Zaczyna się jak obyczajówka. Brodaty mężczyzna bierze prysznic, kamera pokazuje typowy dom amerykańskiej klasy średniej. Gdy jednak na podjeździe zatrzymuje się samochód, z którego wysypuje się duża rodzina, nagi facet w panice ucieka przez okno. Był tu intruzem. Reżyser Jeremy Saulnier szybko go widzom przedstawia.
Dwight Evans żyje na plaży w zdezelowanym niebieskim samochodzie, szuka jedzenia w śmietnikach, czasem ukradnie w sklepie ubranie. Co mu się w życiu przydarzyło - nie wiemy, ale mamy przed sobą człowieka bez żadnych planów na przyszłość i ambicji. Aż do czasu, gdy dowiaduje się, że wyszedł z więzienia ktoś, z kim ma stare porachunki.
Widz odkryje, co zdarzyło się Dwightowi w przeszłości, a film zamieni się w krwawą opowieść o odwecie, w której nietypowym, bo bardzo zwyczajnym mścicielem jest nieznany, a świetny aktor Macon Blair.
Saulnier i Blair byli zwariowani na punkcie ruchomych obrazów od wczesnej młodości. I już wtedy wiedzieli, że bawi ich kino gatunkowe. W 1998 roku nakręcili razem etiudkę „Goldfarb" o szkolnych zabijakach, którzy zostali wynajęci do walki z zombie. W 2007 roku zrobili „Murder Party", gdzie akcja toczyła się podczas zabawy w czasie Halloween. Ale tak naprawdę obu im nie szło. Saulnier skończył prestiżową, nowojorską Tisch School of Arts, ale producenci nie czekali na niego z otwartymi ramionami.
„Blue Ruin" powstało za minimalne pieniądze — własne oszczędności i niewielkie sumy ofiarowane przez internautów w portalu Kickstarter. 400 osób uzbierało tam brakujące 35 tysięcy dolarów. Przedsięwzięcie jednak mogło skończyć się klapą, bo selekcjonerzy festiwalu Sundance film odrzucili. Uratowało je Cannes. W eksperymentalnej sekcji „Piętnastka reżyserów" Saulnier i Blair odnieśli sukces. Międzynarodowi krytycy, w przeciwieństwie do większości swoich amerykańskich kolegów, zachwycili się filmem, porównując go do wczesnych obrazów braci Coen i Tarantino, a dystrybucją zajęli się hollywoodzcy potentaci - bracia Weinstein.
Co takiego jest w „Blue Ruin", że udało mu się wyjść przed szereg rozlicznych, kręconych w pół-amatorskich warunkach filmów? Otóż jest on jest perfekcyjnie zrealizowany, pełen artystycznie skomponowanych kadrów, a poza tym trzyma w napięciu, zaskakuje. Piękne plenery Virginii kontrastują tu z przerażającą przemocą. I, co jest może najważniejsze, gwałt staje się tu udziałem zwykłych ludzi, elementem niemal codziennym. Zostaje wpisany w amerykańską prowincję.
Saulnier łamie mity - pokazuje świat, w którym marzenia o małej stabilizacji muszą zderzyć się z przerażającą rzeczywistością. Zło zakorzeniło się głęboko. W kraju, gdzie każdy ma prawo posiadania w domu broni, życie ludzkie zależy od pociągnięcia za cyngiel. Krew rozpryskująca się z rozprutej nożem głowy niemal nie dziwi. I może ta prowokacja jest największą wartością „Blue Ruin". To ona sprawia, że Jeremy Saulnier - ojciec trojga dzieci - nie epatuje przemocą, lecz krzyczy i ostrzega.
Barbara Hollender