W normalnym – nie tak totalnie spolaryzowanym politycznie – kraju, który znajduje się nieopodal granic mrocznego i groźnego imperium, gest ministra obrony narodowej, który poprawia projekt finansowania armii przedstawiony przez skonfliktowanego z nim prezydenta, tak by był akceptowalny przez obecną większość parlamentarną, uznany zostałby za piękny. W takim kraju bowiem za słuszne uważano by poszukiwanie kompromisu ponad politycznymi sporami w kwestiach, od których może zależeć dalsza egzystencja własnego państwa.

Ale koniec pięknych snów, pobudka! Polska nie jest takim krajem, choć powinna nim być. I gest wicepremiera, szefa MON i prezesa koalicyjnego PSL, Władysława Kosiniaka-Kamysza, który przedstawił projekt ustawy o Bezpiecznej Polsce, czyli SAFE-PSL, jawi się – podobnie, jak i jego autor – trochę jak przybysz z innego świata.

Czego dotyczył spór między Donaldem Tuskiem i Karolem Nawrockim w sprawie SAFE?

– Niebezpieczeństwo jest u drzwi Polski. Tutaj wszyscy rozumieją, jakie jest zagrożenie i jak je odstraszyć – zaklinał w tym tygodniu rzeczywistość ambasador USA Tom Rose podczas uroczystości podpisania umowy między polskim rządem a amerykańską firmą produkującą śmigłowce Apache. Bo niby wszyscy o tym wiedzą, ale jednak trwa wielotygodniowy spór o SAFE między premierem Donaldem Tuskiem i jego rządem a prezydentem Karolem Nawrockim. 

Czytaj więcej

Tak PSL chce finansować polską obronność. Analizujemy projekt ustawy

Weto Nawrockiego do ustawy, która ułatwiała wydanie na zbrojenia, ale też na transport, straż graniczną itp., unijnych miliardów, było tylko głośną salwą w tym sporze, który przecież trwa w najlepsze. Premier – spodziewając się, że Nawrocki może chcieć zawetować przepisy – podniósł stawkę sporu bardzo wysoko, stawiając znak równości między bezpieczeństwem Polski i podpisem, w myśl sloganu SAFE=bezpieczeństwo i niepodległość. Weto w tej logice oznaczałoby zdradę narodowych interesów.

I choć początkowo stanowisko rządu miało za sobą większość Polaków, próba wykorzystania tej sprawy do delegitymizacji prezydenta nie do końca się udała. Poparcie dla SAFE zaczęło spadać, prezydent zaś szukał pretekstu, przekonując, że do finansowania armii, zamiast pożyczki, lepiej użyć zysków ze złota, które gromadzi w Narodowym Banku Polskim. Przedstawił więc zamiast unijnego SAFE, tzw. Polski SAFE 0 proc., który marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty jednak odesłał do nadawcy, prosząc o  rzekomo niezbędne poprawki i wyjaśnienia.

Foto: Paweł Krupecki

Dlaczego Władysław Kosiniak-Kamysz proponuje Karolowi Nawrockiemu i Donaldowi Tuskowi kompromis, proponując SAFE-PSL?

I w środek tej młócki wchodzi minister Kosiniak-Kamysz, jakby nie rozumiejąc, że była to tylko kolejna odsłona śmiertelnego sporu sił konserwatywno-nacjonalistycznych z proeuropejsko-liberalnymi o rząd polskich dusz, lecz tylko techniczna sprawa, z propozycją kompromisu. Weźmy pieniądze i z unijnej pożyczki, i z zysków NBP, jeśli takowe będą – mówi szef MON. Jego przekaz brzmi tak, jakby wierzył, że da się połączyć ogień z wodą i przyjemnie spędzić czas w saunie.

Ale taki gest miałby sens, gdyby ktokolwiek chciał kompromisu. Biorąc pod uwagę, że prezydent Karol Nawrocki po swym wecie, uzasadnianym przy użyciu mocno antyunijnej retoryki pojechał do Budapesztu ściskać się z Viktorem Orbánem i przy okazji mało nie pobił dziennikarza nielubianej przez siebie TVN, trudno sądzić, że szuka z obozem rządzącym jakiejkolwiek nici porozumienia. Chce pokazać, że jest jak Donald Trump – najtwardszym gościem w dzielnicy, który nie będzie zawiązywał ani kompromisów, ani kłaniał się liberalnym redaktorom. I dopóki sam nie dostanie łomotu – oczywiście metaforycznego – w postaci sondażowych spadków, nie będzie szukał kompromisu. Ze strony premiera Tuska też nie bardzo widać chęć do ustępowania Nawrockiemu pola w czymkolwiek.

Program SAFE

Program SAFE

Foto: Infografika PAP

Być może więc i Kosiniak-Kamysz, i jego SAFE-PSL zostaną tam, gdzie wiele świetnych pomysłów i bohaterów, którzy mieli rację. Słowniki biograficzne są pełne takich bohaterów, znanych głównie z tego, że nikt ich nie chciał słuchać.