Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak w badaniach Polacy chcą zmniejszyć deficyt budżetowy i które rozwiązanie wskazują najczęściej.
  • Ilu Polaków opowiada się za redukcją wydatków socjalnych i podwyżkami podatków, a ilu za dalszym zadłużaniem państwa.
  • Jaka jest skala wyzwań stojących przed finansami publicznymi i jakie ryzyka niesie rosnący dług.
  • Na czym polega paradoks w postawach społecznych wobec koniecznych reform finansów państwa.
  • Kto, według szczegółowych wyników badania, najchętniej zaakceptuje ograniczenie wydatków socjalnych.

„Co powinien przede wszystkim zrobić rząd, żeby zmniejszyć deficyt w budżecie państwa” – takie dosyć trudne pytanie „Rzeczpospolita” zadała Polakom we wrześniowym badaniu przeprowadzonym przez IBRiS. Respondenci mogli wskazać więcej niż jedną odpowiedź, a wyniki okazały się zaskakujące.

Foto: Tomasz Sitarski

Jak zredukować deficyt? Polacy wskazują działania

Najwięcej, bo 39,2 proc. ankietowanych, uważa, że rząd powinien ograniczyć wydatki socjalne. 19,7 proc. wskazuje na podwyżki podatków, a 16,8 proc. – na zmniejszenie wydatków na zbrojenia. Tylko 7 proc. uważa natomiast, że brakujące pieniądze państwo powinno po prostu pożyczyć.

Niski odsetek wskazań na dalsze pożyczanie pieniędzy pokazuje, że jako społeczeństwo nie chcemy kontynuować modelu państwa żyjącego na kredyt. – Myślę, że Polacy jakoś instynktownie rozumieją, przez analogię do swoich budżetów domowych, że wysoki deficyt i dług to coś złego – komentuje Karol Pogorzelski, ekonomista Banku Pekao.

Jednocześnie trzeba zauważyć, że aż 31,8 proc. badanych nie potrafiło wskazać żadnego rozwiązania, wybierając odpowiedź „trudno powiedzieć”/„nie wiem”.

Foto: Paweł Krupecki

Trudny stan finansów publicznych

Nasze badanie nie pojawia się przypadkowo właśnie teraz. Finanse publiczne są w fatalnej kondycji, wymagają pilnej naprawy, czyli de facto zaciskania pasa. Tymczasem z projektu budżetu na 2027 r. wynika, że rząd wyraźnie zwleka z podjęciem trudnych, ale koniecznych działań konsolidacyjnych. Deficyt budżetowy w przyszłym roku zaplanowano na 282,6 mld zł, czyli o ok. 11 mld zł więcej niż w tym roku. Deficyt całego sektora finansów publicznych ma wynieść 7,1 proc. PKB, czyli tyle, ile w tym roku, co oznacza, że zamiast jego redukcji do unijnego limitu 3 proc. PKB mamy zapowiedź utrzymania go na podwyższonym poziomie. Już w 2025 r. Polska była drugim krajem Unii z największą dziurą w kasie państwa – deficyt wyniósł 7,3 proc. PKB, więcej miała tylko Rumunia. W 2027 r. Polska może „awansować” na pierwsze miejsce.

Jednocześnie szybko rośnie zadłużenie państwa, zarówno w wymiarze nominalnym, jak i w relacji do PKB, co zaczyna być sporym problemem. Dług całego sektora finansów publicznych, liczony według szerokiej unijnej definicji, na koniec 2027 r. ma sięgnąć już 70,6 proc. PKB wobec 67,9 proc. rok wcześniej. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja, jeśli chodzi o dług publiczny liczony według polskiej metodologii. W przyszłym roku może on przebić ustawowy próg ostrożnościowy 55 proc. PKB, co wymagałoby wszczęcia procedur ostrożnościowych i bolesnych dostosowań.

Czytaj więcej

Dług państwa dobija do granicy. Rząd może stanąć przed bolesnymi cięciami

Polacy dają przyzwolenie na konsolidację fiskalną?

Z punktu widzenia rządzących wyniki naszego sondażu mogą być więc dobrą wiadomością. Polacy zdają się bowiem rozumieć, że deficyt w Polsce jest nadmierny i trzeba szukać oszczędności w wydatkach oraz dodatkowych dochodów. – Jeśli badanie dobrze odzwierciedla faktyczny rozkład opinii Polaków, to oznacza, że dosyć dobrze czują, co należy zrobić. Ten rozkład opinii jest też zgodny z tym, co rekomendują eksperci, w tym międzynarodowe instytucje zajmujące się stabilnością finansów publicznych – ocenia Piotr Bujak, główny ekonomista PKO BP.

Podobnie komentuje to Kamil Sobolewski, główny ekonomista Pracodawców RP, a nawet idzie o krok dalej. – Czy można uznać, że Polacy dają swoje przyzwolenie polityczne na konsolidację fiskalną? Uważam, że tak. Wskazania pokazują, że ludzie wiedzą, iż wzrost długu to bardzo niebezpieczna sprawa. Polacy widzą problem i godzą się nawet na pewne wyrzeczenia – zaznacza Sobolewski. – Choć oczywiście nie godzą się na działania na tzw. rympał, np. całkowitą likwidację programu 800+. Konsolidacja musi być przeprowadzona stopniowo i z głową, tak żeby nie doprowadzić do niepokojów społecznych i spowolnienia gospodarczego – podkreśla Sobolewski.

Czytaj więcej

Konsolidacja ma poczekać. Trudne decyzje rząd zostawia następcom

Zgoda na podwyżki podatków, ale tylko dla innych 

Pozytywnym sygnałem może być również to, że zdaniem ekonomistów do szerszej opinii publicznej w końcu zaczyna przebijać się ekspercka narracja o nadmiernych deficytach, niebezpiecznie szybko rosnącym zadłużeniu i konieczności konsolidacji finansów publicznych. Jest jednak druga strona medalu.

– Nie do końca wierzę w takie deklaracje – że Polacy są gotowi na podwyżki podatków albo cięcia wydatków. Nawet jeśli w sondażu odpowiadamy twierdząco, to prawdopodobnie uważamy, że to po prostu nas nie dotknie, że koszty poniosą inni – ci bogaci, banki, wielki biznes albo ci, którzy za dużo dostają od państwa – zauważa Karol Pogorzelski. – Podobne badania opinii publicznej, zarówno w Polsce, jak i innych krajach, pokazują, że społeczeństwa mają niespójne poglądy – chcemy mieć wysokiej jakości usługi publiczne, np. w zakresie ochrony zdrowia, co wymaga większych wydatków, a z drugiej strony chcemy mieć niskie podatki – zaznacza ekonomista.

Tymczasem skala wyzwań jest tak duża, że, jak zwraca uwagę Piotr Bujak, nie da się jej rozwiązać ruchem wymierzonym w jedną grupę. – Potrzeba bardzo wielu działań. Oznacza to, że zmiany muszą być dosyć powszechne i rozłożone na wszystkich po równo. Jednocześnie dzięki temu indywidualne koszty mogą być relatywnie niewielkie i akceptowalne społecznie – ocenia ekonomista.

Czytaj więcej

Budżet państwa „wisi” na decyzjach prezydenta. Weta mogą kosztować miliardy

Według wyliczeń ZBP redukcja deficytu do poziomu średniej w UE z 2025 r. wymagałaby, przy założeniu niezmienności pozostałych parametrów, zwiększenia dochodów budżetowych o około 196 mld zł lub ograniczenia wydatków o około 178 mld zł. W przeliczeniu na jednego mieszkańca to około 5,3 tys. zł dodatkowych dochodów lub 4,8 tys. zł mniej wydatków.

Kto naprawdę chce ciąć wydatki socjalne?

Szczegółowe odpowiedzi respondentów w badaniu IBRiS dosyć dobrze odzwierciedlają wątpliwości ekonomistów. Dla przykładu, średnio 39,2 proc. badanych wskazuje ograniczenie wydatków socjalnych jako dobry sposób na redukcję deficytu, ale wśród osób pobierających dodatki 800+ na dwoje lub więcej dzieci odsetek zaskakująco rośnie aż do 51 proc. Może to pokazywać, że sama deklaracja o potrzebie ograniczenia wydatków nie musi być tożsama z oceną konkretnych propozycji. Trudno przecież podejrzewać, że akurat te osoby chętnie zgodziłyby się na postulat znaczących cięć w programie 800+.

Spore różnice w podejściu do redukcji wydatków socjalnych widać też w poszczególnych grupach wiekowych. Młodsi respondenci są generalnie na tak (np. w grupie 30–39 lat takie rozwiązania wskazuje aż 56 proc.), a starsi – raczej na nie (np. w grupie 70 lat i więcej odsetek ten spada do jedynie 19 proc.). Za to im wyższe wykształcenie respondentów, tym większa skłonność do cięć w transferach socjalnych.

Podobne różnice widać w przypadku podwyżek podatków. W całej próbie takie rozwiązanie wskazuje 19,7 proc. badanych, ale w elektoracie obecnego obozu rządzącego jest to aż 40 proc., podczas gdy wśród wyborców opozycji – 17 proc. Najstarsi respondenci są na tak aż w 48 proc. (prawdopodobnie dlatego, że już nie otrzymują dochodów z pracy), a ci na początku kariery zawodowej (30–39 lat) – jedynie w 1 proc.