[b]Każdy pana film jest zupełnie inny, ale wszystkie łączą wyraziści bohaterowie stawiający czoła rzeczywistości. Myśli pan, że kino może zmieniać świat? [/b]
[b]Steven Soderbergh:[/b] Byłbym naiwny, gdybym tak myślał. Twórcy filmowi bez znieczulenia rozliczyli się z XX stuleciem. A przecież nikt nie wyciągnął z tego wniosków. Kula ziemska nie zamieniła się w XXI wieku w raj. Sztuka nie ma wielkiej siły oddziaływania. I nigdy nie miała. Tak samo niczego nie nauczyły nas dzieła Szekspira jak biografie ludzi, którzy przeżyli Holokaust. Ludzkość stale popełnia te same błędy, ciągle człowiek kieruje w stronę drugiego człowieka naładowaną broń. Ale przecież trzeba próbować.
[b]Skoro tak pan uważa, to dlaczego w swoim filmie wybiela pan Che Guevarę?[/b]
Nie wiem, czy wybielam. Opowiadam o bojowniku, który fascynuje kilka pokoleń ludzi w różnych krajach. O człowieku, który urodził się w bardzo zamożnej rodzinie, studiował medycynę, po czym jego poglądy tak dalece się zradykalizowały, że z bronią w ręku poszedł walczyć o sprawiedliwość, o lepsze jutro dla tych, którzy w historii głosu nie mają. Guevara pozostał wierny własnym ideałom przez całe życie. Większość z nas dawno by się wycofała, obrosła w dobra, zaczęła wieść spokojne życie. A on trwał na tej swojej rewolucyjnej drodze.
[b]Miał krew na rękach.[/b]
Ofiary są ceną każdej rewolucji.
[b]Nie obawia się pan, że popularność Che wśród młodych ludzi jest niebezpieczna? [/b]
Nasz scenarzysta Peter Buchman mówi, że Che ma milion twarzy. Każdy ma jego własny obraz. Pozytywny lub negatywny. To postać, która bulwersuje, prowokuje.
[b]Wielu ludzi mało o nim wie, budując jego legendę na zewnętrznościach – buncie i romantycznej otoczce. [/b]
Bardzo ciekawe jest obserwowanie reakcji ludzi na ten film. Od skrajnie entuzjastycznych po oburzenie. Nawet w USA film nie jest przyjmowany jednakowo. W Miami na Florydzie, gdzie jest wielu Kubańczyków, "Che" został odrzucony, w Nowym Jorku widzowie krzyczeli po pokazach "Morderca!", a w San Francisco film bardzo się podobał. Bo tam kochają rewolty. Najbardziej mnie jednak zdziwiło, że zakochali się w "Che" Japończycy.
[b]Nie obawia się pan, że pański film spełnia podobną funkcję jak T-shirt z podobizną Guevary? [/b]
Każdy film jest tylko T-shirtem. To nie jest życie, lecz jego odzwierciedlenie. A widz ma wolny wybór.
[b]"Che" łączy dwa nurty pańskiego kina. Część filmów jest skierowana do wąskiej grupy widzów, ale zrobił pan też przeboje nastawione na masowego odbiorcę. [/b]
Proces tworzenia jest podobny w obu przypadkach. I przyjemność kręcenia też. Zresztą kino artystyczne i komercyjne nie są znowu tak od siebie odległe. Sam chodzę do kina na bardzo różne filmy.
[b]Europa ma tradycję kina autorskiego. Pan nie tylko pisze scenariusze i reżyseruje, ale też jako Peter Andrews robi zdjęcia, montuje, produkuje. Jak to się dzieje? [/b]
Po prostu kocham wszystko, co jest związane z filmem. Jako młody chłopak łapałem każdą pracę, byle tylko być blisko kina. I ta fascynacja mi nie przechodzi. Wciąż chętnie pracuję, tak jak wtedy, gdy miałem kilkanaście lat i małą kamerką kręciłem kilkunastominutowe etiudy.
[b]A który etap pracy wydaje się panu najciekawszy? [/b]
Oczywiście montaż. Nie mam żadnych wątpliwości. To wtedy powstaje film.
[b]W pana filmach gwiazdy opuszczają szufladki, pokazując poza słynną twarzą aktorski kunszt. [/b]
Myślę, że najważniejszy jest tu instynkt. Jak się zrobi błąd w obsadzie, zabija się film. Dlatego trzeba uważać. Ale mnie czasem się udaje dostrzec w aktorach coś, czego inni nie widzą. A oni mi potem pięknie odpłacają. Gdy obsadzałem Julię Roberts w "Erin Brokovich", niektórzy pukali się w czoło. Tymczasem Julia stworzyła znakomitą kreację. Rzadko zdarza się na planie aktor tak oddany pracy jak ona. Była tak przygotowana, że moim jedynym zadaniem stawało się włączenie kamery.
[b]Zmienił pan również image Michaela Douglasa czy George'a Clooneya. [/b]
George'em wyczuliśmy się w jednej chwili. Mamy podobne poczucie humoru i filmowy gust. Obaj nie potrafimy żyć bez kina. Przez pewien czas mieliśmy nawet wspólną firmę producencką.
[b]Czy obecny kryzys ekonomiczny ma wpływ na przemysł filmowy? [/b]
Hollywoodzkie studia niewiarygodnie zbiedniały. Są warte jedną czwartą tego, co rok temu. Zwalniają ludzi, oszczędzają. Poza tym tracą wspólników. Przedsiębiorcy i właściciele koncernów, którzy dotąd chętnie w kino inwestowali, teraz najczęściej sami mają kłopoty finansowe.
[b]Ma pan jeszcze jakieś zawodowe marzenie? [/b]
Nie. Udało mi się w życiu zrobić niemal wszystko, co mi się kiedykolwiek zamarzyło.
[b]To jest pan szczęściarzem. [/b]
Ale taki mam charakter. Kiedy coś jest niemożliwe, po prostu rezygnuję bez żalu i nie marnuję dwóch lat na przekonywanie sponsorów do swoich projektów. Po prostu zabieram się za inny temat. To też jest klucz do sukcesów.
[ramka][b]Steven Soderbergh, reżyser[/b]
Urodził się 14 stycznia 1963 r. w Atlancie. Zadebiutował w wieku 26 lat filmem „Sex, kłamstwa i kasety wideo", zdobywając Złotą Plamę w Cannes i nominację do Oscara za scenariusz.
Dziś jest twórcą tak głośnych filmów jak „Co z oczu, to z serca", „Traffic", „Erin Brokovich", „Ocean's Eleven", „Ocean's Twelve", „Solaris" (na podstawie powieści Lema"), „Dobry Niemiec".[/ramka]