W czwartek złoty ponownie zachowywał się bardzo zmiennie, około godz. 12 za jedno euro trzeba było płacić 4,64 zł, co jest najwyższym poziomem od marca tego roku. Po południu nasza waluta nieco umocniła się wobec unijnej – do 4,59 zł, ale nie zmienia to faktu, że pozostaje mocno niedoszacowana. Punkt równowagi pary euro/złoty, jak wynika z badań wśród przedsiębiorców prowadzonych przez Narodowy Bank Polski, to obecnie 4,1 zł.

Czytaj więcej

Adam Woźniak: Słaby złoty mocno straszy

rp.pl

Globalne nastroje

Eksperci wymieniają kilka przyczyn tej trwającej już kilka miesięcy słabości złotego, z czego część ma charakter globalny, a część – krajowy. – Rynki finansowe zdają sobie sprawę, że przed nami szybsza, niż myśleliśmy, normalizacja polityki pieniężnej w Stanach Zjednoczonych, to znaczy ograniczenie skupu aktywów i podwyżki stóp procentowych – mówi Piotr Bielski, główny ekonomista Santander Bank Polska. Powoduje to umocnienie się dolara, ale też gorsze nastroje na rynkach (co widać np. po spadku indeksów giełdowych) oraz mniejsze zainteresowanie aktywami o wyższym profilu ryzyka, co rykoszetem odbija się na rynkach rozwijających się, w tym Polsce, w postaci słabszej waluty.

– Na to nakłada się sytuacja w kraju – zaznacza Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole Bank Polska.

Krajowe czynniki

To m.in. spór prawny z Komisją Europejską w kwestii wyższości prawa polskiego nad unijnym, co opóźnia uruchomienie w Polsce Funduszu Odbudowy, czyli Krajowego Planu Odbudowy. – A im później KPO, który będzie stanowił duży impuls popytowy w gospodarce, zostanie wdrożony, tym bardziej opóźniać się może rozpoczęcie cyklu podwyżek przez bank centralny. Tymczasem to właśnie ciągłe gołębie nastawienie Rady Polityki Pieniężnej w Polsce powoduje, że złoty słabnie bardziej niż waluty regionu – wyjaśnia Borowski.

– Gdyby prezes NBP Adam Glapiński powiedział dzisiaj, że utrzymująca się przez dłuższy czas podwyższona inflacja rodzi ryzyko dla stabilności cen w dłuższym okresie i należy w związku z tym zacząć podnosić stopy procentowe, byłby to czynnik umacniający złotego – podkreśla Jakub Borowski.

rp.pl

Słaby złoty pomaga?

– Na razie jednak większość członków RPP ocenia, że główną przyczyną inflacji (5,5 proc. w sierpniu) są czynniki podażowe, na które polityka pieniężna ma ograniczony wpływ, więc zmiany w tej polityce nie są niezbędne. W retoryce prezesa Adama Glapińskiego słaby złoty jest dobry dla gospodarki, bo poprawia konkurencyjność polskiego eksportu, co można rozumieć jako niechęć do działań umacniających naszą walutę (czyli podwyżek stóp).

Ekonomiści podkreślają, że z tymi korzyściami dla gospodarki to nie do końca tak. Owszem, dla eksporterów im wyższy kurs euro/złoty, tym lepiej, gorzej jednak dla importerów. Ciekawe, że wedle ostatnich badań NBP kurs euro, po przekroczeniu którego import przestaje być opłacalny, to 4,72 zł, więc importerzy są już praktycznie na skraju opłacalności.

Pytanie, co dalej może się dziać ze złotym? Czy grozi nam jeszcze gwałtowniejsza deprecjacja, czy złoty wobec euro przekroczy poziom 4,8 zł albo nawet o 5 zł? Tu ekonomiście nie mają jednego zdania.

– W tym kontekście ważna jest także sytuacja w handlu zagranicznym – mówi Jakub Rybacki, ekonomista Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Na rachunku obrotów bieżących utrzymuje się nadwyżka, co powinno stabilizować złotego – dodaje. Jego zdaniem scenariusz 5 zł za euro można uznać za niezwykle mało prawdopodobny, a w tym roku złoty nawet nie powinien przebić „progu bólu" dla importerów, czyli 4,72 zł.

Czarne scenariusze

Z kolei Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego, przyznaje, że czarnych scenariuszy jeszcze silniejszej deprecjacji naszej waluty nie można tak zupełnie wykluczyć. – Obecnie rynek oczekuje podwyżki stóp procentowych w Polsce o 25 pkt bazowych w listopadzie i o 125 pkt bazowych do końca przyszłego roku. Jeśli jednak RPP nie rozpocznie cyklu podwyżek w listopadzie, albo skala będzie istotnie mniejsza, to rynki finansowe mogą być rozczarowane. Tym bardziej że w przyszłym roku czeka nas ekspansja fiskalna na poziomie 5 proc. PKB, co będzie poważnym impulsem inflacyjnym. Jeśli na to nałożą się tak negatywne zjawiska jak pogorszenie na rachunku bieżącym i eskalacja konfliktu, czy wręcz otwarta wojna z Brukselą, to może nas czekać dalsze osłabianie się złotego – analizuje Benecki.

Janusz Jankowiak główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu

Jeśli utrzyma się globalna awersja do ryzyka i krajowe czynniki ryzyka, czyli niechęć władz monetarnych do podwyżki stóp, można spodziewać się, że złoty pozostanie w trendzie deprecjacji. Moim zdaniem może jeszcze osłabić się nawet o 10 groszy. Jednak poziom 5 zł jest raczej poza zasięgiem, tak dużą deprecjację mógłby wywołać jakiś kryzys, czego nie ma w naszych scenariuszach. Inna sprawa, że nasz bank centralny „dbając" o słabego złotego, który jest dobry dla konkurencyjności eksportu, podbija inflację, którą powinien zacząć już zwalczać.

Komu szkodzi słaby złoty

Odsetek przedsiębiorców, którzy wskazują na kurs walutowy jako barierę rozwoju, w II kwartale tego roku utrzymywał się na poziomie historycznych minimów – wynika z badań koniunktury przez NBP. Ale w badaniach w I kw. ok. 11 proc. firm wskazywało, że deprecjacja złotego ma negatywny wpływ na poziom sprzedaży na krajowym rynku, 19 proc. – na rentowność sprzedaży krajowej, a 13 proc. – na ich ogólną sytuacją ekonomiczną. Na tle regionu deprecjacja naszej waluty jest wyraźnie głębsza, szczególnie w porównaniu z koroną czeską. W czwartek ok. godz. 15 czeska waluta była o 0,73 proc. mocniejsza niż trzy miesiące temu i o 2,15 proc. niż pięć miesięcy temu, a złoty odpowiednio o 2 proc. i 1,17 proc. słabszy. Główna stopa procentowa w Czechach wynosi 1,5 proc., na Węgrzech – 1,65 proc., w Polsce – 0,1 proc.