Emocje były w nocy z niedzieli na poniedziałek wielkie w Sao Paulo, Rio de Janeiro czy Fortalezie. Niezwykle sprawny system liczenia głosów na początku dawał przewagę Bolsonaro, ale w miarę, jak dochodziły wyniki z fawel, biednej północno-wschodniej części kraju, Ignacio Lula da Silva wyszedł na prowadzenie. Ostatecznie wygrał zdobywając 50,9 procent głosów wobec 49,1 procent dla swojego oponent. Zwycięstwo trudne ale jednoznaczne.
Jednak jeszcze w poniedziałek rano czasu polskiego Bolsonaro nie chciał uznać porażki. To nie zaskakuje. Tak jak Donald Trump i jego zagraniczni poplecznicy, nie potrafi grać fair. Od wielu miesięcy powtarzał, że „tylko Bóg pozbawi go prezydentury”. Amerykanie byli w ostatnich tygodniach tak zaniepokojeni o brazylijską demokrację, że do doradcy odchodzącego, brazylijskiego prezydenta, zadzwonił szef CIA William Burns. Robili to też inni, wysokiej rangi przedstawiciele amerykańskiej administracji. W Waszyngtonie nie wiedziano, czy zwycięstwo Bolsonaro nie uruchomiłoby w obu Amerykach dynamiki, która ułatwiłaby powrót do Białego Domu za dwa lata Trumpa. Nadal zresztą żywe są obawy, że Bolsonaro wyprowadzi na ulice swoich zwolenników i będzie czekał, aż armia stanie po jego stronie, cofając o 36 lat, do czasów wojskowej dyktatury, zegary brazylijskiej historii.