We środę Chińczycy podali oficjalną wartość PMI, który spadł z 50,2 w czerwcu do 50,1 w lipcu. I był najniższy od listopada 2011 r. Wiadomo, że odczyt na poziomie 50 oznacza stagnację, każdy ułamek w dół, to spadek produkcji.
Od kilku dni toczy się dyskusja na temat kondycji gospodarki chińskiej. Powszechnie oczekiwano, że trzeci kwartał będzie powrotem do wyraźnego wzrostu. W okresie kwiecień - czerwiec PKB zwiększył się jedynie o 7,6 proc., co było uznane za oznakę spowolnienia. Był to zresztą najgorszy wynik chińskiej gospodarki od trzech lat. Przy tym niektóre fabryki nadal notują zwiększenie produkcji, ale coraz trudniej jest im zdobyć zamówienia, a szczególne kłopoty sprawiają rynki zagraniczne, gdzie widać wyraźny kryzys. Najwyraźniej jest to odczuwalne u dwóch kluczowych partnerów - w Europie i Stanach Zjednoczonych.
Teraz już sami Chińczycy przyznają, że ryzyko poważnego hamowania gospodarki jest potężne i wskazują przede wszystkim na pogarszającą się sytuację na rynkach europejskich.
— Presja w dół jest szczególnie odczuwalna - mówił we wtorek premier Chin, Wen Jiabao cytowany przez chińską agencję prasową Xinhua. Co gorsza jego zdaniem globalne spowolnienie gospodarcze, które dzisiaj odczuwają chińscy eksporterzy może potrwać naprawdę długo.
W tej chwili mało już kto wierzy, że w tym roku uda się Chinom osiągnąć wzrost gospodarczy na poziomie przekraczającym 8 proc. PKB. Pojawiają się nawet czarne prognozy, które mówią o krachu w budownictwie, które dotąd było ważnym czynnikiem napędzającym rozwój. Boom inwestycyjny ostatniej dekady był tak gigantyczny, że Chińczycy praktycznie u siebie w kraju budowali „drugi Rzym" co każde dwa tygodnie. Dzisiaj nie wiadomo ile z tych inwestycji miało niezbędne pozwolenia i jak bardzo się zadłużyły. W samym Pekinie ,gdzie mieszkania są potwornie drogie 4 miliony lokali stoi pustych. Inwestycje w budownictwie miały na swoim koncie jedną czwartą PKB i zatrudniało ok. 15 proc. siły roboczej. Niestety ta branża również nagromadziła w ostatnich latach ogromne portfele złych kredytów, które władze starają się teraz wyczyścić. Od kryzysu w 2009 roku władze lokalne zadłużały się na potęgę w kontrolowanych przez państwo bankach,żeby sfinansować niekoniecznie potrzebne projekty. Jednocześnie rozwijało się finansowanie w szarej strefie, przy tym gigantyczne kwoty były lokowane na rynku nieruchomości.
—Niestety w wielu wypadkach nasz rozwój okazał się niezrównoważony, brak mu koordynacji i w takiej formie jest nie do utrzymania - uważa cytowany przez Xinhua premier Wen Jiabao.
Zapewne dlatego właśnie rząd w Pekinie powstrzymuje się przed wprowadzeniem na rynek kolejnego pakietu stymulacyjnego, chociaż jest tak naprawdę jedyny na świecie, który byłoby stać na takie posunięcie. W latach poprzedniej fali kryzysu 2008/9 Chińczycy wpompowali w gospodarkę około biliona dolarów. Te pieniądze napędziły koniunkturę właśnie w inwestycjach infrastrukturalnych, powstały gigantyczne lotniska, deficytowa szybka kolej, oraz wiele mostów, które prowadzą donikąd.
Zdaniem ekonomistów chińską gospodarkę może w tej chwili wspomóc jedynie pobudzenie popytu wewnętrznego, skoro inwestycje i eksport nie mają szans na dalszy wzrost. A Chińczycy lubią i mają za co kupować,nawet w obecnej nieco trudniejszej sytuacji gospodarczej. Tyle,że jak na razie te pieniądze najchętniej wydają za granicą, a umacniający się juan powoduje, że takie wyprawy są coraz tańsze.
Chińskie władze ze swojej strony od początku czerwca nieco poluzowały politykę pieniężną. Łatwiej jest teraz pożyczyć pieniądze i bardziej opłaca się je oszczędzać, bo banki zostały zmuszone do podwyższenia oprocentowania depozytów. W tym roku oczekuje się, że płaca początkowa wzrośnie o 13 proc. w porównaniu z 2011 r. Ale z drugiej strony mówi się również, że jednak ten kwartał, a być może także kolejny będą dość trudne. Jak trudne, to zależy przede wszystkim od tego jak rozwinie się sytuacja w strefie euro.