Prawo i Sprawiedliwość już wie, że wzrostu cen nie zrównoważy „historyczna obniżka podatków", jak partia rządząca chciała PR-owo określić Polski Ład. Owszem, wielu wyborców PiS dostanie dzięki temu wyższą pensję lub emeryturę, ale zapewne nie zrekompensuje to spustoszenia, jakie w ich portfelach w ostatnich miesiącach poczyniła inflacja. Nie będzie więc efektu „gotówki do ręki" (jak w przypadku 13. czy 14. emerytury), ale raczej plasterka na dziurę drożyzny. Nie ma pewności, czy zaproponowana przez premiera tarcza w długim terminie powstrzyma inflację. Ale nie to jest dla PiS najważniejsze. W interesie partii władzy jest, by pokazać, że PiS w ogóle coś robi.

Rządzący zdają sobie sprawę, że to kwestie finansowe są jednym z powodów, dla których ich partia przez tyle lat wygrywała wybory, a inflacja jest dla nich śmiertelnym zagrożeniem. Postanowili więc dać wyborcom złudzenie, że mają kontrolę nad rzeczywistością. Tym bardziej że jednym z atutów PiS przez lata było poczucie sprawczości i uczestniczenie w zmienianiu świata. Wyborcy mieli wrażenie, że ich głos wpływa na rzeczywistość. Obiecali 500+ i dali. Obiecali kolejne emerytury i dali. 300 złotych kredkowego? Darmowe leki dla seniorów? Miliardy na pomoc firmom uderzonym przez pandemię? PiS rozdawanie pieniędzy opanował do perfekcji. Dopóki gospodarka rosła, dzięki uszczelnianiu systemu podatkowego można było składać nowe obietnice i je następnie spełniać.

Czytaj więcej

Rząd uruchamia tarczę antyinflacyjną. Benzyna, gaz i prąd mają być tańsze

Dziś jednak sprawczość PiS stanęła pod znakiem zapytania. Nie ma bowiem już z czego finansować nowych socjalnych obietnic. A rzeczywistość nie wygląda różowo. Pandemia codziennie zbiera kilkusetosobowe śmiertelne żniwo, inflacja pożera zarobki Polaków, a sytuacja na granicy jest daleka od stabilnej. W związku z tym PiS postanowił nie czekać, aż poparcie dlań spadnie do poziomu bardziej 20 niż 30 procent. Wie, że jeśli sondażowa spirala się nakręci, trudno będzie ją zatrzymać.

Pytanie jednak, czy nie jest już za późno. Bo choć Polacy boją się wprowadzania nowych obostrzeń przeciw pandemii, to za dwa tygodnie liczba zmarłych może dojść do 1000 dziennie (oby tak się nie stało). Również inne negatywne zjawiska będą się kumulowały. Nie pomagają PiS kolejne publikacje o interesach wiceministra sportu Łukasza Mejzy. Pół roku temu skasowanie przez Trybunał Konstytucyjny ustawy o jawności majątków polityków i ich rodzin prawdopodobnie nie zaszkodziłoby PiS. Ale dziś może to być kolejny sygnał arogancji władzy, która chce ukryć swoje bogactwo. Przecież dopiero co PiS tłumaczył się z nepotyzmu i zatrudniania rodzin polityków w państwowych spółkach.

Na dodatek ofensywa dyplomatyczna premiera Mateusza Morawieckiego i prezydenta Andrzeja Dudy w związku z sytuacją na wschodniej granicy stoi w sprzeczności z polityką zagraniczną i europejską PiS z ostatnich miesięcy, uprawianą pod hasłem izolacjonizmu. To również może nie być zbyt czytelne dla wyborców.

Poza tym PiS zaczyna się coraz bardziej rozjeżdżać z większością społeczeństwa w kwestiach kulturowych. Coraz więcej Polaków się laicyzuje i liberalizuje, a rola Kościoła się zmniejsza. Szczególnie wśród młodszych wyborców rośnie akceptacja dla postulatów środowisk LGBT i liberalizacji prawa aborcyjnego. Postaci, takie jak minister Przemysław Czarnek czy małopolska kurator Barbara Nowak, które miały stać się przeciwwagą dla ziobrystów z Solidarnej Polski czy konfederatów i atutem w walce o skrajnych wyborców prawicowych, zaczynają być symbolem obciachu i coraz bardziej ciążą PiS.