Finał Eurowizji stał się przedmiotem wielkie „inby” w mediach społecznościowych. Jeszcze w poniedziałek po południu piąte oraz szóste miejsce w trendach na Twitterze należały właśnie do wydarzeń z sobotniej nocy. I może nie byłoby na co zwracać uwagi, gdyby nie fakt, że cała dyskusja, która się wywiązała, bardzo wiele mówi nam o współczesnym świecie w ogóle, a o współczesnych Polakach w szczególności.

Najwięcej emocji wywołała decyzja ukraińskich jurorów, którzy nie przyznali polskiemu wykonawcy żadnych punktów. Oburzenie słychać było na całym spektrum prawicy, od skrzydła narodowo-radykalnego, przez romantyczne, aż po skrzydło tzw. realistów. Oburzenie to łączy jedna zasadnicza konstatacja: właściwie ten konkurs nie jest w żadnej mierze wydarzeniem kulturalnym, tylko czysto politycznym. Ukraińscy mieli więc postąpić niewdzięcznie wobec Polski, która przecież okazała swemu sąsiadowi wielkie serce po rosyjskiej agresji. Paradoksalnie więc prawa strona, która często narzeka na cenzurę i polityczną poprawność, uznała, że ukraińscy jurorzy powinni postąpić politycznie poprawnie, i bez względu na to, czy polski utwór był przebojem czy zwykłym gniotem, wystawić mu wysokie noty. Prawica oburzająca się z powodu braku politycznej poprawności i słuszności w sztuce to dość paradoksalne zjawisko.

Czytaj więcej

Rusłana, Dżamała i Kalush Orchestra. Trzeci triumf Ukrainy na Eurowizji

Ale warto zwrócić też uwagę na to, że przy okazji wyszło na jaw niezwykle transakcyjne podejście polskiej duszy do pomocy Ukraińcom. I tu sprawa jest szersza: oburzenie na niewdzięczność wykraczało poza polityczne czy ideologiczne podziały. Aksjomatem przyjętym w komentarzach w mediach społecznościowych było przekonanie, że skoro Polska pomaga Ukrainie, ukraińscy jurorzy powinni się byli odwdzięczyć. Zupełnie jakby w naszym pomaganiu nie chodziło o piękny odruch serca, o polską solidarność i chrześcijańskie miłosierdzie okazywane bliźniemu w potrzebie, ale o zwykły handelek. Ten wątek pojawiał się już od kilku dniu w związku z informacjami o tym, że Niemcy chcieliby wziąć udział w odbudowie Ukrainy po wojnie. Jak to – pytano – wysłali pięć tysięcy zardzewiałych hełmów, nie garnęli się do nakładania sankcji na Rosję, a teraz mają zarabiać na odbudowie Ukrainy? Przecież to my powinniśmy dostać nagrodę za dobre sprawowanie od jurorów przed trybunałem historycznej sprawiedliwości!

Co ciekawe, wątek ten podchwycili skrajni realiści, którzy przekonywali od 24 lutego, że nie opłaca się nam pomagać Ukrainie, bo będzie przez to droższa benzyna, bo się jeszcze narazimy Rosji... Teraz dostali do ręki jeszcze jeden argument. Nie dość, że to zrobiliśmy, to jeszcze nie mamy nic w zamian.

No i tu – z każdej strony sporu – poszły odwołania do historii. Urażona duma narodowa natychmiast zaczyna uruchamiać historyczne skojarzenia. W weekend znów zakrólował Wołyń. Pamięć o przeszłości jest bardzo ważna, wszak to podstawa naszej tożsamości. Ale jeśli znajdujemy się w niewoli historycznych skojarzeń, okazujemy raczej słabość niż siłę. Owszem, są narody, które potrafią swoją historyczną krzywdę przekuć w siłę – tak jest choćby z Izraelem, który zbudował legendarne wprost służby specjalne i armię, by nigdy w historii nie powtórzył się Holokaust.

Czytaj więcej

Hakerzy z Rosji próbowali przeprowadzać ataki w czasie Eurowizji

Ale Polska dusza wcale nie szuka siły. Ona z radością doszukuje się wszędzie „antypolonizmu”, by móc nad sobą zapłakać, by móc się nad sobą użalić, by ponownie przekonać się o tym, że świat dla Polaków jest niesprawiedliwy. Tak jak ukraińscy jurorzy.