„Demografia. Gospodarka Pokoleń” to projekt „Rzeczpospolitej”, w którym przyglądamy się, jak demografia zmienia polską gospodarkę. Malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym i starzenie się społeczeństwa będą miały wpływ na rynek pracy, kondycję firm, finanse publiczne, system emerytalny i ochronę zdrowia. „Rzeczpospolita” pyta ekspertów, przedsiębiorców i polityków, co zrobić, by Polska mogła nadal się rozwijać i skutecznie konkurować.

Dyskusja o starzeniu się ludności jest już stale obecna nie tylko w gronach eksperckich, ale także w mediach. Problem jest poważny, ale dyskusja nie zawsze przybliża nas do jego zrozumienia. Ponadto jest zideologizowana, a wnioski częściowo zniekształcają istotę tego zagadnienia.

Po pierwsze, starzenie się ludności jest zjawiskiem powszechnym, globalnym – choć w różnych częściach świata jest ono w różnych fazach. Jest najbardziej zaawansowane w krajach wysoko rozwiniętych (w tym w Polsce), w których zakończyło się trwające od XIX w. tzw. przejście demograficzne od wysokich do niskich wskaźników dzietności i śmiertelności. Boom demograficzny, który nastąpił między początkiem i końcem tego procesu, przez dziesięciolecia umożliwiał łatwe finansowanie „welfare state”. Ale to już przeszłość. Na skutek zmian ludnościowych zostaliśmy z nieźle zaprojektowanymi instytucjami, ale z bardzo ograniczonymi możliwościami ich finansowania.

Nie jesteśmy bardzo różni od społeczeństw z szeroko rozumianej okolicy. Warto zobaczyć Polskę w szerszym kontekście krajów rozwiniętych, a nasze dodatkowe, lokalnie uwarunkowania zostawić na koniec. Są one bardzo ważne, ale bez rozumienia szerokiego kontekstu zmian ludnościowych skupianie się na sobie zawęża horyzont i utrudnia racjonalne myślenie.

Ze starzeniem nie wygramy

Starzenie się ludności jest jak walec drogowy. To znaczy, że nie da się z nim wygrać. Jest silniejsze od wszelkich polityk i ideologii, które są może i efektowne, ale w konfrontacji z nim nie mają szans. Niezależnie od tego należy oczywiście wprowadzać racjonalne rozwiązania w polityce ludnościowej, ale oczekiwanie cudów jest naiwnością lub manipulacją, oraz okazją do politycznego lansu.

Czytaj więcej

Połowa pracowników 45+ rozważa pracę w wieku emerytalnym

Nie próbujmy „zawracać kijem Wisły”, skupmy się raczej na tym, jak najlepiej zorganizować życie społeczne w sytuacji takiej, jaka na skutek starzenia się ludności już jest i będzie w najbliższych dziesięcioleciach. Jeśli się ona trochę poprawi – oby tak się stało – to stanie się to na skutek zmian w naszym postrzeganiu rodzicielstwa, a nie zwiększania wydatków na politykę „prorodzinną”. Na razie – nie tylko w Polsce – nikomu nie udało się zastosować, albo chociaż zaprojektować narzędzi, które dawałyby szansę na odwrócenie trendu demograficznego. Ludzie nie są automatami reagującymi na: „wrzuć monetę, będzie dziecko”. Dodatkowych dzieci nie da się kupić.

Jednak nawet gdyby cudownie udało się zwiększenie dzietności o połowę, byłoby to spowolnienie, a nie odwrócenie demograficznego trendu. Byłoby to jednak wielkie osiągnięcie, choć nie rozwiązałoby w horyzoncie 20–40 lat problemów w gospodarce czy systemach społecznych, nad czym załamujemy ręce. Musimy sobie uświadomić, że poprawa dzietności, jakkolwiek ekstremalnie trudna, być może jest osiągalna. Ale nawet wtedy nie zwiększy podaży pracy i nie poprawi proporcji ludności decydujących np. w systemie emerytalnym.

Rozumienie starości jest mocno przestarzałe

Starzenie się ludności wynika z sytuacji na obu końcach rozkładu według wieku. W dyskusji publicznej znacznie więcej miejsca zajmuje kwestia niskiej dzietności niż długowieczności, ale to oba te fakty wzięte razem powodują, że relacja liczebności starszych roczników do liczebności młodszych tak szybko zmienia się w kierunku, który określamy właśnie jako starzenie się ludności. Nie zawsze w pełni uświadamiamy sobie, jak bardzo trwanie życia wydłużyło się w ostatnim stuleciu, szczególnie w ostatnich dziesięcioleciach. Jeszcze niedawno ludzie średnio żyli o 10–20 lat krócej niż obecnie. Zmiana ta słabo przebija się do naszego myślenia o sobie samych w kontekście długowieczności. Nasze rozumienie starości jest więc mocno przestarzałe.

Mentalnie jesteśmy w tej sprawie w XIX w., gdy osoba 60-letnia była już starcem mającym przed sobą tylko kilka lat życia i będącym w stanie większej lub mniejszej niedołężności wynikającej z wieku. To dzisiaj odpowiadałoby wiekowi 80 czy nawet 85 lat. Jednak te „zabytkowe” 60+ lat to w naszej świadomości ciągle wbudowany w różne rozwiązania próg starości, przekładający się na społeczne jej postrzeganie. Zakonserwowaliśmy to pojęcie w jego dziewiętnastowiecznym sensie. A do tego nie mamy ciągle dobrego pomysłu, jak postrzegać osoby w wieku, w którym ich pradziadowie wchodzili w okres starości, aż do wieku, w którym oni sami w ten okres wejdą. To poważniejszy problem, niż mogłoby się wydawać, ponieważ owe 20 lat pomiędzy 60 a 80 lat, to 20–25 proc. czasu naszego życia. Taka życiowa „czarna dziura”: już nie „dojrzały młody”, a jeszcze nie „biologiczny starzec”.

Człowiek 60+ to dojrzały młody funkcjonujący na prawach starca

Na określenie osób 60+ promowane jest pojęcie „senior”, które jednak wprowadza w błąd, bo to po prostu dojrzały młody funkcjonujący na prawach starca. Czyli miałby to być status kogoś, kto jest na utrzymaniu młodszych, ale mogący jeszcze w znacznym stopniu korzystać z życia. Wielu rozumie to jako takie „zasłużone wakacje”. Kiedyś było to dodatkowo uzasadniane tym, by „zwolnić” miejsca pracy młodszym. Taki argument już dawno odszedł do lamusa jako pozbawiony sensu, ale jego ślady trudno usunąć z naszego myślenia. Tak samo, jak trudno jest usunąć te „wakacje”, za które przepłacamy gdy jesteśmy jeszcze poniżej 60. roku życia.

Mniej więcej 20 lat życia w tej „czarnej dziurze” po dezaktywizacji to częściowa marginalizacja. Z własnej lub nie całkiem własnej woli wypada się poza aktywne społeczeństwo. Niby nie musi się już rano wstawać i pracować (jedni ciężej inni lżej, jak to w życiu). Stąd koncepcja „trzeciego wieku”, co jest ładną nazwą owej „czarnej dziury”. Dla niestarych ludzi organizuje się różne aktywności typu „uniwersytetu trzeciego wieku”, różne kółka zainteresowań, nawet zawody sportowe. To dobrze. To przecież niestarzy ludzie i aktywność jest im potrzebna jak tlen. Tyle że to trochę infantylizacja tych osób.

Człowiek sześćdziesięcioparoletni jest starszy od kogoś młodszego, ale sam starcem jeszcze nie jest. To dlaczego, nie nazywając tego po imieniu, społecznie i formalnie formatujemy taką osobę jako starą? Skłaniamy do dezaktywizacji kusząc na różne sposoby – przede wszystkim „dochodem bez konieczności pracy”, czyli emeryturą, a potem infantylizujemy. Instytucje są tak skonstruowane, jakby to byli jacyś inni ludzie. To ma uzasadnienie w odniesieniu do ludzi bardzo starych, 80–90-letnich, ale wcześniej jednak nie. Szczególnie, że ludzie w wieku 60–80 lat to bardzo szybko rosnąca liczebnie część populacji.

Nie wszyscy starzeją się w jednakowym tempie, ale tak czy inaczej społeczne postrzeganie starości może wzmacniać starczą samoidentyfikację ludzi niestarych jeszcze. Jeśli kogoś uważa się za starego i tak traktuje, to stwarza to presję by sam siebie tak postrzegał. Szybciej się starzejemy, bo zewnętrzne sygnały (inni ludzie oraz formalne regulacje) podpowiadają nam, że jesteśmy starzy. Na pewno w innym wieku starość zaczynała się na początku XX w., a w innym na początku XXI w. Łatwo zapominamy o tym, jednak klasyfikując osoby 60+.

Nie przyspieszajmy starzenia się

Starzenie się ludności jest rzeczywistym problemem, ale przykrywanie go ładnymi słowami utrudnia radzenie sobie z jego skutkami. Osoba w wieku 60 lat ma dzisiaj średnio do przeżycia jeszcze znacznie ponad 20 lat. Nie można nie dostrzegać różnicy między taką osobą a osobą w wieku lat 80+. Używanie wobec nich takich samych pojęć prowadzi na manowce.

Tempo indywidualnego starzenia się jest oczywiście zróżnicowane i zależy od wielu czynników, w tym od odziedziczonych genów, stylu życia, poziomu dochodów. Chodzi tu nie o zaprzeczanie temu, że się starzejemy, ale o w miarę możliwości nieprzyspieszanie tego procesu. Instytucje życia społecznego skonstruowane w oparciu o parametry starzenia sprzed stu lat nie pomagają w tym.

Same słowa też mają znaczenie. Pojęcie „wiek senioralny” to rodzaj nowomowy. Podobnie jak nowomową jest odziedziczone po czasach PRL pojęcie „emerytura”. Zastąpiło ono w 1972 r. pojęcie „renta starcza”. Tak jak i teraz, wtedy chodziło o to, żeby pod ładną nazwą ukryć faktyczne znaczenie tego pojęcia. Dzięki temu „przejście na emeryturę” brzmi niemal dumnie. Szczególnie, gdy określane to jest jako osiągnięcie wieku senioralnego. Tym łatwiej ludzie wpadają w tę „czarną dziurę” starości, gdy starzy jeszcze nie są. Przejście na rentę starczą dumnie już nie brzmi. Po prostu mówi prawdę. Może uświadomienie sobie tego mogłoby trochę chronić przed przedwczesną starością.

To, co było w zamierzeniu wsparciem osób w wieku starczym, dzisiaj jest po części mimowolną zachętą, by starzeć się szybciej. No bo „przejście na emeryturę” oznacza otrzymywanie pieniędzy bez konieczności pracy, do tego dodatkowe zasiłki bez sensu zwane 13. I 14. emeryturą. Brzmi jak ekonomiczny „raj”. Nie jest nim, ale jednak motywuje by przechodzić na emeryturę nawet wtedy, gdy nie ma jeszcze do tego istotnych powodów. A jest to raczej „droga bez powrotu”, bo powrót do normalnej aktywności jest bardzo trudny, albo wręcz niemożliwy. Nie dotyczy to oczywiście tylko Polski, ale u nas mamy wersję „turbo” wynikającą z ukrycia „starczości” za takimi pojęciami jak „emerytura”, czy „senior”.

Oby udało się zwiększyć dzietność, ale większości problemów, o których dyskutujemy w jej kontekście, można sprostać tylko dzięki rozwiązaniom sprzyjającym opóźnianiu starzenia się ludności.

O autorze

Prof. Marek Góra

Pracuje w Szkole Głównej Handlowej. Zaprojektował (wraz z Michałem Rutkowskim) funkcjonujący w Polsce od 1999 r. system emerytalny oparty na przejrzystej indywidualnej wymianie międzypokoleniowej.