UE rezygnuje z obostrzeń klimatycznych. Europa jest na nie za biedna

Walka z zanieczyszczeniem środowiska schodzi w Europie na drugi plan, bo rządy największych krajów widzą, że wyborcy obciążeni kosztami proekologicznej polityki zwracają się ku radykałom. Wobec groźby utraty władzy na rzecz populistów blednie nawet wizja katastrofy klimatycznej.

Publikacja: 06.10.2023 10:00

We Francji spiekota panowała w tym roku nie tylko latem (na zdjęciu opalający się przed wieżą Eiffla

We Francji spiekota panowała w tym roku nie tylko latem (na zdjęciu opalający się przed wieżą Eiffla, 21 sierpnia 2023). Rekordowo upalne dni synoptycy zapowiadają też na październik. Mimo oczywistych zmian klimatycznych prezydent Macron rezygnuje z ambitnej polityki ochrony środowiska

Foto: AFP

Francuzi takiego lata nie pamiętają. Nie pamiętają też instytuty naukowe Paryża. Bo też od kiedy prowadzi się nad Sekwaną pomiary temperatury, tak ciepło jeszcze nie było. We wrześniu słupek rtęci średnio dochodził do 21,5 stopnia Celsjusza, o 3,5 stopnia więcej, niż wynosi o tej porze norma.

To nie koniec. Na październik synoptycy znów zapowiadają spiekotę. W wielu regionach kraju, łącznie ze stolicą, ma być nawet 30–35 stopni Celsjusza. Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że pobity zostanie rekord z października 1988 r. Wynosi on co prawda również 35 stopni, ale przecież temperaturę taką odnotowano wówczas w Ajaccio na Korsyce, a nie tysiąc kilometrów na północ, w Paryżu.

Czytaj więcej

Rok 2023 będzie najgorętszym rokiem w historii pomiarów? Wrzesień był rekordowy

Podniebne złudzenia Macrona

Nikt, kto myśli rozsądnie, nie może więc mieć wątpliwości, że klimat radykalnie się zmienił w ciągu minionych 100 lat i jest to spowodowane działalnością człowieka. W szczególności nie ma co do tego złudzeń prezydent Francji Emmanuel Macron, którego poprzednik François Hollande osiem lat temu zorganizował konferencję paryską, gdzie niemal 200 krajów zobowiązało się do podjęcia wszelkich działań, aby ocieplenie nie przekroczyło 2 stopni Celsjusza w stosunku do czasów sprzed ery przemysłowej, a najlepiej tylko 1,5 stopnia.

25 września Macron przedstawił jednak radykalnie zmieniony plan powstrzymania emisji gazów cieplarnianych, jak to nazwał, „politykę ekologiczną po francusku”. Co prawda utrzymano w niej dotychczasowy cel osiągnięcia w 2050 r. przez republikę (podobnie jak całą Unię) neutralności klimatycznej – czyli układu, w którym gospodarka emituje nie więcej szkodliwych substancji, niż ich pochłania – ale już nie metodami nakazowymi, tylko „zachętami dla obywateli”.

Nawet najbardziej sprzyjające prezydentowi francuskie media, jak dziennik „Le Monde”, przyznają jednak, że wiarygodność tego scenariusza jest bardzo wątpliwa. Z Pałacu Elizejskiego dochodzą sygnały, że w oczach Macrona walka z ociepleniem klimatu zeszła na drugi plan wobec konieczności powstrzymania fali radykalnego, prawicowego populizmu.

Macron rezygnuje z siłowego przestawienia Francuzów na „zielony sposób życia”

Macron zachował w pamięci ruch „żółtych kamizelek” sprzed pięciu lat, który już w pierwszym roku jego prezydentury kazał zrewidować inny jego ambitny plan reform gospodarczych. Wtajemniczeni mówią, że jeszcze większe wrażenie zrobił na nim gwałtowny wzrost popularności Alternatywy dla Niemiec (AfD) za Renem. Jedną z tego przyczyn są wysokie koszty energii spowodowane, poza wstrzymaniem dostaw taniego rosyjskiego gazu, forsowną polityką proekologiczną, w tym decyzją podjętą jeszcze przez Angelę Merkel, a dotyczącą zamknięcia elektrowni jądrowych. Strach, w szczególności na wschodzie kraju, wywołuje zapowiedź nakazu likwidacji piecyków na gaz i olej opałowy, co oznacza potencjalnie koszt nawet kilkudziesięciu tysięcy euro rocznie dla każdej rodziny. To w landach wschodnich poparcie dla AfD jest największe.

Czytaj więcej

Francja chce odeprzeć chińskie elektryki. Będzie reforma systemu dofinansowania

We Francji powtórka takiego scenariusza nie jest czymś niemożliwym. Przeciwnie, sondaże wskazują, że gdyby dziś rozpisano wybory prezydenckie, zarówno w pierwszej turze (32 proc. głosów), jak i w ostatecznej rozgrywce (55 proc.) wygrałaby je z Macronem liderka skrajnie prawicowego Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen.

Aby nie igrać z ogniem przed wyborami do Parlamentu Europejskiego zaplanowanymi na czerwiec przyszłego roku, Macron rezygnuje więc z siłowego przestawienia Francuzów na „zielony sposób życia”. Rząd będzie co prawda nadal działał na rzecz ratowania środowiska, ale nie w drodze przymuszania do stosowania bardziej przyjaznych jakości powietrza gospodarstw domowych i przedsiębiorstw. Mają wystarczyć wspomniane zachęty i subwencje od państwa. Dzięki nim, zapewnia Pałac Elizejski, emisja dwutlenku węgla we Francji spadnie o 33,8 proc. w 2030 r. w stosunku do 2020 r.

Eksperci podchodzą sceptycznie do tych zamierzeń. Spójrzmy np. na transport lotniczy. Prezydencka wizja zakłada, że przez ledwie 11 lat, między 2019 i 2030 r., emisja dwutlenku węgla w przypadku samolotów lecących z i do Francji spadnie o połowę, z 12 do 6 mln ton rocznie. Miałoby temu sprzyjać użycie w większym stopniu ekologicznego (pochodzącego z biomasy) paliwa czy wymiana przez linie lotnicze używanych maszyn na nowsze, bardziej oszczędne. Tyle że wspomniane paliwo stanowi dziś ledwie 1 proc. zużycia nad Sekwaną, bo jest bardzo drogie. Oczywiście ten wskaźnik może szybko wzrosnąć, ale pod warunkiem, że i ceny biletów znacznie się zwiększą. To zaś dla kraju, który rywalizuje z Hiszpanią o miano najważniejszego kierunku turystycznego świata i który prowadzi biznes na skalę globalną, byłoby bardzo trudne do zaakceptowania.

Czytaj więcej

Czy Europa wycofa się z walki o klimat

Podobnie jest z wymianą floty samolotów. Zwykle takie maszyny użytkuje się 20–25 lat. Owszem, kolejne generacje airbusów czy boeingów zużywają mniej paliwa, ale i ten skok, okupiony długim okresem czekania, jest coraz mniej widoczny. Postęp technologiczny ma swoje ograniczenia.

Elektryki nie dojeżdżają do celu

Innym sposobem na obniżenie zanieczyszczenia powietrza miałaby być elektryfikacja parku samochodowego. Prezydent zapowiedział, że w 2027 r. Francja będzie produkowała milion e-aut, trzy lata później – 2 miliony. Wówczas co siódmy samochód poruszający się po francuskich drogach miałby w ogóle nie emitować szkodliwych cząsteczek.

Tyle teorii. Dziś na 38 mln aut, które mają Francuzi, 41,5 proc. ma napęd benzynowy, 57,5 proc. to diesle. Pozostaje marny jeden procent na elektryki. Od 1990 r. emisja dwutlenku węgla przez indywidualnych kierowców nie maleje. Bruksela co prawda narzuca coraz bardziej wyśrubowane normy ekologiczne, ale jednocześnie coraz więcej Francuzów kupuje droższe i cięższe auta. Same SUV-y stanowią niemal połowę wszystkich kupowanych nad Sekwaną samochodów. A one emitują o wiele więcej złych substancji od mniejszych i lżejszych pojazdów.

Apel Macrona, aby jeździć „prostymi i małymi autami”, pozostanie raczej bez echa. Przy obecnym poziomie podatków koncerny motoryzacyjne wypracowują bowiem na ich sprzedaży niewielką marżę. Nie chcą więc iść w tym kierunku. SUV-y opłacają się znacznie bardziej.

Czytaj więcej

Polak za biedny na elektryczne auto. Staniemy się szrotem Europy?

Ledwie kilka miesięcy temu premier Elisabeth Borne zapowiadała, że od 2026 r. we Francji będą zakazane nowe piecyki na gaz i olej opałowy, a stare stopniowo likwidowane. Ale Emmanuel Macron nie potwierdził tego przymusu. Nie wspomniał też o wcześniej rozważanym planie ograniczenia prędkości na autostradach do 110 km/h. Zamiast obciążeń nałożonych na poszczególnych obywateli wolał mówić o nowych obowiązkach państwa, w tym ograniczeniu do 40 proc. udziału energii elektrycznej powstającej z paliw kopalnych.

Czy będzie na to stać i tak już zadłużoną po uszy Francję? Nie wiadomo. Pewne jest co innego: zmiana kierunku polityki ekologicznej Macrona przesądza też o zmianie na poziomie europejskim. Francja to druga gospodarka Unii. W ramach jednolitego rynku francuskie przedsiębiorstwa nie mogą więc mieć mniej obciążeń związanych z ochroną środowiska względem firm z innych państw Wspólnoty. Inaczej warunki konkurencji zostaną mocno zachwiane, co w ostateczności może nawet rozsadzić Wspólnotę. I tak ceny energii, dzięki siłowniom jądrowym, są nad Sekwaną wyraźnie niższe niż w większości krajów UE.

Bruksela wycofuje się z ekologicznej krucjaty po angielsku: bez zbytniego zwracania uwagi na ten zwrot. Jednym z ostatnich przykładów była próba przeforsowania przez Komisję Europejskiej nowej normy emisji gazów cieplarnianych przez auta spalinowe. Nie udało się, a norma Euro 7 poza niewielkimi wyjątkami będzie zasadniczo taka sama, jak pochodząca sprzed dekady Euro 6. Koncerny motoryzacyjne przekonały większość państw UE, że jedno albo drugie: albo jeszcze bardziej wyśrubowane wymogi dla samochodów o tradycyjnym napędzie, albo inwestycje w nowe technologie pojazdów elektrycznych. Obu zadaniom europejscy producenci motoryzacyjni nie podołają.

Londyński antyprzykład

Kiedy cztery lata temu Ursula von der Leyen obejmowała stanowisko przewodniczącej Komisji Europejskiej, uczyniła z budowy „zielonego ładu” sedno swojej polityki. Pandemia i wojna w Ukrainie nie odwiodły jej od tego. Jednak w ostatnim w tej kadencji orędziu o stanie Unii 14 września 2023 r. Niemka położyła akcent na coś zupełnie innego: konkurencyjność gospodarki.

– To był warunek utrzymania poparcia ze strony jej macierzystej rodziny politycznej Europejskiej Partii Ludowej (EPP) i jej przewodniczącego Manfreda Webera – mówi „Plusowi Minusowi” Marek Prawda, były przedstawiciel Komisji Europejskiej w Warszawie.

Z pewnością najbardziej spektakularnym gestem była zapowiedź von der Leyen wprowadzenia ceł na import elektrycznych aut z Chin. Niemka zwróciła uwagę, że są one dotowane przez chińskie państwo. Po raz pierwszy dla szefowej europejskiej egzekutywy ważniejsze od szybkiego ograniczenia emisji gazów cieplarnianych okazało się utrzymanie produkcji przemysłowej w Europie, miejsc pracy.

To w szczególności problem balansujących na skraju recesji Niemiec. Kraj, który jak żaden inny wyspecjalizował się w produkcji aut spalinowych, ma coraz więcej trudności z przeprowadzeniem elektrycznej rewolucji.

Odwrót od ekologicznej rewolucji wykracza poza Unię. Decyzje Macrona uprzedził Rishi Sunak. W Wielkiej Brytanii najdalej za rok muszą się odbyć wybory parlamentarne, a sondaże są dla rządzących królestwem torysów tragiczne. Zwycięstwo laburzystów wydaje się nieuniknione. Stąd Sunak jak tonący brzytwy chwyta się wszystkiego, co daje nadzieje na zapobieżenie wyborczej klęsce.

Wielkie wrażenie zrobiły ostatnio na premierze wybory lokalne w jednej z gmin okalających Londyn: niespodziewanie sukces odniosła w nim Partia Konserwatywna. Stało się tak głównie za sprawą decyzji o wprowadzeniu wysokich opłat za wjazd do Londynu trującymi samochodami, którą podjął burmistrz stolicy Sadiq Khan, laburzysta. Torysi doszli więc do wniosku, że jeśli w całym kraju porzucą walkę z ociepleniem klimatu, może zachowają władzę.

Sunak ogłosił, że zakaz zakupu aut spalinowych zostanie wprowadzony nie jak do tej pory planowano w 2030 r., ale pięć lat później. Odłożony będzie też zakaz używania piecyków gazowych i na olej napędowy. Wcześniej szef rządu wydał zgodę na setki nowych pozwoleń na wydobycie gazu na Morzu Północnym, co przekreśla plany szybkiego odejścia od napędzania gospodarki surowcami kopalnymi.

Gdy Nowy Jork znajdzie się pod wodą

Zadyszka zielonej polityki jest widoczna nie tylko na Starym Kontynencie. W Stanach Zjednoczonych walka z ociepleniem klimatu padła ofiarą głębokiej polaryzacji kraju. Jak podaje renomowany instytut badawczy Pew, o ile 82 proc. wyborców demokratów jest przekonanych, że to sam człowiek ściągnął na siebie ekologiczną katastrofę, to w coś podobnego wierzy ledwie 26 proc. zwolenników republikanów. Gdy płoną lasy Kalifornii, a Arizona pustynnieje w forsownym tempie, Ameryka pozostaje więc wciąż na etapie akceptowania podstawowych faktów naukowych.

Gen. Herbert Raymond McMaster, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji Donalda Trumpa, w rozmowie z „Plusem Minusem” zwraca uwagę, że walkę z ociepleniem klimatu powstrzymuje nie tylko polityka krajowa, ale też ta wielka, międzynarodowa. A to dlatego, że po rosyjskiej inwazji na Ukrainę bezpieczeństwo stało się głównym czynnikiem determinującym strategię energetyczną wielu krajów.

Czytaj więcej

Część Nowego Jorku pod wodą. Sparaliżowane metro i lotniska

Zmuszeni do natychmiastowego zastąpienia gazu rosyjskiego, Niemcy postawili na skroplony gaz ze Stanów Zjednoczonych i Kataru. W Europie na znaczeniu znów zyskał węgiel, gdy okazało się, że trzeba znaleźć tanie źródła energii. Skoro Chiny, które są na bakier z normami ekologicznymi, stały się już oficjalne rywalem czy wręcz przeciwnikiem Ameryki, Zachód nie może strzelać sobie w stopę, polegając na znacznie droższych i mniej pewnych substytutach, jak wiatr, słońce czy biomasa. Taka polityka być może przyczyni się do odsunięcia ryzyka przejęcia władzy w najbliższych wyborach przez skrajną, populistyczną prawicę w tym czy tamtym kraju. Może też pozwolić na zbudowanie gospodarki odpornej na rosyjski szantaż. Na dłuższą metę może jednak skończyć się katastrofą.

Już dziś wiadomo, że cele, jakie świat sobie postawił w Paryżu w 2015 r., są nie do zrealizowania. Jeśli tempo redukcji emisji gazów powodujących efekt cieplarniany zostanie utrzymane na tym samym poziomie, jak w ostatnich latach, do końca wieku ocieplenie klimatu wyniesie nie 1,5 stopnia Celsjusza w stosunku do czasów sprzed rewolucji przemysłowej, ale 4,5 czy nawet 5 stopni. Wówczas to, co nazywamy dziś spiekotą – gdy słupek rtęci sięga 40 stopni – będzie uważane za całkiem przyjemną pogodę. Synoptycy ostrzegają, że pod wodą znajdą się tereny zamieszkałe przez pół miliarda ludzi, w tym Nowy Jork, Miami, Rotterdam, Bangkok czy Tokio.

Ze zwielokrotnioną siłą powrócą wtedy te zagrożenia, których uniknięciu służyć ma dziś porzucanie walki ze zmianą klimatu. Masowe migracje czy bunty przeciw astronomicznym kosztom życia doprowadzą do władzy radykalnych populistów. I już nie będzie jak wysadzić ich z siodła.

Francuzi takiego lata nie pamiętają. Nie pamiętają też instytuty naukowe Paryża. Bo też od kiedy prowadzi się nad Sekwaną pomiary temperatury, tak ciepło jeszcze nie było. We wrześniu słupek rtęci średnio dochodził do 21,5 stopnia Celsjusza, o 3,5 stopnia więcej, niż wynosi o tej porze norma.

To nie koniec. Na październik synoptycy znów zapowiadają spiekotę. W wielu regionach kraju, łącznie ze stolicą, ma być nawet 30–35 stopni Celsjusza. Z dużym prawdopodobieństwem można zakładać, że pobity zostanie rekord z października 1988 r. Wynosi on co prawda również 35 stopni, ale przecież temperaturę taką odnotowano wówczas w Ajaccio na Korsyce, a nie tysiąc kilometrów na północ, w Paryżu.

Pozostało 95% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Cywilizacja
Krzysztof M. Maj: Kto się buntuje na Uniwersytecie
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Cywilizacja
Viktor Orbán chce wrócić do czasów Miklósa Horthyego – Węgry śnią o potędze
Cywilizacja
W kampanii wyborczej strach jest po obu stronach – zarówno w PiS, jak i w KO
Cywilizacja
Młodzi nie oglądają kablówki, ale telewizja wciąż trzyma się mocno
Cywilizacja
Dlaczego obecna kampania wyborcza jest inna niż wszystkie poprzednie?