwudziestolecie międzywojenne w ogóle. Historyczne wykształcenie jest błogosławieństwem, ale i przekleństwem.
Jaka przyszłość czeka Europę. I media
Kiedy oglądałam pierwsze wydanie „Rzeczpospolitej”, dłużej zatrzymało mnie przemówienie arcybiskupa Józefa Teodorowicza (swoją drogą, historycznej postaci z ciekawym życiorysem). Przed poświęceniem redakcji, skupił się na zawodzie dziennikarza: nowy dziennik odpowiada na „potrzeby ojczyzny i narodu”, dziennikarstwo jest „służbą Bożą i służbą narodową”, a dziennikarz to „szermierz idei”, który „musi krzesać myśl z swej duszy i serca”; ma iść „cucić obojętnych, ośmielać zalękłych, jednoczyć idących samopas”, a także być „heroldem jej (polskiej duszy – red.) lęku i jej radości, jej porywu i jej zapału”, wreszcie – „przebić się przez zgiełk i wrzawę”, tam, gdzie „żyje wiara, nadzieja, miłość”
Mogłabym nie uwierzyć, gdyby w dniu ukończenia studiów historycznych, ktoś powiedział mi, że 12 lat później przyjdzie moment, w którym zadam sobie pytanie „Czy to już Monachium?”. Kiedy kończę ten tekst, dzielni ukraińscy strażacy walczą o Ławrę Peczerską – jeden z symboli Kijowa, objęty ogniem w wyniku rosyjskich nalotów w nocy z 14 na 15 czerwca 2026 r. O ile przyszłość Europy, w tym Ukrainy i Polski jest źródłem lęku (a mądre media powinny dbać o to, by nie przekształcił się w panikę), to o wiele bardziej lękam się o przyszłość mediów. 106 lat temu gazety były chodliwym towarem na ulicy. Ale jeśli to dziennikarze nie będą bronić jakościowych mediów przed wszystkim, co im zagraża, to nikt inny tego nie zrobi.