Mija rok, odkąd Ministerstwo Sprawiedliwości przedstawiło pierwszą listę zawodów, przeznaczonych do uwolnienia. Projekt deregulacji miał dać impuls gospodarce, by łatwiej jej było wychodzić z kryzysu. Dyskusje ciągle trwają, ale po 12 miesiącach wymiernych efektów jednak ciągle brak.
– Projekty tworzone w ministerstwach trafiają w tryby procesu legislacyjnego – tak opóźnienia tłumaczy w tygodniku „Bloomberg Businessweek Polska" Mirosław Barszcz, który doradza odpowiedzialnemu za deregulację ministrowi sprawiedliwości.
Barszcz uspokaja, że choć projekt rzeczywiście zaczął żyć własnym życiem, nie znaczy to, że jest zagrożony. – Trudno byłoby go już teraz zatrzymać – przekonuje.
W rozmowie z tygodnikiem przyznaje jednak, że opór pojawia się nie tylko ze strony środowisk, które deregulacją nie są zainteresowane, ale też urzędników, którzy projekt przygotowują, ale boją się podejmować decyzji.
– Często musimy robić za poganiaczy mułów. Urzędnicy w Polsce nie patrzą na swoje działania od strony gospodarczej – podsumowuje. Zapewnia jednak, że do końca roku powinny się zakończyć prace w Sejmie związane z tzw. pierwszą i drugą listą deregulacyjną. Dzięki nim uwolnione mają zostać m.in takie zawody, jak pośrednik nieruchomości czy przewodnik wycieczek.
Do kolejnej tury zostały za to przesunięte zawody związane z finansami, takie jak maklerzy i doradcy inwestycyjni. Barszcz wyjaśnia, że chodziło o to, by przez dodatkowe konsultacje nie wstrzymywać drugiej listy. – Chcemy doprowadzić do sytuacji, w której urzędnicy bez popędzania zaczną we własnym zakresie deregulować otoczenie – mówi.
Więcej w najnowszym numerze „Bloomberg Businessweek Polska"