Ofensywa ludowców jest olbrzymia. Wojska zostały wysłane na wszystkie fronty. Z jednej strony walka o małe sądy, z drugiej ratowanie bankrutującego Mazowsza, którym zarządza Adam Struzik. Co jakiś czas ludowcy pokazują też swoje pazury premierowi i grożą zerwaniem koalicji. W walkę mocno angażuje się Janusz Piechociński, prezes ugrupowania. Nic dziwnego – wszak walczy o byt dołującej w sondażach partii, a także swój.


Dziś wygląda na to, że Piechociński umocnił się na pozycji lidera PSL. Rok temu, gdy zaledwie 17 głosami przegrał z Waldemarem Pawlakiem, nie był aż tak silny. Jednak to umocnienie się może być pozorne. Nieudzielający się dziś publicznie w mediach Pawlak czeka na potknięcie i błąd. Czyhają też inni politycy PSL – Marek Sawicki czy zwolennicy Władysława Kosinaka-Kamysza.



Marzeniem Piechocińskiego byłaby zapewne taka pozycja, jaką w koalicyjnej Platformie zajmuje Donald Tusk, który partyjne podziały załatwił, wykańczając swoich największych przeciwników. Piechociński nie ma jednak takiej charyzmy i siły. Pozostaje mu zatem działanie i ucieczka do przodu. Wie bowiem, że sukces ugrupowania będzie jego sukcesem.


Największym problemem PSL nie jest jednak kwestia przywództwa. Jak pokazują sondaże, walkę o elektorat wiejski wygrywa PiS. A ludowcy nie mają pomysłu, jak go odzyskać. Mariaż z niszowym PJN nie wyszedł. Innych propozycji nie ma. Pewnie właśnie dlatego działacze PSL w terenie już dziś głośno mówią, że w przyszłorocznych wyborach samorządowych wystąpią pod własnymi szyldami. Byle tylko nie kojarzyć się z ludowcami.