PiS w 2015 r. doszedł do władzy nie tylko dlatego, że Polacy byli zmęczeni ośmioma latami rządów koalicji PO–PSL, Jackiem Rostowskim przekonującym, że „pieniędzy nie ma i nie będzie” czy Bronisławem Komorowskim radzącym, by „zmienić pracę i wziąć kredyt”. Ważnym źródłem sukcesu PiS-u było zdobycie niemal monopolu na prawicy. Wciągnięcie na listy Suwerennej Polski i Porozumienia Jarosława Gowina przy marginalnym wówczas Ruchu Narodowym czy egzotycznym w tamtym czasie środowisku skupionym wokół Janusza Korwin-Mikkego sprawiło, że wyborca o prawicowych poglądach był skazany na PiS – zwłaszcza wobec dryfu Platformy Obywatelskiej w lewą stronę politycznego spektrum. 

Konfederacja walczy dziś o to, by być reprezentantem całej prawicy

W 2019 r. sytuacja nadal była podobna, choć na scenę weszła Konfederacja, ale ona nie tyle uszczknęła elektorat PiS-u, co zagospodarowała dotychczas niezmobilizowanych oraz sieroty po PO/KO popierające tę partię przede wszystkim ze względu na jej liberalizm gospodarczy. PiS nadal był partią „wielkiego prawicowego namiotu”, w której było miejsce – nie tylko w partii, ale i w rządzie – i dla Mateusza Morawieckiego, i Michała Dworczyka, i dla Zbigniewa Ziobry czy Przemysława Czarnka.

Czytaj więcej

Mateusz Morawiecki powołał stowarzyszenie. „Taka inicjatywa wpisywałaby się w intrygi”

Obecnie sytuacja jest zupełnie inna. Po pierwsze – Konfederacja okrzepła, pozbyła się balastu, jakim był dla tego środowiska Janusz Korwin-Mikke i jego kontrowersyjne w wielu sprawach poglądy, nawet dla prawicowych wyborców. Stała się partią nieco bardziej establishmentową, a nieco mniej rewolucyjną. W efekcie przystąpiła do rywalizacji o rząd dusz jako reprezentant całego obozu prawicowego, a nie jego ultraliberalnego czy narodowego skrzydła. Wskazuje na to sondażowe poparcie sięgające czasem 15 proc.

PiS nie jest już wcale partią całego prawicowego obozu, lecz reprezentuje jego część

Konfederacja wciąż jest młodszym bratem PiS-u, ale właśnie – bratem, a nie odległym, ekscentrycznym kuzynem. Na dodatek ma – w porównaniu do PiS – olbrzymi atut: nie obciąża ją jak dotąd sprawowanie władzy (owszem, niektórzy przedstawiciele ruchu narodowego, jak Krzysztof Bosak, partycypowali w rządach w latach 2007-2009, ale z perspektywy polskiej polityki to przecież prehistoria). Tak że Konfederacja może śmiało mówić prawicowemu wyborcy: oni rządzili i widzicie, jak to się skończyło. 

Przemysław Czarnek nigdy nie będzie Grzegorzem Braunem bardziej niż sam Grzegorz Braun

Z drugiej strony prawicowi radykałowie, których w Zjednoczonej Prawicy reprezentowała Solidarna/Suwerenna Polska, po rozmyciu się tej formacji w PiS zostali nieco osamotnieni – z czego skorzystał po rozstaniu się z Konfederacją Grzegorz Braun. Dziś, co widać w sondażach, Konfederacja Korony Polskiej urosła tam, gdzie PiS się skurczył. Przemysław Czarnek jako kandydat na premiera jest próbą odpowiedzi na ten problem, ale tam, gdzie Czarnek może sobie pozwolić, by powiedzieć „a” (np. OZE-sroze), tam Grzegorz Braun wyrecytuje cały alfabet (czyli np. wezwie do wyjścia z UE). Czarnek jako substytut Brauna nigdy nie dorówna oryginałowi. A wyborca, któremu ten przekaz odpowiada, mając do wyboru oryginał i kopię, postawi raczej na to pierwsze.

Foto: rp.pl/Weronika Porębska

W efekcie PiS nie jest już wcale partią całego prawicowego obozu, lecz reprezentuje jego część. A skoro tak, to naturalne jest, że w samym PiS jedność przestaje być dla jego ambitnych członków bezwzględną wartością, bo członkostwo w PiS nie oznacza już bycia baronem czy hrabią w wielkim królestwie prawicy, lecz raczej kasztelanem w jednym z trzech prawicowych księstw. A skoro tak – to czy nie lepiej zostać czwartym księciem?