„Rzeczpospolita”: Jak się pan czuje przed premierą „Lalki”?
Maciej Kawelski: Czuję ogromną radość i wdzięczność. To zwieńczenie prawie trzech lat pracy, przy której przewinęło się kilka tysięcy ludzi. Te trzy lata to jednocześnie dużo i mało. Czas pędził niesamowicie. A teraz film, który wyśniliśmy, oddajemy widzom. I od tej chwili nie należy już do nas.
Reżyser „Lalki”: Stanisław Wokulski dotyka polskiej duszy, tacy jesteśmy
„Lalkę” podobno lubił pan od wczesnej młodości.
Była jedną z moich ulubionych powieści w liceum i wielokrotnie do niej wracałem. Mam wrażenie, że Wokulski jako archetyp dotyka polskiej duszy w jej najjaśniejszych i zarazem najbardziej destrukcyjnych miejscach. Szuman mówi o nim, że romantyk bije się w nim z pozytywistą i myślę, że tacy właśnie jesteśmy. Wokulski umie ciężko pracować i kalkulować, a potrafi z ułańską fantazją położyć wszystko na szali dokładnie wtedy, kiedy rozsądek nakazuje ostrożność. Naród idealistów. To bywa nasza największa siła i nasze największe nieszczęście.
Dlaczego młody reżyser szuka bohatera w powieści Prusa, a nie w prozie współczesnej?
Bo to świetna powieść – poruszająca, wielowymiarowa, niezależnie od tego, kiedy powstała. W kulturze jest trochę jak w ewolucji: zostaje to, co najlepiej dostosowane. 130 lat i kolejne pokolenia czytelników to twardszy dowód niż jakakolwiek recenzja. Zresztą nie mogę powiedzieć, żebym szukał tematu. To Wokulski chodził za mną od lat – bohater, który jest dla siebie największym napędem i największym przeciwnikiem zarazem. Nie przestaje mnie to intrygować.
Przystępując do pracy nad scenariuszem, obejrzał pan „Lalkę” Wojciecha Hasa?
Nie, bo chciałem uniknąć świadomej inspiracji bądź antyinspiracji. Sytuacji, w której decydowałbym się na coś dlatego, żeby było podobnie jak u Hasa lub dlatego, żeby było inaczej niż u Hasa. Wróciłem do „Lalki” z 1968 r. dopiero wtedy, gdy nasz tekst był już gotowy.
I jak pan ją wtedy odebrał?
Pomyślałem, że to niezależne utwory. „Lalka” jest na tyle pojemną powieścią, że można ją ekranizować na wiele różnych sposobów.
Pan zwraca się do innej widowni niż Has. Dzisiaj młodzież nie czyta „Pamiętnika subiekta”, żyje w internecie, korzysta ze sztucznej inteligencji.
Nie wierzę w doklejanie współczesności na siłę. Można wziąć garść modnych haseł i wrzucić je w świat Prusa, żeby film był „dzisiejszy”, sporo filmów tak powstaje i zawsze widać szwy. Chciałem opowiedzieć historię, która chwyta za serce. A jeśli emocje są prawdziwe, lustro współczesności znajdzie się samo. 18-latek, który nie przeczytał „Lalki”, i tak wie, co to znaczy pragnąć kogoś, kto jest poza zasięgiem, i przeliczać, ile jest wart w cudzych oczach. To się nie zmieniło ani przez sto mijających lat, ani przez internet.
Podczas pisania scenariusza bardziej były dla pana istotne aspekty psychologiczne czy społeczne?
Film to emocje, a nie esej. Bliżej mi więc do psychologii, choć aspekty społeczne same się dopisują. Wiek XXI nie zlikwidował rozwarstwienia, a szklany sufit, o który Wokulski uderza głową, jest dziś równie trudny do pokonania. Ale najbardziej intryguje mnie jego podróż w głąb siebie. Chce być naukowcem, ale to mu nie wystarcza. Zostaje kupcem, ale to kolejne rozczarowanie. Jedzie na wojnę, wraca bogaty i myśli: „Teraz pokocham Izabelę”. Idealizuje ją, wierzy, że ta miłość wreszcie przyniesie mu ukojenie. I znów zostaje z niczym. Każdy z nas ma takie próby: medal, awans, czyjeś spojrzenie – coś na zewnątrz, co ma nam powiedzieć, ile jesteśmy warci. I zawsze jest tego za mało.
Czytaj więcej
To przełom w oglądalności „Lalki” na świecie: 21 września polski serial debiutował na dziesiątej pozycji w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytani...
Maciej Kawelski, reżyser „Lalki”: Wymarzyliśmy sobie ten film
„Lalka” to bogaty materiał literacki. Sporo wątków musiał pan opuścić. Nie ma w filmie Heleny Stawskiej, ubogiej kobiety z dzieckiem, z którą Rzecki chciał Wokulskiego wyswatać. Ale też kilku innych postaci.
Stawska to był projekt Rzeckiego, nie Wokulskiego. Stary subiekt myślał, że w ten sposób uratuje Stacha, ale Wokulski nigdy w tę relację nie zainwestował. Przy ostrej selekcji, jakiej wymaga film, to przesądziło, bo każda scena musiała walczyć o miejsce. Pytałem sam siebie: czy to dla mnie ważne, czy bez tego któryś łuk się nie domyka? Rozszerzyłem za to wątek pani Meliton, swatki. Kobiety niezależnej i pozbawionej złudzeń.
Kiedy robiliście zdjęcia na Krakowskim Przedmieściu, Warszawiacy narzekali, bo zamykaliście dla ruchu ważną arterię. Dziś „Lalka” jest hołdem dla niezwykłego piękna Warszawy, podkreślonego przez wspaniałe zdjęcia Piotra Sobocińskiego.
Owszem, na jakiś czas utrudniliśmy życie mieszkańcom, ale mam nadzieję, że wrażenia w kinie im to wynagrodzą. Bo dzięki temu powstał wyjątkowy świat, co jest wielkim wkładem Piotra, a także pionów scenografii i kostiumów. Często na planie zapominałem, że oglądam aktorów. Miałem wrażenie, że podglądam kawałek rzeczywistości sprzed półtora wieku. Nie zawsze tak cukierkowej. Parę kroków od Krakowskiego Przedmieścia Wokulski schodzi na Powiśle, gdzie panowała skrajna bieda. Przeszłość łatwo idealizować, bo znamy ją z ładnych obrazów. A tam dwie minuty spaceru dzieliły bogactwo od nędzy.
Produkcja „Lalki” jest bardzo poważnym przedsięwzięciem. Na zachodnie 17 mln dolarów to stosunkowo niewielki budżet. W Polsce 75 mln zł to majątek. Czy robiąc ten film, miał pan swobodę realizacyjną?
Miałem i swobodę, i wielkie wsparcie, co jest zasługą Radka Drabika, producenta filmu. Wymarzyliśmy sobie ten film, kiedy nie istniała jeszcze ani jedna linijka scenariusza i przez cały czas graliśmy do jednej bramki. Co nie znaczy, że nie było ograniczeń. 75 mln brzmi jak majątek, póki nie trzeba zbudować sklepu Wokulskiego, uszyć dziesiątek kostiumów, zaaranżować wyścigów konnych, postawić dzielnicy nędzy i odtworzyć przepychu XIX-wiecznego balu. Piony scenografii i kostiumów opracowały setki stron dokumentacji historycznej. Każda scena była potężnym wydatkiem i każda oznaczała cięcie gdzie indziej. Musiałem pożegnać się z ulubionymi scenami, żeby inne mogły wybrzmieć.
Dzisiaj niełatwo jest chyba zrobić taki film. Magazyny kostiumów i rekwizytów niemal w Polsce nie istnieją.
Polska kultura materialna została zniszczona i rozgrabiona przez dwie wojny i kilkadziesiąt lat komunizmu. Nie ma czego przechowywać. A my potrzebowaliśmy kostiumów, drobiazgów toaletowych, siodeł, mebli. Praktycznie wszystko trzeba było uszyć, zbudować albo sprowadzić z zagranicy. We Francji, Hiszpanii czy Niemczech takie rzeczy wypełniają całe hale i pada tylko jedno pytanie: „Która dekada XIX wieku was interesuje?”.
Czytaj więcej
Pokaz „Dzikiego, dzikiego Wschodu”, filmu fabularnego Jana Holoubka, zrealizowanego po sukcesie „Heweliusza”, otworzy 21 września Festiwal Polskich...
Kiedyś były podobne rekwizytornie również w Polsce.
Są w takim stanie, że nie mogliśmy z nich skorzystać. Zresztą widz ma inne wymagania. Kiedy powstawała „Lalka” Hasa, mówiło się podobno, że była to „moda tapicerska”, bo suknie powstawały z firan i obić; materiałów tanich i dostępnych. Dzisiaj wyglądałoby to na ekranie groteskowo.
Marcin Dorociński, Agata Kulesza, Marek Kondrat. Plejada gwiazd w „Lalce”. Reżyser: Marzyła mi się orkiestra złożona z wybitnych solistów
Od początku reżyserskiej kariery ma pan szczęście do aktorów. Tak było w „Ostatnim walcu”, „Atlasie” i „Niebezpiecznych dżentelmenach”. „Lalka” to już co najmniej dwudziestka renomowanych gwiazd. Marcin Dorociński w roli głównej, wracający do kina Marek Kondrat jako Rzecki, dla Agaty Kuleszy rozbudował pan rolę pani Meliton. Świetna jest Maria Dębska w roli Kazimiery Wąsowskiej. Nawet w epizodach pojawiły się wzruszająca Maja Komorowska jako prezesowa Zasławska czy Krystyna Janda jako hrabina Karolowa. A to zaledwie niektórzy z pana wyśmienitych aktorów. Jak pan, wciąż w świecie kina nowicjusz, tych wybitnych aktorów przekonuje?
Nie znam recepty. Mam ogromny szacunek do ludzi, z którymi pracuję, i mam nadzieję, że to czują. Tomek Kot powiedział mi kiedyś na planie „Niebezpiecznych dżentelmenów”, że dla aktora największą przyjemnością jest samo granie, a wartościowe role nie zdarzają się codziennie. Reszta, kariera i rozpoznawalność przychodzą przy okazji. Prawdziwa radość jest w procesie. Więc nie przekonuję, staram się przynieść materiał, przy którym oni chcą być i przeżyć coś wyjątkowego.
Wyjątkowego, czyli?
Ile jest historii, które mogą zebrać w jednej sali cztery pokolenia widzów? Nastolatka, jego rodziców, dziadków i pradziadków, i każdy przeżyje ją inaczej, a potem będą mieli o czym rozmawiać przy stole. To jest rzadkie. I cenne. Do „Lalki” warto wracać przez całe życie, bo za każdym razem czyta się ją inaczej. W liceum Wokulski jest romantycznym kochankiem. Po czterdziestce widać, że to człowiek, który spalił sporą część życia na czymś, co nigdy nie miało prawa się wydarzyć.
A gdzie w „Lalce” nowe talenty? Każdy reżyser marzy, by je odkrywać.
Inaczej buduje się awionetkę, a inaczej dreamlinera. Im tańszy projekt, tym bardziej stać realizatorów na ryzyko, w tym na nieznane twarze. Przy filmie tak drogim, z niewielkim wsparciem publicznym, swoboda się kurczy. Ale nie budowałem obsady na podstawie tabelek ryzyka w Excelu. Marzyła mi się orkiestra złożona z wybitnych solistów, którzy razem grają coś niesamowitego. I to samo dotyczyło ludzi po drugiej stronie kamery. Tam też zebraliśmy fenomenalny zespół.
Czytaj więcej
O Złote Lwy w Gdyni walczą fabularne biografie „Violetta Villas” i „Nasza rewolucja” o małżeństwie Gajki i Jacka Kuroniów. To filmy, w których odbi...
Wspomniał pan, że obciążeniem był fakt, iż ponad 90 proc środków pochodziło od inwestorów prywatnych.
Absolutnie. Nie mogłem zrobić z „Lalki” laurki dla samego siebie, pokazać jej przyjaciołom, a po klapie w kinach stwierdzić: „To wielka sztuka, tylko widzowie są głupi”. Kino nigdy nie było elitarną sztuką dla bogaczy. Zaczynało jako obwoźna rozrywka dla wszystkich. Ktoś musi kupić bilet i zaryzykować parę godzin swojego życia, zabierając je z czegoś innego. A potem jeszcze film nie może okazać się rozczarowaniem. To kolosalnie trudne zadanie.
Wierzy pan, że „Lalka” może stać się w Polsce przebojem na miarę „Odysei”?
Nie zamierzam porównywać się do Nolana, bo tutaj to my jesteśmy awionetką, a nie dreamlinerem. Ale kino to ekosystem: jeden dobry film pociąga następny i buduje zaufanie. Widzów – że warto kupić bilet na polski tytuł. Inwestorów – że warto w to włożyć pieniądze. Widownia polskich filmów wciąż nie wróciła do poziomu sprzed pandemii. Jeśli „Lalka” pomoże przełamać ten impas, będzie to sukces całej branży.
Jednocześnie w Netfliksie powstał serial wyreżyserowany przez Pawła Maślonę. Jakie to ma znaczenie dla was?
Żadnego konfliktu tu nie widzę. Nasze podejścia do Prusa są na tyle różne, że projekty raczej sobie pomogą. Ktoś w internecie napisał, że czeka nas „lalkomania”. Podoba mi się to. Czasem słyszę pytanie: skoro już Has i Ber nakręcili dwie „Lalki”, to po co kolejna wersja? Ale kultura tak nie działa. To, do czego się nie wraca i czego się nie redefiniuje, umiera. Jak łacina. A „Lalka” jest zbyt dobra, żeby uznać, że film sprzed 60 lat zamyka sprawę.
Podobno pan też myślał początkowo o serialu.
Pełny scenariusz, jaki napisałem, miał 270 stron. Czy kiedyś powstanie w takiej formie? Niezbadane są wyroki boskie.