- Niestety nie było innego wyjścia w sprawie Bochum — stwierdził p. o. prezesa Opla, Thomas Sedran w wywiadzie dla tygodnika „WirtschaftsWoche". Wykluczył następnie zamknięcie kolejnej fabryki w Europie.
Opel zachowuje ostrożność na przyszłość, bo „spodziewamy się ciągłego spadku popytu w Europie, Ale nasz plan restrukturyzacji zaczyna dawać już pierwsze owoce. Zmniejszyliśmy zapasy i koszty materiałowe. To dało nam sporo pieniędzy do kasy. Zrealizowaliśmy przewidziane oszczędności w dziedzinie usług informatycznych, podobnie jak w przypadku energii. Jest lepiej każdego dnia"- powiedział.
Co do Bochum, gdzie pracuje 3600 ludzi, firma chce uniknąć wypowiedzeń. Opel zamierza prowadzić w niej nadal istniejącą już działalność logistyczną i ewentualnie rozszerzyć ją. Trwają też dyskusje o uruchomieniu produkcji podzespołów.
W logistyce pracuje 430 ludzi. — W przyszłości będzie ich z pewnością więcej, bo planujemy rozbudowę. Co do produkcji komponentów, rozmawiamy z około 300 pracownikami — stwierdził Sedran, nie chcąc podać dokładniejszych danych.
Według osoby związanej z przedsiębiorstwem, na którą powołuje się tygodnik, można będzie uratować w Bochum około tysiąca miejsc pracy.
Samo Bochum nie gwarantuje ratunku
Analitycy uważają z kolei, że poświęcenie przez Opla jednego zakładu produkcyjnego w nadziei na odbicie się do góry nie jest gwarancją powodzenia.
Fabryce w Bochum nie dano możliwości uczczenia w sobotę 50-lecia istnienia. Dyrekcja postanowiła anulować uroczystości rocznicowe przewidziane od dawna, ze względów bezpieczeństwa, po oburzeniu, jakie wywołała decyzja o zaprzestaniu produkcji samochodów po 2016 r. Pracownicy obawiali się tego od dawna, ale mimo wszystko decyzja była jak uderzenie obuchem.
Opel będący ofiarą spadku popytu i mający nadmiar mocy produkcyjnych, poszedł tą samą drogą co PSA Peugeot i Ford likwidując jedną z fabryk.
Specjaliści podzielają opinię szefa, że nie było innego wyjścia. To była konieczna decyzja — ocenia analityk z banku Metzler, Jürgen Pieper. — Sytuacja Opla jest niezwykle trudna. Gdyby był samodzielną firmą, nie wspieraną przez firmę matkę, to nie miałby żadnej szansy przeżycia.
- Nadmiar mocy produkcyjnych stał się za duży u Opla, który nie miał wielu innych rozwiązań, aby je ograniczyć — podkreśla dyrektor ośrodka badań samochodowych CAM, Stefan Bratzel. — Konieczne stało się zamknięcie jednej fabryki, aby w dłuższej perspektywie osiągnąć lepszą strukturę kosztów.
GM spodziewa się w tym roku straty w Europie 1,5-1,8 mld dolarów, ale liczy na wyjście spod kreski do 2015 r. Likwidując produkcję w Bochum Opel powinien oszczędzać 400-500 mln euro rocznie — szacuje Pieper.
Sama redukcja kosztów i nadmiaru mocy nie wystarczy. Aby działalność GM w Europie poprawiła się, musi mieć lepsze perspektywy dla jej produktów — uprzedza S. Bratzel. Chodzi o bardziej atrakcyjne modele, bardziej zróżnicowane i konkurencyjne wobec wyrobów konkurentów, zwłaszcza Volkswagena i Hyundaia.
- Nie ma żadnej gwarancji, a przedsiębiorstwo, jeśli ma zarabiać, musi mieć sukces w sprzedaży — dodaje Bratzel.
Dyrekcja Opla mówi o dramatycznym załamaniu się rynku europejskiego, na którym sprzedaż po 11 miesiącach zmalała o prawie 15 proc., a udział rynkowy stale topnieje, z kolei przedstawiciele pracowników krytykują dekady błędów w zarządzaniu i brak ciągłości w polityce firmy.
Aby całkowicie nie wypaść z gry, Opel przyjął w czerwcu nową strategię i przystąpił już do przyciągania klientów nowymi modelami — małym miejskim 4x4 Mokka i luksusowym kompaktem miejskim Adam.
Szef firmy wykluczył dalsze zamykanie fabryk Opla, który zatrudnia 37 400 ludzi. Tylko trwały powrót do sukcesu pozwoli mu dotrzymać słowa w długiej perspektywie.