Demografia. Gospodarka Pokoleń” to projekt „Rzeczpospolitej”, w którym przyglądamy się, jak demografia zmienia polską gospodarkę. Malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym i starzenie się społeczeństwa będą miały wpływ na rynek pracy, kondycję firm, finanse publiczne, system emerytalny i ochronę zdrowia. „Rzeczpospolita” pyta ekspertów, przedsiębiorców i polityków, co zrobić, by Polska mogła nadal się rozwijać i skutecznie konkurować.

Reklama
Reklama

Mimo braku wojen i poważnych kryzysów, liczba urodzeń gwałtownie spadła. Przyczyny? Postępujący egoizm, pogoń za pieniądzem oraz brak małżeństw. Jeśli już ludzie zakładają rodzinę, to decydują się na skromny wariant – jedno lub dwoje dzieci. Na więcej ich nie stać, ponieważ muszą zagwarantować każdemu dziecku luksusy. Choć brzmi to znajomo, jest to diagnoza postawiona przez Polibiusza – greckiego historyka żyjącego ponad dwa tysiące lat temu.

Czytaj więcej

Demografia przestała być problemem przyszłości. Uderza w firmy już dzisiaj

Z podobnymi wyzwaniami zmierzył się 200 lat później Rzym. Współczynnik dzietności (ang. total fertility rate, TFR) w stolicy imperium był tak niski, że miasto rozwijało się jedynie dzięki migracji. Duży wpływ miała oczywiście bardzo wysoka śmiertelność wśród dzieci. Wśród najbogatszych rzymskich kobiet TFR miał wynosić mniej niż 2. Doprowadziło to do wprowadzenia przez cesarza Oktawiana Augusta specjalnych przywilejów dla wielodzietnych rodzin oraz sankcji dla bezdzietnych małżeństw i kawalerów.

Wbrew powszechnej opinii w średniowieczu kobiety rzadko wychodziły za mąż w wieku 12 lat. We wschodniej i południowej części Starego Kontynentu było to ok. 15–19 lat, zaś w zachodniej Europie kobiety decydowały się na zamążpójście dopiero kilka lat później. Przeprowadzone w Holandii badania pokazały, że średni wiek zawarcia małżeństwa wynosił u kobiet 24,5–27 lat. Dodatkowo od 10 do 30 proc. kobiet w ogóle nie brało ślubu, co w Europie Wschodniej i Południowej było rzadkością. Z czego wynikały te różnice? W Polsce czy Rosji zagęszczenie ludności było mniejsze, więc potrzebne było więcej rąk do pracy. Dodatkowo zachodnie małżeństwa musiały być gotowe założyć własną, niezależną rodzinę, zaś we wschodniej i południowej części kontynentu dominował model rodzin wielopokoleniowych.

Lekcja kodeksu Napoleona

W XIX wieku dzietność zaczęła dynamicznie spadać we Francji. Na początku stulecia kraj liczył o 10 mln mieszkańców więcej niż Niemcy. Pod koniec był o blisko 20 mln mniej liczny, a w 1915 roku Francja stała się pierwszym krajem, gdzie dzietność spadła poniżej poziomu zastępowalności pokoleń. Stała się przez to pierwszym państwem, które systemowo zabiegało o wyższą dzietność swoich obywateli. Francuzki zaczęły rodzić mniej już na początku XIX wieku. Przyczyną było wprowadzenie Kodeksu Napoleona, który zmieniał zasady dziedziczenia (od tamtego czasu dziedziczyły wszystkie dzieci). Nie chcąc doprowadzić do podziału majątku, Francuzi zdecydowali się na mniejszą liczbę dzieci.

Omówione przykłady doskonale pokazują, że gwałtowne zmiany demograficzne, pogoń za karierą i pieniędzmi, model rodziny 2+1, odkładanie małżeństwa na później i dzietność poniżej poziomu zastępowalności pokoleń nie są domeną ery internetu ani nawet współczesności. Ciekawe wnioski można wyciągnąć także z analizy danych z ostatnich kilku dekad. Zestawienie współczynnika dzietności oraz poziomu PKB per capita (na mieszkańca) w sile nabywczej pieniądza (po uwzględnieniu różnic w cenach) pokazuje, że im biedniejszy jest kraj, tym większą ma dzietność. Co zaskakujące, kształt krzywej na przestrzeni lat niemal nie uległ zmianie (choć można obserwować zmniejszenie zróżnicowania). Ciekawym zjawiskiem jest także wypłaszczenie krzywej powyżej 10 tys. dol. międzynarodowych. Sugeruje to, że po osiągnięciu pewnego poziomu bogactwa dalszy wzrost PKB per capita nie przekłada się już wyraźnie na dzietność. Dane pokazują również, że czynniki, które dziś obniżają dzietność, z dużą dozą prawdopodobieństwa istniały także kilkadziesiąt lat wcześniej. Trudno zatem zakładać, że obecny spadek jest konsekwencją rozwoju mediów społecznościowych oraz rozpowszechnienia smartfonów.

Polska nie jest wyjątkiem

Co kluczowe, drastyczny spadek współczynnika w Polsce nie jest typowo polskim zjawiskiem, a mierzą się z nim kraje na całym świecie. W pewnym stopniu Polska była zatem „skazana" na spadek TFR. Nie oznacza to jednak, że nic nie da się zrobić. Są przecież kraje o PKB per capita porównywalnym z polskim lub wyższym, a przy tym o wyższej dzietności. Są także kraje (jak np. Korea Południowa), gdzie dzietność jest znacznie niższa, niż sugerowałyby to globalne trendy.

Debata publiczna w Polsce skupia się na takich czynnikach jak bezrobocie, drogie mieszkania, niskie wynagrodzenia, niestabilne miejsca pracy (np. tzw. umowy śmieciowe) czy słaby dostęp do opieki instytucjonalnej i ochrony zdrowia. Mamy przykłady państw, gdzie żadna z tych kwestii nie jest problemem. Dania czy Norwegia, choć są jednymi z najlepszych krajów do życia na świecie, mają dzietność wyraźnie niższą od zastępowalności pokoleń, na poziomie ok. 1,50. To co prawda wyraźnie lepiej niż w Polsce (1,07 w 2025 r.), ale trudno zakładać, że spadek dzietności w Polsce z poziomu ponad 2 do obecnego to jedynie wynik wymienionych czynników, skoro w krajach, gdzie takie problemy nie występują, TFR także jest niski.

Czytaj więcej

Aleksandra Gajewska: Będzie nowa kampania demograficzna rządu, która poprawi PR rodzicielstwa

Współczynnik dzietności został opracowany w taki sposób, aby zmiany w strukturze wieku nie wpływały na jego interpretację. Opracowywany jest on jako suma cząstkowych współczynników płodności, z których każdy reprezentuje pojedynczy rocznik (w wieku od 15 do 49 lat) o równej wadze. O ile nie jest on wrażliwy na zmiany w strukturze wieku, o tyle problem pojawia się przy opóźnieniu czasu rodzenia. Jeśli w danym roku 20 proc. kobiet zdecyduje, że woli urodzić dziecko za rok, to współczynnik dzietności spadnie o 20 proc. Dlatego nawet pozornie niewielkie zmiany średniego wieku rodzenia mogą drastycznie zmienić wartość TFR. Na przykład wzrost średniego wieku rodzenia z 29,0 do 29,1 roku wpływa na spadek dzietności o 10 proc. Z tego powodu opracowany został skorygowany o efekt tempa współczynnik dzietności (ang. tempo-adjusted total fertility rate, ATTFR). I tak w 2023 r. dzietność w Danii wyniosła 1,50, ale po skorygowaniu o wiek rodzenia wzrosła ona do 1,73. Warto przy tym pamiętać, że ten sposób obliczania zakłada, że kobiety, które odkładają decyzję o dziecku, później rzeczywiście je urodzą. Tak jednak nie zawsze się dzieje.

Drugą ważną miarą jest efektywny wskaźnik reprodukcji (ang. effective reproductive rate, ERR). Ten mówi nie o tym, ile dzieci rodzi kobieta, lecz o tym, jak wiele z nich dożywa dorosłości. Ludzie dawniej rodzili dzieci „na zapas". Przykładowo, w latach 1800–1880 TFR w USA spadł z 7 do 5, ale ERR pozostał na niemal niezmienionym poziomie ok. 3,0–3,5. Spadek śmiertelności noworodków stanowił jeden z głównych czynników spadku dzietności w XIX i XX wieku. Ludzie intuicyjnie zaczęli korygować liczbę dzieci stosownie do coraz większej przeżywalności.

Trzecim ważnym aspektem jest oddzielenie zjawiska bezdzietności od mniejszej dzietności w rodzinach. Pozwala to odpowiedzieć na kluczowe pytanie – czy dzieci rodzi się mniej, bo rodziny są mniejsze, czy dlatego, że liczba rodzin spada (choć zwykle jest to wynik obu tych zjawisk w różnym natężeniu). Choć Finlandia liczy dwukrotnie mniej mieszkańców niż Portugalia, to w 2021 r. żyło w niej 35-krotnie więcej bardzo dużych rodzin (z dziewięciorgiem dzieci lub więcej). Mimo tak wielkich różnic, dzietność w obu państwach jest porównywalna. W latach 2001–2016 TFR w Stanach Zjednoczonych spadł o 17 proc. W tym czasie dzietność małżeństw pozostała na niemal niezmienionym poziomie. Z tego powodu, po uwzględnieniu poprawki na zmianę w ich liczbie, spadek dzietności zmniejsza się do zaledwie 2 proc. Niestety, GUS nie publikuje danych o dzietności małżeństw w Polsce. Zagraniczne dane sugerują jednak, że spadki w ostatnich 20–30 latach w dużej mierze są właśnie pokłosiem spadającej liczby rodzin, nie zaś ich wielkości. Warto przy tym zaznaczyć, że trudno jednoznacznie rozstrzygnąć, w jakim stopniu to wynik problemów ze znalezieniem partnera, a w jakim niechęci do zakładania rodziny jako takiej.

Maruderzy i tygrysy gospodarcze

Dzietność dziś spada niemal na całym globie. Można znaleźć jedynie pojedyncze kraje, które wydają się odporne na te zmiany. To rodzi zasadnicze pytanie – czy jesteśmy skazani na tak niską liczbę urodzeń, czy można coś z tym zrobić? Jeszcze kilka lat temu wydawać się mogło, że pewne demograficzne fatum zostało przezwyciężone przez Czechy, gdzie dzietność w latach 2011–2021 wzrosła z 1,43 do 1,83. Od tamtego czasu Czechy zanotowały jednak bardzo gwałtowny spadek do 1,28 w 2025 r., a tegoroczne odczyty za pierwszy kwartał sugerują, że to jeszcze nie koniec tej demograficznej bessy.

Co decyduje o tym, czy w danym kraju rodzi się mało lub dużo dzieci? Choć poziom PKB jest dobrym predyktorem, to możemy wskazać szereg państw, które wypadają wyraźnie lepiej lub gorzej niż inne o porównywalnym poziomie bogactwa. Analiza tych przypadków może pomóc wskazać główne kierunki dla krajowej polityki demograficznej. Z grona analizowanych państw należy odrzucić państwa-miasta oraz niewielkie wyspy, ponieważ to kraje o charakterystyce bardzo odmiennej od polskiej. Trzeba również pamiętać, że PKB jest dobrym, ale nie idealnym wskaźnikiem. Nie oddaje ono odpowiednio bogactwa narodu w sytuacjach, gdy jest ono sztucznie zawyżone przez międzynarodowe korporacje (w rajach podatkowych) lub wydobycie surowców (w Bahrajnie czy Gujanie). Po przyjęciu tych kryteriów, można wyizolować kilka ciekawych państw o wyjątkowo niskim i wysokim poziomie współczynnika dzietności.

Wśród demograficznych maruderów znalazły się takie państwa jak Ukraina, Tajlandia, Chiny, Chile i Korea Południowa. Najbardziej oczywistym krajem w stawce jest Ukraina, gdzie za niską dzietność odpowiada wojna i gospodarcza zapaść po rozpadzie ZSRR. Co jednak ciekawe, aż trzej demograficzni maruderzy to prawdziwe tygrysy gospodarcze – Chiny i Korea Południowa (liderzy Azji Wschodniej) oraz Chile (prymus gospodarczy Ameryki Południowej).

Ta zależność nie musi być przypadkowa. Claudia Goldin, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii z 2023 roku, twierdzi, że to właśnie tak szybki rozwój gospodarczy stoi u podstaw drastycznego kryzysu liczby urodzeń. W swoich pracach autorka tłumaczy, że nagły i błyskawiczny wzrost gospodarczy sprawia, że tradycje nie mają czasu dogonić realiów rynkowych. Kobiety uzyskują dostęp do edukacji i kariery. Mężczyźni pozostają przywiązani do tradycyjnych modeli patriarchalnych i wymagają od kobiet m.in. większej partycypacji w obowiązkach domowych i wychowaniu dzieci. Zjawisko to jest szczególnie wyraźne w Korei Południowej. Skutkuje to ogromnym konfliktem oczekiwań – kobiety, widząc oczekiwania mężczyzn, wolą wybrać bezdzietność lub opóźnić założenie rodziny (na rzecz rozwoju kariery). Kryzys ten może przejawiać się także w dużej rozbieżności w poglądach politycznych. W krajach rozwiniętych (w tym w Polsce) obserwujemy także wynikające z tego rozejście się poglądów młodych kobiet i mężczyzn. Kobiety coraz częściej deklarują poglądy lewicowe, a mężczyźni prawicowe. Gdy dodamy do tego przybierającą na sile wojnę płci (która jest wynikiem postępujących zmian społecznych), otrzymujemy podzielone społeczeństwo, w którym trudniej znaleźć odpowiedniego partnera.

Cechą, która łączy demograficznych maruderów, jest także coraz silniejszy edukacyjny wyścig zbrojeń. Dzieci muszą iść do najlepszych szkół, a to przejada zasoby – czas i pieniądze rodziców. Zjawisko jest widoczne szczególnie w Azji – Korei, Chinach czy Tajlandii. Co niepokojące, duży wzrost popularności prywatnych szkół w Polsce sugeruje, że także nasz kraj może mierzyć się z tym problemem. Do innych wspólnych cech, które nie sprzyjają dzietności, należy nieprzyjazny rynek mieszkaniowy.

Czego uczą prymusi

Co łączy grupę demograficznych prymusów? Możemy wyróżnić dwa wyraźne modele. Szczególnie efektywny (jeśli efektywność mierzymy poziomem dzietności) jest model kulturowo-religijny, reprezentowany przez Izrael i Kazachstan. Oba te kraje łączy wysoka religijność oraz duże społeczne przyzwolenie (a wręcz presja) na zakładanie dużych rodzin. Drugim modelem jest model instytucjonalno-kulturowy. We Francji, Danii czy Norwegii działa nie tylko kultura akceptująca i szanująca duże rodziny (choć nie tak silna jak w Kazachstanie czy Izraelu), ale także państwo, które oferuje szereg rozwiązań – od ulg, przez dostęp do opieki instytucjonalnej, po różne formy urlopów i zasiłków. Najtrudniejszy do scharakteryzowania jest model amerykański. Nie ma tutaj zasiłków dla rodzin ani długich urlopów, a ceny żłobków są bardzo wysokie. Niskie ceny nieruchomości oraz pronatalistyczna kultura (Amerykanie lubią duże rodziny) sprawiają, że choć państwo nie wychodzi naprzeciw rodzinom, to dzietność pozostaje zaskakująco wysoka w porównaniu z innymi państwami Zachodu.

Wnioski są zatem klarowne – kulturowa akceptacja lub wręcz presja są kluczem do sukcesu. Przykłady państw takich jak Dania czy Norwegia pokazują przy tym, że szereg działań ułatwiających życie rodzinom ma sens i może skutecznie zwiększyć liczbę dzieci. Z drugiej strony, przykłady demograficznych maruderów jasno wskazują na główne czynniki ograniczające posiadanie dzieci – nieprzyjazny rynek mieszkaniowy oraz edukacyjny wyścig zbrojeń. W polskich warunkach wskazane jest zatem wielotorowe wspieranie dzietności oraz likwidowanie najbardziej dotkliwych barier dla rodzin.