Przygotowanie do bardzo szybkiego starzenia się społeczeństwa w kolejnej dekadzie – to największe wyzwanie przed polską gospodarką?

Oczywiście, demografia jest problemem Polski i Europy. Starzejemy się i wyludniamy. Ale ten pociąg już odjechał. Polska nie prowadziła polityki rodzinnej w latach 90. i niczym nie bylibyśmy już w stanie tej wyrwy załatać. Wyrwy, na którą moim zdaniem wpłynęła szybka transformacja ekonomiczna. Ona zmieniła kulturowo koszty posiadania dziecka. We wzroście produktywności jesteśmy takimi "europejskimi Chińczykami" i dokładnie z tego samego powodu wzorce kulturowe do Polski  przeniosły się z Chin. Jeżeli już, to mamy najczęściej jedno dziecko i jest ono "kosztowne". Chcemy, żeby było świetnie wykształcone, a koszt tego jest niewspółmiernie wyższy niż dla poprzednich pokoleń.

Co zmiana demograficzna oznacza dla polskiego rynku pracy?

Z jednej strony mamy bardzo wysoki wskaźnik aktywności ekonomicznej i rekordowo wysoką liczbę pracujących. Wiele osób prowadzi w Polsce dyskusję o bezrobociu technologicznym. Ale nie da się być jednocześnie wielkim pesymistą w temacie demografii i zamartwiać się negatywnym wpływem sztucznej inteligencji na rynek pracy. Myślę, że zmiana demograficzna będzie kompensowana przez AI. Jeżeli ona ma zabrać kilkaset tysięcy miejsc pracy albo je mocno zmienić, to trochę rozwiązuje to problem wynikający z demografii.

Czytaj więcej

Ekonomiści o głównych zagrożeniach dla Polski. „Nie ma recepty”

Uważam, że trzeba się pogodzić ze starzeniem się społeczeństwa, dostosować do tego politykę państwa oraz politykę zatrudnienia w przedsiębiorstwach. Oraz  inwestować i automatyzować.

Temat wyższego wieku emerytalnego chyba zawiesiliśmy na kołku?

Przypomnę, że rządy we Francji upadały w związku z próbami podwyższania wieku emerytalnego, który jest przecież jednym z najniższych w UE. W Polsce też mieliśmy reformę, a potem jej cofnięcie. 80 proc. społeczeństwa nie popiera podniesienia wieku emerytalnego. Ta debata jest więc martwa i według mnie nie powrócimy do niej w najbliższych latach. Czysto ekonomiczne powody związane z konsumpcją będą powodowały, że duża część społeczeństwa będzie odkładała moment przejścia na emeryturę, lub łączyła pracę z pobieraniem świadczenia.

Częściową kompensacją jest imigracja.

Mam nadzieję, że Polska dalej będzie prowadziła świadomą politykę imigracyjną. Nie wierzę w otwarcie na szeroką rzeszę imigrantów. W ostatnich kilkunastu latach doświadczyliśmy ogromnej zmiany w strukturze populacji Polski – z kraju homogenicznego staliśmy się dużo bardziej zróżnicowanym. To już dzisiaj powoduje napięcia społeczne, które widzimy w wynikach wyborów. W związku z tym musimy też prowadzić politykę, która nie będzie dążyła do ograniczenia spójności społecznej. Polska będzie musiała niejako balansować na linie: żeby z jednej strony imigracja wspomagała wzrost gospodarczy, ale jednocześnie żeby polskie społeczeństwo nie czuło, że nie ma kontroli nad tym procesem. To bardzo ważne, aby polityka imigracyjna przebiegała w ten sposób.

W takim układzie mielibyśmy więc: raczej niski wiek emerytalny i raczej otwarte granice z pewnymi furtkami, które można przymykać. I żylibyśmy z nadziejami, że wzrosty produktywności, ze względu na rozwój technologii, będą pozwalały nam radzić sobie z wyzwaniami.

Nie da się być jednocześnie wielkim pesymistą w temacie demografii, i zamartwiać się negatywnym wpływem sztucznej inteligencji na rynek pracy

dr Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku

AI i automatyzacja rzeczywiście jawią się jako błogosławieństwo dla rynku pracy. Pytanie, czy nie przesypiamy trochę tego kluczowego okresu pod kątem polityki fiskalnej. Koszty opieki zdrowotnej będą rosnąć jeszcze szybciej.

Już dziś to jest wyzwanie. Nigdy w przeszłości Polska, w relacji do PKB, nie wydawała tak dużo na ochronę zdrowia, prawie 7 proc. Jesteśmy bliżej pozycji europejskiego średniaka. Liczba osób, które potrzebują i będą potrzebować obsługi medycznej, będzie rosnąć. Również charakter świadczeń będzie się zmieniał.

Ekonomiści PKO BP szacują, że w ciągu około dekady koszty ochrony zdrowia będą musiały wzrosnąć nawet do 12–14 proc. PKB.

Strumień pieniędzy będzie musiał być większy i będzie powodował dyskomfort w finansach publicznych. Już dziś go widzimy. Obecne wysokie deficyty fiskalne to nie tylko efekt wzrostu wydatków wojskowych, ale też zwiększenia nakładów na edukację, administrację czy ochronę zdrowia.

Czy te deficyty prędzej czy później trzeba będzie pokryć zwiększonymi podatkami?

Myślę, że nie. Uważam, że będziemy mieli trwale luźną politykę fiskalną, która będzie generować trochę wyższe deficyty niż w innych krajach europejskich. Tak Polska radziła sobie z wieloma problemami w ostatnich latach: mieliśmy wyższy wzrost gospodarczy dzięki niższym podatkom i większym wydatkom państwa. Będziemy testować granice tak prowadzonej polityki, przy szokach zewnętrznych. Pojawiać się będą momenty – jak ostatnio – gdy koszt emisji obligacji będzie zbyt wysoki dla Skarbu Państwa. To będzie podnosiło koszty obsługi zadłużenia oraz deficyty. Cała nadzieja w tym, żeby wzrost gospodarczy nadal był z trójką z przodu. To by pozwalało na finansowanie potrzeb bez istotnego zwiększania długu w relacji do PKB.

Prognozy Komisji Europejskiej są gorsze. Zakładają, że od 2027 r. realny wzrost PKB będzie przez kolejną dekadę poniżej 3 proc., w okolicach 2,1–2,8 proc., a w 2035 r. relacja długu do PKB przekroczy 100 proc. (przy braku zmian w polityce fiskalnej).

Nie chcę wierzyć w tak negatywne scenariusze. Myślę, że w perspektywie kolejnych 7–10 lat wzrost będzie większy i zajdą zmiany w strukturze wydatków publicznych na bardziej rozwojowe, m.in. w zakresie innowacji wojskowych. Aż tak wysokie wzrosty długu też się raczej nie zmaterializują, co nie oznacza, że trwale nie przebijemy 60 proc., a w niedalekiej przyszłości 80 proc. PKB relacji długu do PKB.

Na czym opiera pan większy optymizm, jeśli chodzi o perspektywy przed polską gospodarką?

Po pierwsze, w związku z tym, że Polska jest członkiem Unii Europejskiej, możemy korzystać z jednolitego rynku europejskiego, zaś dopóki mamy własną walutę, możemy też reagować na wszelkie kryzysy. Nawet jeżeli wynagrodzenia w Polsce będą mocno rosły, to deprecjacja wartości złotego będzie pozwalała na utrzymanie konkurencyjności na rynku europejskim. Podstawowym wyzwaniem w takim układzie jest only importochłonność polskiej produkcji, czyli obniżenie zależności od surowców energetycznych i importu spoza kraju.

Po drugie, z tym powiązana jest kwestia obniżenia kosztów energii. Im bardziej udałoby się sprawić, aby Unia Europejska miała "polskie" podejście do polityki energetycznej, tym byłoby nam łatwiej w kolejnych latach utrzymywać wysoką konkurencyjność. A z czasem nasz miks energetyczny też będzie ulegać zmianie na OZE i atom.

Po trzecie, Niemcy nigdzie się nie wybierają. Za naszą zachodnią granicą jest ponad 80 mln konsumentów, a dalej jeszcze kolejnych kilkadziesiąt milionów we Francji i Hiszpanii. Jeżeli jesteśmy w stanie oferować dużo produktów na rynku rodzimym, to równie dobrze możemy to robić na rynku europejskim. To jest dla nas terra incognita, polskie firmy nie są obecne na rynkach zachodnich. Zbudowały swoją przestrzeń rozwojową nad Wisłą. Gdy zaczną częściej pojawiać się w Europie Zachodniej, będzie to szansą, aby generować dodatkowy wzrostgospodarczy – także na poziomie bilansu płatniczego i handlowego. To znaczy, że mielibyśmy wypłaty dywidendy do Polski z zysków polskich przedsiębiorstw operujących w innych krajach. To naturalny proces rozwoju w ramach tej struktury gospodarczej.

Po czwarte, Unia się powiększy, może o Bałkany Zachodnie, Islandię, może o Mołdawię i Ukrainę. Mamy szansę zarobić na tym tak, jak Niemcy zarobili na wejściu do UE Europy Środkowej.

Jakie jeszcze źródła optymizmu?

Powtórzę też, że nie wierzę, żebyśmy nie prowadzili luźnej polityki fiskalnej. Relatywnie wysoki deficyt będzie budował wewnętrzny motor wzrostu gospodarczego. Oczywiście kosztem jest dług, natomiast dopóki mamy własną walutę i świadomie korzystamy z tego narzędzia, a nie marnotrawimy środki, nie jest to aż tak duży problem.

I dopóki rynek się nie odwróci i nie pojawi się problem z plasowaniem kolejnych emisji?

Gdy teraz w wyniku szoku zewnętrznego rentowności obligacji 10-letnich skaczą w pobliże 6 proc., to już zaczyna martwić Ministerstwo Finansów. I dobrze, bo to oznacza, że mamy niedopasowaną politykę fiskalną, musimy mieć ścieżkę zejścia i nie stać nas na „dodatkowe prezenty". Ale też to nie oznacza, że zejdziemy z deficytami trwale do zera. Raczej będziemy stopniowo dochodzić do 3–4 proc.

Wracając do szans, to jeżeli będziemy więcej wydawać na zbrojenia, to też jakaś część produkcji będzie realizowana w Polsce. To nowy element polityki przemysłowej dodatkowo napędzający wzrost gospodarczy. Oprócz tego, mamy też potencjał do dalszego przyciągania cudzoziemców, prowadząc świadomą politykę migracyjną.

Z tych wszystkich powodów oczekuję dobrej dynamiki wzrostu PKB w kolejnych latach w porównaniu z rdzeniem UE. Nie widzę zagrożeń, z powodu których gospodarka mogłaby się trwale zatrzeć, o ile nie trafi w nas szok o największej skali, np. Rosja nie wyeskaluje wojny.

Im bardziej udałoby się sprawić, aby Unia Europejska miała "polskie" podejście do polityki energetycznej, tym byłoby nam łatwiej w kolejnych latach utrzymywać wysoką konkurencyjność

dr Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku

Powiedział pan, że widzi przestrzeń, aby deficyt Polski w relacji do PKB spadł w okolice 3–4 proc. w kolejnych latach. Czy dobrze rozumiem, że jesteśmy to w stanie według pana osiągnąć bez wyraźnych, istotnych społecznie działań konsolidacyjnych? Wystarczy nie luzować, utrzymywać bez zmian parametry systemu podatkowego (np. kwota wolna, drugi próg podatkowy) i świadczeń socjalnych (800+), a nominalny wzrost gospodarczy swoje załatwi?

Na pewno przydałoby nam się dalsze uszczelnienie systemu podatkowego, czyli działanie przeciwko szarej strefie, działalności nielegalnej, wyłudzeniom VAT itd.

Jest tu jeszcze duża przestrzeń do działania?

Może nie duża, ale istnieje. Co warto podkreślić: wprowadzenie zaostrzonych kar za oszustwa VAT spowodowało też zwiększoną "moralność" w płatnościach PIT i składek ZUS. Więc to działa: jeśli jest poczucie kontroli państwa, to wyższe przychody podatkowe rozlewają się po różnych segmentach rynku.

Dodatkowo uważam, że dojdzie do jakichś dostosowań w matrycy vatowskiej, co podniesie przychody budżetowe. Progi podatkowe będą według mnie trwale zamrożone przez lata, co automatycznie zwiększy progresywność opodatkowania na umowie o pracę. Pewnie punktowo będzie też dochodziło do uszczelnienia systemu ryczałtowego oraz w obszarze działalności gospodarczych: po to, żeby za dużo osób wchodzących w drugi próg podatkowy nie uciekało w jednoosobowe działalności gospodarcze.

Czytaj więcej

Grzegorz Maliszewski: Należałoby skupić się na racjonalizacji wydatków

Debata publiczna zmierza też w kierunku podatku od nieruchomości. Nie wiem, w jakiejformie – pomysłów jest wiele – ale mówi o tym nie tylko rząd, lecz także opozycja. To może przynieść solidne kilka miliardów złotych dodatkowych wpływów.

Ale to tyle. Nie należy przesadzać z nadmierną fiskalizacją, bo będziemy podkopywać podwaliny wzrostu gospodarczego, którego jednym z kluczowych elementów jest konsumpcja wewnętrzna. Jeżeli chcemy rosnąć jak Amerykanie, wydawać bardziej jak oni niż jak Niemcy i mieć podobną strukturę PKB – celując w 60 proc. PKB na konsumpcję wewnętrzną, czyli o kilka punktów procentowych więcej niż w Europie Zachodniej – to musimy mieć nieco niższe podatki.

Mówiąc o szansach dla polskiej gospodarki użył pan założenia "dopóki mamy złotego". Od strefy euro powinniśmy na razie trzymać się z daleka?

Obawiam się, że – w związku ze wzrostem długu i kosztów jego obsługi w kolejnych latach – pojawi się coraz więcej głosów, że wejście do strefy euro to rozwiązanie polskich problemów. Wtedy jako żywo będziemy przypominać debatę z Włoch lat 90., które we wcześniejszej dekadzie zaczęły się intensywnie zadłużać. Utrata lira – możliwość stabilizacji konkurencyjności eksportowej przez kurs – była jednym z szoków, który zniszczył tam część przemysłu.

Wspólną walutę możemy przyjąć, gdy struktura naszej gospodarki będzie już bliska rdzeniowi strefy euro. Moim zdaniem Europa Środkowa na razie jest daleko od niego. Jeszcze trochę lat rozwoju nam zostało.

W marcu przewinął się temat „polskiego SAFE”. Czy powinniśmy korzystać z niestandardowych metod – jak to określał sam prezes Glapiński – aby zyski z działalności banku centralnego wspierały budżet państwa?

W mojej opinii: możemy to robić. W sytuacji, gdy mamy wojnę za naszą wschodnią granicą, wydajemy ponad 200 mld zł rocznie na cele wojskowe, bierzemy dodatkowo kredyt europejski na 184 mld zł, to możemy też dług i deficyt zmniejszać operacjami NBP. Dla mnie to jest spójne intelektualnie: traktujemy poważnie zagrożenie Rosji i wykorzystujemy wszelkie dostępne instrumenty.

Widzę natomiast inny problem: czy naprawdę mamy możliwość absorpcji tak dużych strumieni pieniędzy w kolejnych latach w krajowym przemyśle? Czy te środki nie zostaną przekierowane w zdecydowanej większości na import?

Czy dyskusją o „polskim SAFE” nie otworzyliśmy trochę puszki Pandory, z której nie wiadomo co wyleci? NBP jasno zasygnalizował, że może „wygenerować” bardzo wysokie zyski, o ile zostaną przeznaczone na wskazany przez niego cel. W tym przypadku był on bardzo ważny: obronność. Niemniej to też uświadomiło, że obecne przepisy mogą stanowić ryzyko precedensu i kiedyś Narodowy Bank Polski pod czyjąś władzą może wspierać gigantycznymi kwotami tylko określone rządy i przedsięwzięcia czy obietnice.

Temat wykorzystania rezerw walutowych przewija się od lat. Mówił o tym Andrzej Lepper, mówili Grzegorz Kołodko czy Marek Belka. W marcu temat podjął prezydent i prezes banku centralnego, który też – tak mi się wydaje – dodawał kilka „gwiazdek”: rząd musiałby współpracować z NBP, a komunikacja musiałaby być spójna. Tak przynajmniej to zrozumiałem.

Zawsze znajdą się politycy powracający do kwestii złota lub rezerw walutowych i pomysłów ich wykorzystania w konkretnym celu. Na szczęście w wielu portfelach inwestycyjnych nadal widniejemy jako rynek wschodzący, więc na każdą taką próbę rynek zareagowałby niemal automatycznie – skokiem rentowności obligacji. Brak roztropności w przypadku takiego kraju jak Polska ma bardzo krótką ścieżkę weryfikacji. Dodatkowo, o ile cele wojskowe to jeszcze coś, czego możemy bronić publicznie, o tyle inne próby – jak choćby wypłacenie wszystkim jednorazowej „dywidendy” z tytułu bycia Polakiem – skończyłyby się fatalnie.

Czytaj więcej

Dziennikarz „Rz” zobaczył, jak wyglądają Węgry Orbána. W Budapeszcie ludzie śpią na ulicy

Trzeba też pamiętać, że mamy płynny kurs walutowy, a wartość złotego nie zależy bezpośrednio od złota zgromadzonego w rezerwach. Rezerwy służą oczywiście do stabilizacji mechanizmów rynkowych, ale złoty nie jest dziś mocny dlatego, że mamy więcej kruszcu, tylko dlatego, że polska gospodarka rośnie i jest coraz większa. To właśnie ten wzrost, obok stóp procentowych, jest kluczowym czynnikiem.

Zawsze znajdą się politycy powracający do kwestii złota lub rezerw walutowych i pomysłów ich wykorzystania w konkretnym celu. Na szczęście w wielu portfelach inwestycyjnych nadal widniejemy jako rynek wschodzący, więc na każdą taką próbę rynek zareagowałby niemal automatycznie – skokiem rentowności obligacji.

dr Piotr Arak, główny ekonomista VeloBanku

Wkrótce wybory do Zgromadzenia Narodowego na Węgrzech. Po 16 latach większość stracić może Fidesz Viktora Orbana. Jakie znaczenie mają te wybory z punktu widzenia głównego ekonomisty banku w Polsce? To może mieć wpływ na kursy walut z całego regionalnego koszyka, ewentualnie w dłuższym terminie, jeśliby doszło do zbliżenia Węgier z Brukselą?

Patrząc na kurs forinta, widać rosnący optymizm co do tego, że opozycja może przejąć władzę. Oznaczałoby to głęboką reorientację polityczną na Węgrzech, z szerokimi reperkusjami wewnętrznymi. Mówienie w tym kontekście o korupcji obecnej władzy to pewnie mało powiedziane.

Politycznie byłoby to bez wątpienia istotne wydarzenie, ale czy miałoby większy wpływ na region, a nawet na kurs złotego? Myślę, że nie. Węgry mają jeden podstawowy problem: całkowite uzależnienie rozwoju od niemieckiej produkcji przemysłowej. Niemiecki katar doprowadza Węgrów do gruźlicy. Branża motoryzacyjna jest dla ich wzrostu znacznie istotniejsza niż dla nas, popyt zewnętrzny na niemieckie dobra jest po prostu warunkiem przetrwania węgierskiej gospodarki.

Winą Orbána jest to, że przez lata nie umiał skutecznie zmienić tego modelu. Teraz, desperacko szukając alternatywy dla niemieckiego przemysłu, rzuca się w ramiona Pekinu. Strategia „otwarcia na Wschód” sprawiła, że Węgry stały się europejskim przyczółkiem dla chińskich gigantów, takich jak CATL czy BYD. Kluczem pewnie będą wyższe inwestycje, mniej interwencjonizmu i mniejsza oligarchizacja. To też trochę za mały kraj – nie ma tej skali co Polska, żeby zbudować zróżnicowane czynniki wzrostu bez oddawania kluczy do gospodarki mocarstwom.

Czytaj więcej:

Raporty ekonomiczne Firmy wciąż zaciskają pasa i tną zatrudnienie

Pro

Czy zmiana władzy oznaczałaby, że uda się odwrócić taką węgierską ścieżkę rozwoju? Reorientacja polityki przemysłowej, odejście od wzrostu opartego na Niemczech, a teraz dodatkowo na Chinach, byłoby niezwykle ciężkie, ale wady orbanowskiego systemu zwielokrotniły pierwotne problemy kraju.

Chciałbym jeszcze zapytać o pańską ocenę kondycji sytuacji na polskim rynku pracy. Z jednej strony: wskaźniki aktywności zawodowej czy zatrudnienia są rekordowe. W naszej gospodarce, według Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, pracuje w zasadzie najwięcej osób w historii. Z drugiej: nieco urosło też bezrobocie, acz to nie tylko efekt zwolnień, ale też osłabionego popytu na pracę: wyjście z bierności zawodowej jest trudniejsze. Ochłodzenie na rynku pracy jest ewidentne, widzimy je też w ujemnej dynamice zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw czy hamowaniu dynamiki wynagrodzeń.

Sytuacja na rynku pracy jest skomplikowana. Obserwujemy restrukturyzację sektora przemysłowego oraz bankructwa firm silnie powiązanych z niemieckim ekosystemem gospodarczym. Do tego dochodzą cięcia w przedsiębiorstwach, które mogą „zwalić winę” na sztuczną inteligencję i ogólną zmianę technologiczną. Tracimy też część konkurencyjności ze względu na dynamiczny wzrost wynagrodzeń. Ofert pracy jest mniej, ponieważ transformacja cyfrowa sprawia, że wiele stanowisk juniorskich w sektorze usług staje się zbędnych. Kondycja polskiego rynku pracy trochę przypomina obraz amerykański – "low-hire, low-fire".

Lekkie wzrosty stopy bezrobocia w BAEL-u i badaniach Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej są sygnałami, że dla części rynku pracy nie jest idealnie. Są miejsca, w których jest dobrze i są takie, gdzie jest fatalnie.

Warto zwrócić uwagę, że w 2025 r. będziemy mieli rekordową liczbę umów-zleceń podpisywanych przez pracowników, co dodatkowo było zwiększone przez cudzoziemców. Umowy śmieciowe stały się podstawową formą zatrudnienia imigrantów. Można pytać np., co z pracownikami platformowymi. Są segmenty, w których jakość zatrudnienia obniżyła się.

dr

Piotr Arak

Główny ekonomista VeloBanku, adiunkt na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Członek zarządu brukselskiego think-tanku European Roundtable on Climate Change and Sustainable Transition (ERCST), posiada kilkunastoletnie doświadczenie w analizach ekonomicznych. Pracował m.in. dla firmy doradczej Deloitte, Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP), centrum analitycznego Polityka Insight, Kancelarii Prezesa Rady Ministrów oraz Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji. Jest współtwórcą Polskiego Instytutu Ekonomicznego, którego dyrektorem był w latach 2018–2023. Studiował na Uniwersytecie Warszawskim, w Szkole Głównej Handlowej, Université du Québec à Montréal oraz Harvard Kennedy School. Autor wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych z zakresu ekonomii i polityki publicznej. W 2021 r. opublikował książkę „Pandenomia. Czy koronawirus zakończył erę neoliberalizmu?”.