Felieton "Motel w pół drogi"
Jako człowiek już nieco wiekowy nie mogę się pozbyć nałogu porównywania teraźniejszości z czasami PRL. Są dziedziny gospodarki, w których takie porównania dają wyniki tak oszałamiające, że praktycznie nie ma porównania. Należy do nich między innymi stopień otwartości gospodarki.
Za komuny udawało się w porywach osiągać przychody z eksportu do „krajów pierwszego obszaru płatniczego” na poziomie 7 mld dolarów (było to niecałe 10 proc. PKB). W ubiegłym roku na eksporcie zarobiliśmy – co prawda to już nie ten dolar – 140 mld dolarów (ponad 30 proc. PKB). A na wymianie towarowej nasze związki z zagranicą ani nasze przychody dewizowe się nie kończą.
Drugim ważnym strumieniem wpływów dewizowych są BIZ, czyli bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Są coraz większe. W 2005 roku było to blisko 10 mld dolarów, w 2006 roku 14 mld dolarów, rok ubiegły przyniósł zapewne kolejny rekord; w pierwszym półroczu zainwestowano 8,7 mld dolarów. Według szacunków stanowiło to około 5 proc. inwestycji dokonywanych w Polsce. Konsekwencją BIZ było powiększenie tempa wzrostu PKB o jeden punkt procentowy.
Na owym punkcie (bagatela – 12 mld zł) korzyści z napływu kapitału zagranicznego się nie kończą. Potęgą w badaniach rozwojowych i kreowaniu nowych technologii niestety nie jesteśmy. Szczęśliwie otwartość gospodarki sprawia, że stosunkowo łatwo korzystać z nowoczesnych rozwiązań stosowanych przez innych. A ten „imitacyjny” postęp techniczny trafia do nas także dzięki inwestycjom zagranicznym.
Co jeszcze ważniejsze, wraz z technologią, czyli wiedzą sformalizowaną, napływa także know-how definiowany przez Unię Europejską (że też oni muszą wszystko definiować i regulować) jako „pakiet nieopatentowanych informacji praktycznych wynikających z doświadczenia i badań, które nie są powszechnie znane lub łatwo dostępne”. Kiedy owe „nieopatentowane informacje praktyczne” napłyną, przestają być trudno dostępne i rozlewają się po gospodarce.
Tych korzyści najtężsi rachmistrze i najszybsze komputery precyzyjnie nie wyliczą. Są one jednak na tyle spore, że zmieniają przyzwyczajenia i nawyki naszej – dawniej przodującej – klasy robotniczej, bo najwyraźniej jej się to opłaca, podobnie zresztą jak nam wszystkim.
Stąd radość z napływu owych kilkunastu miliardów dolarów i smutek wtedy, gdy przegrywamy rywalizację o konkretną inwestycję z naszymi konkurentami: Czechami, Słowakami czy Węgrami.