„Demografia. Gospodarka Pokoleń” to projekt „Rzeczpospolitej”, w którym przyglądamy się, jak demografia zmienia polską gospodarkę. Malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym i starzenie się społeczeństwa będą miały wpływ na rynek pracy, kondycję firm, finanse publiczne, system emerytalny i ochronę zdrowia. „Rzeczpospolita” pyta ekspertów, przedsiębiorców i polityków, co zrobić, by Polska mogła nadal się rozwijać i skutecznie konkurować.

Skala demograficznego wyzwania, przed którym stoi Polska, jest coraz bardziej widoczna. Według wstępnych danych GUS w 2025 r. w Polsce urodziło się około 238 tys. dzieci – o 14 tys. mniej niż rok wcześniej. Współczynnik dzietności już w 2024 r. spadł do 1,10. Perspektywa kolejnych dekad również nie pozostawia większych wątpliwości. Z prognozy Urzędu wynika, że w 2060 r. liczba ludności rezydującej w Polsce może wynieść 32,9 mln, czyli o 4,8 mln mniej niż w 2022 r. Osoby w wieku 65 lat i więcej będą stanowiły około 30 proc. populacji, a ich liczba zwiększy się o 2,5 mln.

Jeszcze mocniej skalę zmian pokazują prognozy OECD. Organizacja szacuje, że w Polsce na 100 osób w wieku 20–64 lata przypadały w 2024 r. 34 osoby w wieku co najmniej 65 lat. W 2054 r. ma ich być już 68. Jednocześnie w ciągu czterech dekad populacja w wieku 20–64 lata może zmniejszyć się o ponad 35 proc.

Czytaj więcej

Sondaż: Polacy nie chcą migrantów. Wierzą, że poradzimy sobie bez nich

Coraz mniej pracujących, coraz większe potrzeby zdrowotne

To oznacza podwójną presję. Z jednej strony zmniejszać będzie się grupa osób, które pracują, płacą podatki i składki. Z drugiej przybywać będzie osób starszych, których potrzeby zdrowotne są przeciętnie większe. – Trzeba planować finansowanie systemu ochrony zdrowia ze świadomością tego, że koszty będą istotnie narastać w związku ze starzeniem się społeczeństwa. Potrzeby zdrowotne starszej populacji są wyraźnie wyższe – mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. Jak wskazuje, roczny koszt świadczeń finansowanych przez NFZ dla osoby po 60 roku życia wynosi około 10 tys. zł, podczas gdy dla osoby w wieku 30–40 lat jest to około 2 tys. zł. Wraz ze zmianą struktury wieku społeczeństwa rośnie więc presja na wydatki systemu nawet bez uwzględnienia kosztów nowych technologii czy podnoszenia standardu opieki.

Zdaniem Kozłowskiego oznacza to, że zwiększanie udziału wydatków na zdrowie w PKB nie powinno być postrzegane wyłącznie jako nadrabianie dystansu do bogatszych państw Europy. – Jeśli będziemy wydawać tyle samo na zdrowie, a nasze społeczeństwo będzie się starzeć, w praktyce będzie to powodowało regres ochrony zdrowia – wskazuje. Starzenie ludności oznacza bowiem większe zapotrzebowanie na świadczenia. Bez odpowiedniego zwiększenia możliwości systemu efektem mogą być gorsza dostępność leczenia i dłuższe kolejki.

Nie wystarczy żyć dłużej. Trzeba dłużej żyć w zdrowiu

W gospodarce, w której nowych pracowników będzie coraz mniej, większego znaczenia nabiera to, jak długo osoby już obecne na rynku będą mogły pozostać aktywne. I tu demografia bezpośrednio spotyka się ze zdrowiem. Według GUS oczekiwane trwanie życia w zdrowiu wynosiło w Polsce w 2024 r. 61,62 roku dla mężczyzn i 65,32 roku dla kobiet. Dla porównania przeciętne trwanie życia sięgało odpowiednio 74,93 i 82,26 roku. OECD podkreśla, że większa liczba lat życia w zdrowiu oznacza zdrowszą siłę roboczą, mniej przypadków wcześniejszego opuszczania rynku pracy z powodów zdrowotnych oraz odsunięcie w czasie części potrzeb związanych z leczeniem i opieką długoterminową.

Czytaj więcej

Biurowce kontra zmiany demograficzne. Kilka pokoleń pod jednym dachem

Już dziś skala nieobecności związanych ze zdrowiem jest znacząca. W 2025 r. wystawiono w Polsce 27,5 mln zaświadczeń lekarskich, obejmujących łącznie 290,5 mln dni absencji chorobowej. Dane obejmują zarówno chorobę własną, jak i opiekę nad dzieckiem lub innym członkiem rodziny.

Problem ma wymiar gospodarczy w całej Europie. WHO szacuje, że w regionie europejskim straty produktywności związane z możliwymi do uniknięcia zgonami z powodu chorób niezakaźnych sięgają ponad 514,5 mld dol. rocznie. Jednocześnie około 60 proc. możliwych do uniknięcia zgonów z powodu tych chorób wiąże się z przyczynami, którym można zapobiegać, m.in. paleniem tytoniu, spożyciem alkoholu, nadciśnieniem, niezdrową dietą, otyłością czy brakiem aktywności fizycznej.

Zdrowie jako inwestycja, a nie tylko koszt

To zmienia również sposób patrzenia na pieniądze przeznaczane na ochronę zdrowia. Ich efektem może być nie tylko wyleczenie konkretnego pacjenta, ale także ograniczenie absencji, niepełnosprawności i przedwczesnego opuszczania rynku pracy. – Wydatki na zdrowie nie są bezproduktywnym kosztem. Jeśli system jest dobrze zorganizowany i efektywnie wykorzystuje środki, stopa zwrotu z publicznych wydatków na zdrowie jest de facto dodatnia – mówi Kozłowski. W jego ocenie szczególnego znaczenia nabierają profilaktyka, wczesna diagnostyka i takie zorganizowanie systemu, które pozwala interweniować, zanim choroba wymaga najdroższego leczenia. Większą rolę powinny więc odgrywać podstawowa opieka zdrowotna i ambulatoryjna opieka specjalistyczna, a nie dopiero leczenie szpitalne na późniejszych etapach choroby.

Łukasz Banasiewicz, Dyrektor Pionu Handlowego w Grupie Centrum Medyczne CMP

Zdrowie to twarda waluta gospodarki. Bez niego praca dłużej to iluzja.

Polska gospodarka zderzyła się z demograficzną ścianą. Z roku na rok z rynku pracy odchodzi więcej osób niż na niego wkracza. W odpowiedzi decydenci i ekonomiści chętnie powtarzają receptę: „musimy wydłużać aktywność zawodową”. Tworzymy programy dla seniorów, zachęcamy do późniejszego przechodzenia na emeryturę, uelastyczniamy formy zatrudnienia. W tej dyskusji umyka jednak prawda fundamentalna: wyższa granica wieku zawodowego w chorującym społeczeństwie to czysta iluzja. Żeby móc pracować dłużej, musimy być po prostu zdrowi.

Czas na pilną zmianę perspektywy: nakłady na ochronę zdrowia to nie uciążliwy koszt społeczny ani „worek bez dna”, lecz inwestycja o najwyższej stopie zwrotu. Sztywny, anachroniczny podział, w którym resort finansów dba o wzrost PKB, a resort zdrowia jedynie „leczy obywateli”, dawno przestał przystawać do rzeczywistości. W realiach kurczących się zasobów kadrowych zdrowie pracownika staje się najtwardszym aktywem gospodarki. Każdy miesiąc na długotrwałym L4 czy trwała niepełnosprawność z powodu choroby przewlekłej to podwójny cios dla państwa: utrata produktywności i podatków oraz wyższe wydatki na świadczenia socjalne.

Filarem nowej polityki gospodarczo-zdrowotnej musi być radykalny zwrot ku profilaktyce, sprawnej Podstawowej Opiece Zdrowotnej (POZ) i szybkiej diagnostyce. Zbyt wielu Polaków w szczycie wieku produktywnego – między 45. a 60. rokiem życia – wypada z rynku pracy z powodu chorób układu krążenia, nowotworów czy schorzeń kręgosłupa. Tymczasem wczesne wykrycie schorzenia to nie tylko kwestia ratowania życia, lecz także chłodny rachunek ekonomiczny. Szybka diagnoza oznacza krótszą terapię, mniejsze koszty i błyskawiczny powrót do aktywności. Zaniedbania na tym etapie to prosta droga do przedwczesnych rent, absencji i trwałego wykluczenia.

Niemniej ważny jest szeroki dostęp do nowoczesnych terapii i medycznych innowacji. W debacie publicznej często oburzamy się na koszt nowych leków, ignorując jednocześnie gigantyczne, ukryte koszty stosowania przestarzałych metod i nieleczonych powikłań. Innowacyjna medycyna potrafi dziś przekształcać choroby śmiertelne w przewlekłe, pozwalając pacjentom żyć i pracować bez ograniczeń. Skutecznie leczony obywatel nie jest obciążeniem dla systemu socjalnego – nadal tworzy wartość, zarabia, konsumuje i płaci podatki.

Gospodarka jutra opiera się na kapitale ludzkim, a my nie mamy już rezerw demograficznych, by marnować potencjał Polaków. Nie zbudujemy nowoczesnego, konkurencyjnego państwa ani nie zabezpieczymy systemu emerytalnego bez zdrowego społeczeństwa. Inwestycje w medycynę, sprawną profilaktykę i szeroki dostęp do diagnostyki to dziś najpewniejsza polisa ubezpieczeniowa dla polskiego wzrostu gospodarczego. Czas, aby politycy dostrzegli, że minister zdrowia w rzeczywistości pełni rolę jednego z najważniejszych ministrów gospodarczych w rządzie.

Nie oznacza to jednak, że odpowiedzią może być wyłącznie profilaktyka. W starzejącym się społeczeństwie znaczenie ma również dostęp do skutecznego leczenia chorób przewlekłych oraz nowych technologii medycznych, jeśli pozwalają pacjentom zachować sprawność i normalne funkcjonowanie. W takim rachunku przy ocenie kosztu terapii znaczenie ma nie tylko jej cena dla NFZ, ale także to, czy pacjent może dzięki niej pozostać aktywny zawodowo. – Wydłużenie okresu aktywności zawodowej średnio o rok, dwa czy trzy lata już przynosi bardzo wymierne efekty także w kontekście finansowego utrzymania systemu – podkreśla Kozłowski.

Czy państwo powinno premiować dbanie o zdrowie?

Kolejnym elementem może być stworzenie silniejszych zachęt do profilaktyki. Kozłowski wskazuje przede wszystkim na potrzebę łatwego dostępu do badań i włączenia ich w zwykły kontakt pacjenta z systemem, m.in. poprzez przychodnie rodzinne czy medycynę pracy. Ta ostatnia mogłaby w większym stopniu służyć wykrywaniu problemów zdrowotnych, a nie jedynie formalnemu potwierdzaniu zdolności do wykonywania pracy.

Dalej idącym rozwiązaniem byłyby zachęty finansowe. Zdaniem ekonomisty Federacji Przedsiębiorców Polskich można rozważać mechanizmy, w których określone zachowania prozdrowotne byłyby premiowane np. ulgą w składce zdrowotnej. Sam zaznacza jednak, że takie rozwiązania są bardziej problematyczne i mogą budzić kontrowersje.

Nie zmienia to zasadniczego problemu: wraz ze starzeniem się społeczeństwa zdrowie coraz mocniej staje się elementem polityki gospodarczej. Polska nie jest w stanie szybko odwrócić zmian demograficznych ani w ciągu kilku lat stworzyć brakujących roczników pracowników. Może natomiast próbować sprawić, aby ludzie, którzy są i będą na rynku pracy, jak najdłużej zachowywali zdrowie i zdolność do aktywności.