Przed chwilą zamknęłam stronę [link=http://met.no/" target="_blank]Norweskiego Instytutu Meteorologicznego[/link], jasno pokazującą aktualną sytuację na niebie, po którym od 10 dni z mniejszym lub większym natężeniem rozciąga się chmura pyłu z islandzkiego wulkanu. Wszystko wydawało się w porządku, przynajmniej jeszcze przez ten weekend. Ale Kopenhaga rzeczywiście wyglądała na leciuteńko „przymuloną” pyłem.
Wracają nerwy z ubiegłego tygodnia. Po odwołanej podróży do Mediolanu w ostatni wtorek, kiedy nie tylko całą Polskę, ale i północne Włochy przykryła szczelna czarna chmura pyłu, zaczynam znaczne mocniej przeżywać kolejne kłopoty branży lotniczej. – Ma pani szczęście - słyszę. Z odlotem z Bangkoku nie ma dużych problemów, bo tam są zamieszki, giną ludzie i lata tylko ten, kto musi — wyjaśnia odprawiający mnie młody człowiek, który robi wszystko, by podnieść mnie na duchu. No rzeczywiście. To nie to, co przeżywają pasażerowie w Hongkongu, czy Osace – tam na lot do Europy trzeba poczekać nawet do pierwszego tygodnia maja.
Samo Okęcie pustawe. W piątek późnym popołudniem powinno tu być mnóstwo wyjeżdżających na weekend. Widocznie islandzka lekcja pokory ostudziła zapał do podróżowania. Kto nie musi, niech nie leci. Samolot do Kopenhagi mocno pustawy. Kilkanaście osób na kilkadziesiąt miejsc. Dla linii to fatalnie. — Gdzie ci pasażerowie. Było ich pełno we środę i czwartek — dziwi się stewardesa. Sama te kilka nielotnych dni spędziła na podróży pociągami, bo linie najpierw sprowadzały do baz załogi samolotów, żeby do minimum ograniczyć koszty postoju uziemionych samochodów, a potem wysyłały ich, żeby przyprowadziły maszyny do „domu”. — To prawdziwy horror — wspomina. Samolot idzie ostro do góry. Po prawej stronie nad Warszawą, ale i potem przez całą drogę, chmura wyraźnie różniąca się kolorem od reszty. Jest intensywnie szaro-beżowa. Tuż przed Kopenhagą pojawia się druga, trochę mniejsza.
Kopenhaskie lotnisko też pustawe. W sklepach wolnocłowych kupujących nie kuszą kilkudziesięcioprocentowe obniżki cen i to nie dlatego, że nadal jest drogo, tylko coraz więcej podróżnych liczy każdą koronę, euro, czy funta. Bo nie wiadomo co się wydarzy. A wydarza się. Na tablicy odlotów pojawiają się kolejne odwołane rejsy, głównie do Norwegii i Finlandii. Nawet sklep Lego zamyka się ponad półtorej godziny wcześniej niż zwykle. W miarę zbliżania się odlotu rejsów na Daleki Wschód podróżnych przybywa, samoloty odlatują pełne. W Arbusie 340 SAS do Bangkoku co najmniej 50 rodzin z malutkimi dziećmi. To one razem z pasażerami mającymi rezerwacje na ten rejs mają pierwszeństwo wylotu po ponad tygodniu wstrzymania lotów. Kto może, składa się na picie i jakieś herbatniki, bo dzieciaki są nie tylko zmęczone, ale i głodne. W samolocie jedzenie będzie najwcześniej za jakiejś półtorej godziny, a ceny w barach kopenhaskiego Kastrup są horrendalne. Później słyszymy historie o kilkudziesięciogodzinnych podróżach, na które wydali krocie. O lataniu Ryanairem i fatalnym traktowaniu ich przez tego przewoźnika, który już nie chce być uważany za linię lotniczą, tylko linię autobusową, która odwołując trasę, zwraca pieniądze w kasie i nie ponosi żadnej odpowiedzialności za zmiany w rozkładzie. W tym wypadku jednak na pieniądze trzeba czekać, bo Ryanair czegoś takiego, jak kasa zwracająca pieniądze, po prostu nie ma. Dla odmiany mnóstwo pochwał dla Easyjeta, który zapewnił uziemionym pasażerom posiłki i lokum.
Niektórzy z podróżujących są już praktycznie bez grosza, bo przymusowe tygodniowe wakacje okazały się bardzo kosztowne. Relacje z rozmów z liniami lotniczymi kończącymi się zdaniem: — Jeśli nie odezwiemy się w ciągu czterech godzin, dzwońcie sami. I potem wielogodzinne próby dodzwonienia się gdziekolwiek, oczekiwanie na infolinii, podczas którego operator naliczał opłaty za kolejne minuty rozmowy, do której nie doszło.