„Demografia. Gospodarka Pokoleń” to projekt „Rzeczpospolitej”, w którym przyglądamy się, jak demografia zmienia polską gospodarkę. Malejąca liczba osób w wieku produkcyjnym i starzenie się społeczeństwa będą miały wpływ na rynek pracy, kondycję firm, finanse publiczne, system emerytalny i ochronę zdrowia. „Rzeczpospolita” pyta ekspertów, przedsiębiorców i polityków, co zrobić, by Polska mogła nadal się rozwijać i skutecznie konkurować.

Kanadyjski ekonomista David Foot napisał, że „demografia wyjaśnia dwie trzecie wszystkiego”. To zdanie brzmi jak prowokacja, ale w Polsce drugiej połowy lat dwudziestych XXI wieku trudno o lepszy opis rzeczywistości. Liczba i struktura ludności decydują o tym, ilu mamy pracowników i podatników, ilu emerytów i pacjentów, ile dzieci trafia do szkół. Zmiany demograficzne nie są przy tym nagłym szokiem, lecz procesem powolnym i nieubłaganym, i właśnie dlatego tak łatwo je zlekceważyć.

O dynamice ludności decydują trzy zjawiska: płodność, umieralność i migracje. W Polsce wszystkie trzy zmieniły się w ciągu jednego pokolenia. W 1955 r. urodziło się 794 tys. dzieci, a współczynnik dzietności wynosił 3,6. W 2024 r. urodzeń było 252 tys., a dzietność spadła do 1,1, jednego z najniższych poziomów w Europie. Od 2018 r. liczba zgonów przewyższa liczbę urodzeń, a ubytek naturalny z roku na rok się pogłębia. Jednocześnie żyjemy coraz dłużej: przeciętne trwanie życia kobiet przekroczyło 82 lata, mężczyzn zbliża się do 75.

Czytaj więcej

Samorządy już płacą za kryzys demograficzny. Dosłownie

Efekt jest widoczny na piramidzie wieku. W 1950 r. była to klasyczna piramida z szeroką podstawą. Dziś przypomina raczej wrzeciono z wybrzuszeniem w okolicach czterdziestki, czyli pokoleniem wyżu lat 80., oraz drugim, mniejszym, osób w wieku 65–75 lat urodzonych w wyżu powojennym. Za ćwierć wieku, według projekcji demograficznych, najliczniejsze roczniki będą miały 65–70 lat, a podstawa piramidy będzie o połowę węższa niż jej środek. Liczba ludności Polski, dziś około 37 mln, do 2050 r. spadnie do około 35 mln. Przy czym warto pamiętać, że prognozy demograficzne opierają się na założeniach, a w efekcie w dłuższej perspektywie obarczone są istotną dozą niepewności.

Agnieszka Chłoń-Domińczak

Agnieszka Chłoń-Domińczak

Foto: materiały prasowe

Kryzys demograficzny. W Polsce jest coraz mniej rąk do pracy

Dla gospodarki ważna jest nie tylko liczba ludności, ale też jej struktura wieku. Dla rynku pracy ważna jest także liczba osób, które potencjalnie mogą pracować. W 2025 r. w wieku 20–69 lat w Polsce było około 25 mln osób. Zgodnie z projekcjami około 2050 r. będzie ich mniej niż 20 mln. To nie jest prognoza obarczona dużą niepewnością: ludzie, którzy będą pracować w 2045 r., już się urodzili. Warto śledzić wędrówkę wyżu lat 80. przez rynek pracy. W 2020 r. najliczniejsze roczniki miały około 36 lat, w 2030 r. będą miały 46, w 2040 r. 56 lat, a w 2050 r. zaczną przechodzić na emeryturę. Kolejne roczniki wchodzące na rynek pracy są o jedną trzecią mniej liczne. Żadne działania na rzecz dzietności czy migracji nie odwrócą tego procesu, mogą jedynie spowolnić tempo spadku.

Czytaj więcej

Sondaż: Polacy nie chcą migrantów. Wierzą, że poradzimy sobie bez nich

Dobra wiadomość jest taka, że polski rynek pracy w ostatniej dekadzie znakomicie wykorzystał malejące zasoby. Wskaźnik zatrudnienia osób w wieku 20–64 lata wzrósł z 66 proc. w 2014 r. do 78 proc. w 2023 r. i przekroczył średnią unijną. Wskaźniki zatrudnienia rosły w każdej grupie wieku, zarówno wśród kobiet, jak i mężczyzn. Ale potencjał wciąż istnieje. Zatrudnienie kobiet w Polsce (72 proc.) jest o pięć punktów procentowych niższe niż w Niemczech, a między 55. a 64. rokiem życia aktywność zawodowa spada gwałtownie, szczególnie u kobiet, które mogą przejść na emeryturę już w wieku 60 lat. Badanie budżetu czasu GUS pokazuje, skąd bierze się różnica: kobiety poświęcają 18 proc. doby na prace domowe i opiekę, mężczyźni 11 proc.

Trzecia składowa procesów demograficznych, czyli migracje, w znaczący sposób zmieniła się w ostatnich latach. Polska z kraju emigracyjnego stała się krajem przyjmującym. W 2012 r. w ZUS ubezpieczonych było około 100 tys. cudzoziemców, pod koniec 2024 r. blisko 1,2 mln, w tym około dwie trzecie obywateli Ukrainy. Bez nich liczba ubezpieczonych Polaków od kilku lat by malała. Migracje realnie łagodzą niedobory pracowników, ale nie zmieniają długookresowej trajektorii: żeby zrównoważyć ubytek naturalny, saldo migracji musiałoby rosnąć w tempie, którego nie notuje żaden kraj europejski.

Dochód z pracy Polaka maksymalny około czterdziestki. Po sześćdziesiątce zanika

Ekonomiczny wymiar starzenia się dobrze pokazują Narodowe Rachunki Transferów (NTA). Według szacunków prowadzonych w SGH dochód z pracy przeciętnego Polaka osiąga maksimum około czterdziestki, a po sześćdziesiątce szybko zanika. Konsumpcja tymczasem jest niemal płaska przez całe życie i po siedemdziesiątce nawet rośnie, głównie z powodu wydatków na zdrowie. Deficyt w dzieciństwie finansują rodzice i państwo, a deficyt po zakończeniu aktywności zawodowej niemal wyłącznie transfery publiczne: emerytury i ochrona zdrowia.

Czytaj więcej

Trzy kroki na drodze do wydłużenia wieku emerytalnego

Jeśli zachowamy dzisiejszą hojność systemu transferów publicznych w Polsce, łączne transfery przekazywane do ludności wzrosną z 70 proc. zagregowanego dochodu z pracy w 2020 r. do 109 proc. pod koniec stulecia, a już około 2053 r. przekroczą całość dochodów z pracy. Warto jednak podkreślić, że scenariusz ten nie uwzględnia zmian stopniowo zachodzących w systemie emerytalnym. Ageing Report 2024 Komisji Europejskiej potwierdza, że sam efekt demograficzny podnosi wydatki emerytalne w Polsce o ponad 8 pkt proc. PKB do 2070 r., ale równoważy go głównie spadek relacji przeciętnej emerytury do wynagrodzenia. Innymi słowy: albo dłużej pracujemy, albo godzimy się na relatywnie niższe świadczenia.

Co robić, żeby wygrać z demografią

Skoro pracowników będzie mniej, każdy musi być bardziej produktywny. Tu kluczowe są kompetencje. Opublikowany 8 września 2026 r. polski raport z badania PISA 2025, przygotowany w Instytucie Badań Edukacyjnych, pokazuje, że polscy piętnastolatkowie należą do czołówki UE i OECD: 495 punktów w naukach przyrodniczych, 484 w matematyce i 482 w czytaniu, wyraźnie powyżej średnich unijnych. Wyniki są zbliżone do tych z 2022 r., ale wciąż niższe niż w 2018 r., a niepokój budzi odsetek uczniów na najniższych poziomach umiejętności: 26 proc. w matematyce i 24 proc. w czytaniu. Na tle globalnego kryzysu edukacji Polska wypada więc stabilnie, ale stabilnie na poziomie niższym niż dekadę temu.

Czytaj więcej

Kryzys demograficzny zmienia rachunek. Zdrowie to inwestycja w gospodarkę

Poważniejszy problem dotyczy dorosłych. Badanie kompetencji osób dorosłych PIAAC pokazuje, że wśród osób w wieku 55–65 lat ponad połowa nie osiąga drugiego poziomu rozumienia tekstu i rozumowania matematycznego, a w rozwiązywaniu problemów aż 62 proc. Tymczasem w różnych formach uczenia się przez całe życie, według Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, uczestniczy w Polsce niespełna 9 proc. osób w wieku 20–64 lata wobec 13 proc. w UE. To luka, którą trzeba domknąć, bo sztuczna inteligencja i zielona transformacja będą wymagać zmiany kwalifikacji od milionów pracowników. Według szacunków OECD w zawodach najbardziej wystawionych na wpływ AI pracuje 3,7 mln Polaków.

Recepta nie jest tajemnicą. Po pierwsze, lepiej wykorzystać istniejące zasoby pracy: kobiet i osób po pięćdziesiątce, co wymaga rozwoju usług opiekuńczych i ochrony zdrowia. Otyłość wśród osób 50+ wzrosła z 25 do 33 proc. w latach 2007–2020, a przewlekłe choroby skutecznie skracają kariery. Po drugie, inwestować w kompetencje przez całe życie, nie tylko w szkole. Po trzecie, wspierać pracę technologią. Roboty nie zastąpią ludzi, ale mogą uzupełnić braki. I po czwarte, uczciwie rozmawiać o wieku emerytalnym, który podnosi większość krajów Europy.

Demografia wyjaśnia dwie trzecie wszystkiego. Pozostała jedna trzecia to polityka. I to od niej zależy, czy starzenie się ludności będzie kryzysem, czy tylko zmianą, do której zdążymy się przygotować.

O autorce

Dr hab. Agnieszka Chłoń-Domińczak, prof. SGH, prorektorka ds. nauki SGH