Warszawska giełda poszerzyła paletę kontraktów na akcje o kolejne pięć instrumentów. Czy rzeczywiście są one potrzebne?

Skoro giełda je wprowadziła to znaczy, że są potrzebne. Mimo tego, że kontrakty na akcje nie cieszą się ogromną popularnością, to tak naprawdę giełda nie ma wyjścia i powinna wprowadzać jak najwięcej instrumentów i produktów, bo to my, inwestorzy, spekulanci, traderzy zdecydujemy które z nich się rzeczywiście potrzebne. Nie jest tak, że każdy produkt musi odnieść sukces. Tak zresztą jest na całym świecie. Na giełdzie Eurex, na ponad tysiąc notowanych kontraktów na akcje, obrót koncentruje się kilkunastu maksymalnie kilkudziesięciu instrumentach.

Czyli im więcej, tym lepiej?

Nie mamy wpływu na to, że dana spółka, czy też dany instrument cieszy się większym czy mniejszym zainteresowaniem. W sierpniu tego roku największym zainteresowaniem na rynku Eurex cieszyły się kontrakty na akcje ING. Wolumen obrotu nimi wyniósł 1,6 mln sztuk. Na piątym miejscu były pochodne na akcje Deutsche Banku, gdzie wolumen wyniósł 60 tys. sztuk. Później te różnice są jeszcze większe. Nie należy mieć złudzeń, że u nas będzie inaczej.

Co jest kluczem do sukcesu tych instrumentów? Jak ważna jest zmienność, rola giełdy, a także animatorzy?

Do sukcesu potrzeba wszystkiego po trochu. Rolą giełdy jest wprowadzenie instrumentu i jego ewentualna promocja. Z drugiej strony konieczni są handlujący. Animator może próbować rozpędzić rynek, ale sam nic nie zrobi. Potrzebna jest mniejsza lub większa grupa aktywnych inwestorów. Wydaje mi się, że w przypadku rynku kontraktów na akcje problemem jest zbyt mała aktywność inwestorów instytucjonalnych. Koncentrują się oni na głównych aktywach czyli akcjach, obligacjach ewentualnie kontraktach na WIG20. Nie ma u nas eksperymentatorów, innowatorów, podmiotów które wykorzystywałyby strategie arbitrażowe czy też hedging. Na rynku kontraktów na akcje handlują inwestorzy indywidualni, ale oni są za mali aby rozruszać ten rynek. Oczywiście instytucje podnoszą argument, że rynek jest mało płynny, ale w tym momencie mamy do czynienia z błędnym kołem. Trzeba próbować coś robić, generować tą płynność, tak aby osiągnąć efekt kuli śniegowej.

Czy kontrakty na akcje mogą być alternatywą dla rynku akcji? Dla kogo tak naprawdę są to instrumenty: dla początkujących inwestorów czy też tych bardziej zaawansowanych?

Jestem zwolennikiem tezy, że nie ma produktów dla początkujących i zaawansowanych. Kontrakt na akcje jest instrumentem, jak każdy inny. W mojej opinie pochodne na akcje są dobre dla mniej doświadczonego inwestora, gdyż szybko może nauczyć się mechanizmów funkcjonowania rynku terminowego bez wielkich kosztów. Dodatkowo rynek kontraktów terminowych wymusza na inwestorach większą dyscyplinę. Szybko karci złe nawyki. W efekcie szybciej jesteśmy się w stanie nauczyć, czego nie należy robić na rynku.

Autopromocja
Podwajamy subskrypcje

Kup kwartalną e‑prenumeratę, a my przedłużymy okres Twojej subskrypcji

KUP TERAZ

W przypadku rynku forex KNF straszy statystykami, które mówią, że ponad 80 proc. inwestorów na tym rynku traci. Jak jest na rynku giełdowych instrumentów pochodnych?

To jest podobny rząd wielkości czyli 80 - 90 proc. traci. Lata temu Amerykanie robili zestawienia, z których wynikało, że średnia strata na tym rynku była równa wielkości minimalnej kwoty potrzebnej do założenia rachunku czyli 5 tys. dolarów. Wyzerowanie rachunku, trwało z kolei pół roku. W mojej opinii rynek forex niczym nie różni się od rynków kontraktów terminowych. Większość na nich traci pieniądze. Na rynku akcyjnym trudno jest o jednoznaczne statystki, chociażby dlatego, że nie ma codziennego rozliczania, ale uważam, że również na nim większość osób traci, chociaż może odsetek ten nie będzie wynosił 80 - 90 proc. Tak jednak wygląda biznes. Znalazłem ostatnio opracowanie dotyczące rynku restauracji. 9 na 10 otwieranych knajp pada już w pierwszym roku. Czy to oznacza, że trzeba zamknąć rynek restauracji? Oczywiście, że nie. Każdy biznes jest trudny, wchodzą na niego różni ludzie, z różnym przygotowaniem, szczęściem czy też kapitałem. Między rynkiem finansowym, a otworzeniem innego biznesu jest taka różnica, że z rynkiem finansowym jest łatwiej. Wystarczy otworzyć rachunek i można handlować. To oznacza, że nieprzygotowanych do tego rynku jest zdecydowanie więcej.

Czy widzi pan jeszcze potencjał do rozwoju giełdowego rynku instrumentów pochodnych?

Trudno jest mówić o rynku kontraktów, w tym także kontraktów na akcje, nie patrząc szerzej. W Polsce giełda ma duży kłopot. Mamy wyraźny odpływ inwestorów. To jest pochodna tego, że od 2009 r. tak naprawdę na naszym rynku niewiele się dzieje. Rynek nie jest taki pociągający. Jeśli więc nie będzie wielkiej hossy, nie zmieni się postrzeganie rynku giełdowego, to i rynek kontraktów będzie w marazmie. Część osób wysuwa argumenty, że młodzi ludzie nauczyli się, że na giełdzie nie da się wygrać i dlatego od niej odchodzą. To jedna z większych bzdur. Ci sami młodzi ludzie pakują się w startupy, grają w pokera czyli podejmują ryzyka. Nie ważne jest jak, tylko aby szybko i dużo zarobić. Giełda dla nich nie jest teraz atrakcyjna. Aby to się zmieniło, potrzebna jest jakaś koniunktura a także większe zaufanie do rynku.