„Demografia. Gospodarka Pokoleń” to projekt „Rzeczpospolitej”, w którym przyglądamy się, jak demografia zmienia polską gospodarkę. Malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym i starzenie się społeczeństwa będą miały wpływ na rynek pracy, kondycję firm, finanse publiczne, system emerytalny i ochronę zdrowia. „Rzeczpospolita” pyta ekspertów, przedsiębiorców i polityków, co zrobić, by Polska mogła nadal się rozwijać i skutecznie konkurować.
Pod koniec czerwca liczba ludności Polski wyniosła 37,24 mln, czyli o około 159 tys. mniej niż rok wcześniej – podał Główny Urząd Statystyczny. Jak wynika z wyliczeń GUS, tempo ubytku rzeczywistego w pierwszym półroczu wyniosło 0,24 proc.
Polaków szybko ubywa, jednak ankietowani przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych patrzą w przyszłość z optymizmem. Na zlecenie „Rzeczpospolitej” IBRiS spytał reprezentatywną grupę 1073 osób: „czy Pana/Pani zdaniem możliwe jest zahamowanie spadku liczby ludności w Polsce?”. „Zdecydowanie tak” odpowiedziało 23,8 proc., a „raczej tak” – 36 proc. Odpowiedzi „raczej nie” udzieliło 23,9 proc., a „zdecydowanie nie” – 7,5 proc. Suma odpowiedzi na „tak” wyniosła więc 59,8 proc., a na „nie” – zaledwie 31,4 proc. Problem w tym, że zgodnie z prognozami bliżsi prawdy są ci w mniejszości.
Zgodnie z prognozami Polska na koniec wieku może liczyć zaledwie kilkanaście milionów mieszkańców
Tak wynikałoby np. z oficjalnych dokumentów GUS. W 2023 r. opublikował „Prognozę ludności Polski na lata 2023-2060”, w której zawarł trzy scenariusze. Według wysokiego, w 2060 r. Polska ma liczyć 34,8 mln mieszkańców, według średniego, czyli oficjalnego – 30,93 mln, a według niskiego – 26,65 mln.
Szybko okazało się, że te liczby są zbyt optymistyczne. W prognozie z 2023 r. GUS założył, że w niskim wariancie współczynnik dzietności, określający liczbę dzieci rodzonych przez statystyczną kobietę, ma utrzymywać się w najbliższych dziesięcioleciach na poziomie 1,19. Teraz jest na niższym poziomie i np. w 2025 r. wyniósł 1,068.
Dlatego pod koniec 2025 r. Główny Urząd Statystyczny opracował kolejną symulację liczby ludności do 2060 r., dla odróżnienia od oficjalnej nazwaną eksperymentalną. Uwzględnia niższą dzietność niż zakładano w prognozie z 2023 r. oraz dłuższe trwanie życia. W nowej prognozie obniżono liczbę ludności Polski w 2060 r. ze scenariusza oficjalnego o 1,5 mln lub o 2,5 mln – w zależności od tego, czy niskiej dzietności będzie towarzyszyć wydłużenie trwania życia, czy nie.
Czytaj więcej
22 uczniów w całej szkole. Albo 40 na 23 nauczycieli. Niewiarygodne? Ale prawdziwe. Dzieci w Polsce ubywa, samorządowcy są zmuszeni podejmować trud...
Ponura przyszłość wyłania się też z prognoz Eurostatu, według których populacja naszego kraju w 2100 r. wyniesie zaledwie 25,66 mln. Choć i ten scenariusz może być zbyt optymistyczny. Strona internetowa OurWorldInData.org udostępnia kalkulator, w którym można samodzielnie sprawdzić, jak zmieni się populacja danego kraju. Wynika z niego, że jeśli nie zmieni się średnia długość życia i dzietność, a saldo migracji wyniesie zero, Polska będzie liczyć na koniec wieku zaledwie około 13 mln osób.
– Spadek liczby ludności w Polsce w najbliższych latach jest nieunikniony – mówi Mateusz Łakomy, autor książki „Demografia jest przyszłością. Czy Polska ma szansę odwrócić negatywne trendy”. – Zmniejszenie populacji o 10 mln jest w zasadzie pewne, a naszym celem demograficznym jest to, by liczba mieszkańców kraju nie topniała dalej do 15, 10 czy 5 mln. Bo nawet tak dramatycznie niskie liczby pojawiają się w dłuższych symulacjach – mówi ekspert.
Jego zdaniem w Polsce w ostatnich latach urodziło się tak mało przyszłych potencjalnych matek, że nawet gdyby wskaźnik dzietności trwale wzrósł do 2,1, czyli poziomu zastępowalności pokoleń, i tak nasz kraj straciłby miliony mieszkańców. „Przyjmując czysto teoretyczny scenariusz natychmiastowego wzrostu dzietności do poziomu zapewniającego zastępowalność pokoleń, liczba ludności ustabilizowałaby się pod koniec lat 70. XXI w. na poziomie pomiędzy 34 mln a 35 mln osób. Gdyby jednak Polska osiągnęła zastępowalność pokoleń w 2040 r. i od tego momentu już trwale by się ona utrzymywała, co określić można za scenariusz szybkiego wzrostu dzietności, liczba ludności osiągnęłaby swoje minimum w wysokości między 31 mln a 32 mln w połowie lat 80., a następnie nastąpiłoby nawet niewielkie odbicie, co przypisać należy zwiększeniu liczebności roczników potencjalnych matek” – pisze Mateusz Łakomy.
Zdaniem ekspertów demografię trzeba ratować. Jednak raczej wykluczają, że uda się osiągnąć poziom zastępowalności pokoleń
Skąd zatem bierze się optymizm ankietowanych? – Debata na temat demografii w ostatnich miesiącach się nasiliła, a temat coraz częściej jest obecny w mediach – zauważa Michał Kot, były dyrektor rządowego Instytutu Pokolenia, współautor książki „Jak uniknąć demograficznej katastrofy”. – Jednak, jak widać, do świadomości społecznej wciąż nie przebiła się informacja oczywista dla specjalistów, że nie da się w najbliższych latach zatrzymać spadku populacji Polski – komentuje.
Łagodniej wiedzę ankietowanych ocenia Mateusz Łakomy. – Trudno powiedzieć, jak interpretowali oni słowo „zahamowanie”, możemy też tylko zgadywać, o jakim horyzoncie czasowym myśleli. Jednak poniekąd mieli rację: jeśli podejmiemy działania naprawcze, możliwe jest zahamowanie spadku w dłuższej perspektywie – dodaje.
O jakich działaniach mowa? W swojej książce Mateusz Łakomy pisze, że Polska powinna starać się przezwyciężyć dziesięć najważniejszych barier utrudniających wzrost dzietności. Są to: utrudniające tworzenie relacji różnice edukacyjne między kobietami i mężczyznami, nadmierne wykorzystywanie umów na czas określony, brak wystarczających dochodów w pierwszych trzech latach życia dziecka, niska dostępność mieszkań na własność, niedostatek głębokich relacji w parze i w rodzinie, niedostępność pracy na część etatu, słaba sytuacja finansowa rodzin wielodzietnych, rozpowszechnienie cesarskich cięć bez wskazań medycznych, nadmierne użytkowanie internetu i smartfona przez młodsze roczniki, a także laicyzacja.
Autorzy książki „Jak uniknąć demograficznej katastrofy?”, Bartosz Marczuk i Michał Kot, zaproponowali„dziesięć działań na start”, które mogą przyczynić się do poprawy dzietności. Wymieniają wprowadzenie zasady „family mainstreaming”, polegającej m.in. na tym, że każdy nowo wprowadzany akt prawny jest poddany ocenie, jak wpłynie na dzietność; stworzenie „Paktu dla edukacji”, poprawiającego jakość polskiej szkoły; bon mieszkaniowy dla rodzin; „głosowanie rodzinne” w wyborach powszechnych; wydłużenie urlopów macierzyńskich; uwolnienie szkół od smartfonów; utrzymanie obecności symboli religijnych w miejscach publicznych; wdrożenie programu repatriacyjnego; wprowadzenie dla osób kończących szkoły średnie obowiązkowych szkoleń dla ojczyzny oraz upowszechnienie wiedzy na temat dobrych relacji małżeńskich.
Czytaj więcej
Egoizm, pogoń za pieniądzem, model rodziny 2+1 i odkładanie małżeństwa – te diagnozy mają 2 tysiące lat. Dane pokazują, że polski spadek dzietności...
Jednak nawet współautor rekomendacji Michał Kot nie ukrywa, że ich wdrożenie nie spowodowałoby wywindowania dzietności do poziomu zastępowalności pokoleń. – Sukcesem byłoby osiągnięcie w najbliższych latach dzietności na poziomie 1,4, czyli takiej, jaką mieliśmy w pierwszych latach po wprowadzeniu 500+ – mówi Michał Kot.
Nie unikniemy zwiększonej migracji do Polski – przekonują eksperci. Jednak nie może być to jedyną receptą na walkę z kryzysem demografii
Zdaniem ekspertów trendy demograficzne będą miały wielowymiarowy negatywny wpływ na funkcjonowanie państwa, ze szczególnym uwzględnieniem rynku pracy. Jednak, zdaniem ankietowanych, lekarstwem nie jest migracja. Ankieterzy zadali im pytanie: „czy Pana/Pani zdaniem Polska powinna otworzyć się na większą liczbę imigrantów zarobkowych w związku z rosnącą liczbą osób w wieku emerytalnym w Polsce?”. „Nie” odpowiedziała ponad połowa ankietowanych – 50,3 proc. („raczej nie” – 21,7 proc., „zdecydowanie nie” – 28,6 proc.). Zwolenników ściągania migrantów jest mniej, bo 39,7 proc. („zdecydowanie tak” – 9,2 proc., „raczej tak” – 30,5 proc.). W odpowiedzi widać preferencje polityczne. Najbardziej na migrantów chcą otworzyć się wyborcy Nowej Lewicy (89 proc. wskazań), a następnie Koalicji Obywatelskiej (63 proc.), PiS (31 proc.) i Konfederacji (31 proc.).
I tu bardziej prawdopodobny jest scenariusz wskazywany przez mniejszość. W książce „Jak uniknąć demograficznej katastrofy” autorzy zamieścili wykres pokazujący, że około 2030 r. zaczną bardzo szybko rozszerzać się nożyce między liczbą osób kończących 20 lat a osiągających wiek emerytalny. Jak wyliczył w specjalnym raporcie Polski Instytut Ekonomiczny, do 2035 r. liczba osób pracujących w Polsce zmniejszy się o 2,1 mln. Z rynku pracy odejdzie 3,8 mln pracowników przy prognozowanym napływie nowych roczników – 1,7 mln osób. Jak wylicza w swojej książce Mateusz Łakomy, liczba osób w wieku produkcyjnym na jedną osobę w wieku poprodukcyjnym ma zmniejszyć się w latach 2010-2050 z 3,9 do 1,7.
Czytaj więcej
Rynek biurowy skoncentrowany jest w niezagrożonych odpływem ludności największych aglomeracjach, ale w perspektywie dekady wyzwań i konieczności do...
– Musimy otworzyć się na migrację w jakimś wymiarze. Jeśli tego nie zrobimy, będziemy musieli zmierzyć się z problemem odpływu z rynku pracy około 200 tys. osób rocznie. Co więcej, na emeryturę będą odchodzić ludzie mający często niższe wykształcenie niż osoby wchodzące na rynek pracy. Ci drudzy nie będą chcieli podjąć pracy w deficytowych zawodach. Myśląc o migracji, powinniśmy zacząć od 20‑milionowej diaspory Polaków poza granicami kraju – mówi Michał Kot.
Czy ankietowani wykazali się zbyt daleko idącym optymizmem? Mateusz Łakomy znów widzi u nich część racji. – Głównym orężem walki z negatywnymi trendami demograficznymi nie może być tylko migracja – mówi. – Zdaniem ZUS, żeby zatrzymać starzenie się populacji, musielibyśmy już teraz zacząć sprowadzać około 300 tys. migrantów rocznie, przy założeniu, że wszyscy podjęliby u nas pracę. To liczba trudna do wyobrażenia nawet dla krajów o dużych tradycjach migracyjnych. Nie jesteśmy w takiej sytuacji jak Stany Zjednoczone w XIX wieku, które korzystały z eksplozji demograficznej w Europie, ściągając osoby niemal identyczne sobie kulturowo – mówi Mateusz Łakomy.
Jego zdaniem, odpowiadając na pytania w sondażu, ankietowani paradoksalnie trafili w sedno. – Zgodnie z ich odpowiedziami, trendy demograficzne są do odwrócenia, choć w długim horyzoncie czasowym. A lekarstwem nie jest na nie migracja – podsumowuje Mateusz Łakomy.