Nawet wtedy, gdy ci zobowiążą się do stworzenia określonej liczby miejsc pracy, jak to się stało w przypadku IBM, o którym piszemy dzisiaj w „Rzeczpospolitej". Firmy, owszem, bardzo chętnie pieniądze wezmą, każdy by wziął. A jeszcze bardziej chętnie podpiszą odpowiednie aneksy do umów, jeśli z zobowiązań się nie wywiążą, a słabe państwo nie jest w stanie ich wyegzekwować i odzyskać pieniędzy.

Tego rodzaju dotacyjne wsparcie dla inwestorów nigdy nie będzie miało nic wspólnego z jakkolwiek pojmowaną sprawiedliwością. Dlaczego bowiem polskie państwo ma dawać kasę potężnym międzynarodowym koncernom, a nie na przykład naszym średnim firmom? Ale tak szczerze mówiąc – dlaczego w ogóle ma dawać kasę biznesowi, lawirując przy tym, by nie podpaść Brukseli?

Odpowiedź jest dosyć brutalna: bo niewiele więcej jest w stanie zaproponować. Może jeszcze tylko tanią i nieźle wyedukowaną siłę roboczą. Poza tym naszym atutem nie jest ani infrastruktura, ani sprawna administracja, ani stabilne i przejrzyste prawo, ani dobrze działający fiskus czy wymiar sprawiedliwości. Tę listę można by ciągnąć.

Nie powinno zatem dziwić, że kuszenie inwestora pieniędzmi jest znacznie łatwiejsze od chociażby prostowania krętych ścieżek biurokracji. A przy tym też nieźle brzmi deklaracja, że państwowe dotacje pójdą na tworzenie miejsc pracy. Trudno jednak dociec, dlaczego stworzenie nowej posady w jednym przypadku kosztuje państwową kasę 5 tys. złotych, a w innym już 9 tys.

Marna to pociecha, że żywą gotówką lub różnego rodzaju ulgami inwestorów wspierają rozmaite kraje. Irlandia na przykład stosowała system, dzięki któremu inwestujące tam firmy płaciły minimalne podatki nie tylko na Zielonej Wyspie, ale i w połowie Europy. Do tego nam na szczęście jednak daleko.