Dokument w odróżnieniu od fabuły jest kinem prawdy. Jednak w czasach ekspansji mediów elektronicznych i Internetu ta zasada coraz rzadziej obowiązuje. Dokumentalista, by przebić się z przekazem, musi szukać nowatorskiej formy. Najlepiej takiej, która będzie „gorąca” i sensacyjna niczym news w wiadomościach i równie atrakcyjna jak klip reklamowy.
Reżyserzy rezygnują więc z podglądania rzeczywistości na rzecz ingerowania w nią. Kino prawdy coraz częściej staje się kinem kreacji. Na tym polega m.in. fenomen twórczości Michaela Moore’a. Jego filmy – od nagrodzonych Oscarem „Zabaw z bronią” po „Sicko” – trudno uznać za dokumentowanie zjawisk. Moore najpierw stawia mocną tezę, a następnie robi wszystko, by ją efektownie udowodnić. W „Sicko” przekonywał, że system amerykańskich ubezpieczeń zdrowotnych jest chory i trzeba go zmienić. Dla kontrastu pojechał na Kubę, która w jego ujęciu okazała się zdrowotnym rajem.
Takich propagandowych sztuczek jest w dokumentach Moore'a więcej. A mimo to jego nie obrazy nie tylko są kasowymi hitami, ale także ozdobą festiwali filmowych. Moore – jak wielu jego kolegów po fachu – manipuluje emocjami odbiorców, nagina fakty. Ta strategia nie różni się od polityki informacyjnej potężnych koncernów, które są głównym celem ataków współczesnych dokumentalistów. O ile jednak korporacje chcą chronić wizerunek, o tyle Moore i inni starają się przejętymi od nich metodami zdemaskować obłudę wielkich firm.
Śladem Moore’a idą m.in. dwaj alterglobaliści, Andy Bichlbaum i Mike Bonanno. Twórcy filmu „Yes-Meni naprawiają świat” też prowadzą wojnę z wielkimi koncernami.
Obaj chętnie biorą udział w konferencjach organizowanych przez świat biznesu, podszywając się pod przedstawicieli rozmaitych gałęzi przemysłu. Na zjeździe reprezentantów branży paliwowej podają się za pracowników Exxonu i proponują oryginalne rozwiązanie: produkcję biopaliwa w postaci świec z ludzkiego ciała! Na zlocie ubezpieczycieli wcielają się w projektantów z Haliburtona, zbrojeniowego giganta, proponując zgromadzonym super wynalazek, kapsułę ratunkową. W istocie monstrualny balonik z fikuśnymi wypustkami...
Happeningi przypominają reality show, którego uczestnicy nie są świadomi, że dali się nabrać. Chwalą projekty przygotowane przez Bichlbauma i Bonanno, obnażając własną głupotę i brak społecznej wrażliwości.
Po co Yes-Menom błazeńska zabawa? Jej sens wyjaśnia numer, jaki wycięli firmie Dow Chemical, wzbraniającej się przed wypłatą odszkodowań ofiarom katastrofy w zakładach chemicznych w indyjskim Bhopal.
W 2004 roku rzecznik Dow Chemical ogłosił na antenie BBC, że koncern jest gotów wziąć odpowiedzialność za tragedię sprzed lat i wypłaci poszkodowanym pieniądze. Gdy media zaczęły się rozwodzić nad szlachetnością korporacji, wyszło na jaw, że w rzecznika Dow Chemical wcielił się Andy Bichlbaum, a firma nie ma zamiaru płacić.
Kłamstwo Yes-Menów pokazało, jak mogłaby wyglądać alternatywna rzeczywistość, w której międzynarodowe korporacje pomagają potrzebującym, a nie tylko udają zatroskanie. Na chwilę zrobiło się jak w bajce.
Bichlbaum i Bonanno przekonują, że świat może być lepszy. Wystarczy zmiana myślenia, odrobina dobrej woli. Zarażają optymizmem i chęcią działania. Tyle że ich żarty są ryzykowne moralnie. Rozbudzają w ludziach fałszywą nadzieję. Mieszkańcy Bophalu byli w euforii, gdy dowiedzieli się, że Dow Chemical wyłoży pieniądze. Co poczuli, kiedy zrozumieli, że to nieprawda?
Bichlbaum i Bonanno pokazują rozradowanych ludzi, którzy nie mają o nic pretensji. Cieszą się, że ktoś zwrócił na nich uwagę. Jakoś nie potrafię uwierzyć w tą idylliczną wizję.