Pięć punktów przewagi (28,5 do 23,6 proc.) między urzędującym prezydentem a Marine Le Pen - to była najbardziej wyczekiwana wiadomość niedzielnego wieczoru wyborczego. Ale niemal równie ważna była deklaracja trzeciego najpopularniejszego kandydata, Jean-Luc Melenchona, że “ani jeden głos jego zwolenników nie może teraz trafić na konto Le Pen”. Z 20,3 proc. przywódca radykalnej lewicy prawdopobnie ma bowiem klucze do odpowiedzi na pytanie, kto będzie następnym prezydentem Francji. Do tej pory obawiano się, że jego wyborcy skuszeni socjalnym programem Le Pen postawią na skrajną prawicę. Teraz jest to mniej prawdopodobne.

Deklaracja Melenchon oznacza jednak coś więcej: że tzw. front republikański, czyli jedność w decydującej chwili wszystkich, którym drogie są wartości demokracji i rządy prawa, wciąż jednak istnieje.

Czytaj więcej

Wybory we Francji. Sondażowe wyniki: Macron przed Le Pen, będzie II tura

I faktycznie, na Macrona zaleciła głosować także kandydatka gaullistowskich Republikanów Valerie Pecresse czy reprezentujący ekologów Yannick Jadot. A to oznacza, że spośród poważnych sił politycznych Le Pen może liczyć tylko na zwolenników jeszcze bardziej radykalnego od niej Erica Zemmoura, który jednak musiał się zadowolić słabym wynikiem 7 proc.

To wszystko są dobre wiadomości dla Francji, Europy i przez to Polski. Ale nie oznaczają jeszcze, że Macron ma 24 kwietnia zwycięstwo w kieszeni. Wśród niepokojących sygnałów jest bardzo niska, jak na francuskie wybory prezydenckie, frekwencja. Aż 26 proc. Francuzów w ogóle nie pofatygowało się do urn. Za dwa tygodni może ich być jeszcze więcej jeśli urzędujący prezydent nie zdoła przekonać narodu, że troszczy się nie tylko o bogatych, ale gorzej sytuowanych a więc tych, którzy zasilili w 2018 r. szeregi żółtych kamizelek. W tej konfrontacji kluczowa będzie debata telewizyjna obu kandydatów - przy tak wyrównanej walce (przed pierwszą turą sondaże mówiły nawet o 49 proc. dla Le Pen ) każdy błąd może mieć fatalne skutki.

Nawet jednak jeśli Macron wyjdzie z tej walki zwycięsko, Francja będzie musiała dokonać rachunku sumienia. Sam prezydent na początku swoich rządów mówił, że jeśli nie uda mu się przebudować dogłębnie kraju, “za 5 czy 10 lat” Le Pen dojdzie do władzy. Zjednoczyć musi się też lewica: gdyby to zrobiła przed obecnym głosowaniem, Le Pen nie byłoby w drugiej turze. Bo zagrożenie pozostaje: w 2027 liderka skrajnej prawicy wciąż nie będzie miała 60 lat.