fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Pierwsza homofobka III RP

Mariusz Cieślik
Fotorzepa, Robert gardziński RG Robert gardziński
W prawdziwej demokracji wszystko powinno podlegać krytyce. Mniejszości seksualne w Polsce skutecznie walczą jednak o to, by ich to nie dotyczyło. Dowodzą tego przypadki Lecha Wałęsy i Joanny Szczepkowskiej – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
Można było zignorować Lecha Wałęsę, znanego z kontrowersyjnych i nieprzemyślanych wypowiedzi. Nikt nie użył wobec niego słowa „prostak", ale dokładnie to (albo jeszcze gorzej) zasugerowała feministka Kazimiera Szczuka, mówiąc, że „od rozumu w sensie intelektualnym nigdy nie był fachowcem". Agnieszka Holland dorzuciła jeszcze w zawoalowany sposób religijnego fanatyka, gdy wmawiała bohaterowi „Solidarności", że po nocach słucha Radia Maryja (którego w rzeczywistości szczerze nie znosi).
Słowa Wałęsy o tym, że homoseksualiści powinni siedzieć „za murem", nie były zręczne, choć każdy, kto choć trochę zna język byłego prezydenta, doskonale rozumie, że miał na myśli nie getto ławkowe, ale nadmierne przywileje mniejszości seksualnych. Zresztą, umówmy się, każdy rozsądny człowiek może się zirytować, gdy dostrzeże skalę problemów, jakie stoją dziś przed Polską, i uświadomi sobie, że głównym tematem debaty publicznej od miesięcy są związki partnerskie. Tak czy owak, można było noblistę zignorować, bo – jak wyraziła się przywoływana już Szczuka – części elit najbardziej kojarzy się „z postacią zakopiańskiego misia", z folklorem, którego nikt nie traktuje serio. Ale Joanny Szczepkowskiej zignorować tak łatwo się nie da. Ani nie jest prostaczką, ani fanatyczką, trudno ją nawet oskarżyć o homofobię, bo to zwolenniczka jednopłciowych małżeństw. Poza wszystkim mówimy o wybitnej aktorce, pochodzącej z artystycznej rodziny (dziadek – pisarz Jan Parandowski, ojciec – legenda teatru polskiego), niezwiązanej z żadną siłą polityczną. A jeśli już, to w dawnych czasach kojarzonej z „Solidarnością" (to przecież z tego wzięła się słynna wypowiedź aktorki w „Wiadomościach", że 4 czerwca 1989 r. skończył się w Polsce komunizm). Joanna Szczepkowska nieraz pokazała, że ma w sobie to, co powinien mieć prawdziwy artysta – odwagę, by iść w poprzek opinii większości, w tym własnego środowiska.
Tak było, gdy rozpętała awanturę z Krystianem Lupą, zwracając uwagę na absurd, do jakiego prowadzi brak kontroli nad twórcami ze strony państwowego mecenasa. Tak było, kiedy zrezygnowała z kierowania aktorskim ZASP, pokazując organizacyjną niemoc tej instytucji. I tak jest teraz, gdy mówi i pisze o lobby homoseksualnym w teatrze.

Zatrzymany tekst

Cała sprawa zaczęła się od wywiadu przeprowadzonego dla weekendowego dodatku „Plus Minus" do „Rzeczpospolitej" (23 lutego 2013 r.) przez Roberta Mazurka z aktorem Teatru Narodowego Grzegorzem Małeckim. Artysta żartował, że aby spektakl odniósł sukces, potrzebna jest na scenie „para gejów, którzy nie wiadomo, czym się zajmują, ale dobrze, żeby byli". Odpowiedział mu, dowcipnie, w „Przekroju" Maciej Nowak, dyrektor Instytutu Teatralnego, otwarcie mówiący o swoim homoseksualizmie. Do dyskusji, tym razem na poważnie, chciała się włączyć również Joanna Szczepkowska. Napisała o tym felieton dla portalu e-teatr, który notabene jest prowadzony przez kierowany przez Nowaka Instytut Teatralny, co świadczy jak najlepiej o szefie tej instytucji, który dopuszcza istnienie innych poglądów. Nie wszyscy bowiem tak uważają. Największe poruszenie wywołał następujący fragment tekstu Szczepkowskiej: „Gazeta, do której pisuję felietony, bardzo chętnie i pilnie zamieszcza fakty świadczące o lobbingach homoseksualnych wśród kleru. Spróbuj jednak napisać tekst o takim lobbingu w teatrze. Ja spróbowałam. Tekst został zatrzymany i określony jako donos. Ja zostałam nazwana szmatą. Otóż, jeśli mamy szczerze rozmawiać o prawach gejów do normalnego życia, to zachowujmy się jak w normalnym kraju i dajmy prawo do oceniania gejów też". Oczywiście gazeta, która felietonu nie opublikowała, to „Gazeta Wyborcza". Zapewne nazwana „szmatą" aktorka powinna się ze strachu schować, by nie zostać okrzyknięta pierwszą homofobką III RP, ale zrobiła dokładnie na odwrót. Przyjęła m.in. zaproszenie Moniki Olejnik. W „Kropce nad i" powtórzyła, że „taryfa ulgowa dla gejów powinna się skończyć", skoro istnieje zjawisko molestowania i mobbingu ze strony homoseksualistów. I że nie można bać się posądzenia o homofobię i godzić się na to, że „środowiska gejowskie cały czas nam mówią, że zdajemy egzamin z tolerancji, w związku z czym nie możemy tych środowisk krytykować".

Odpór dyżurnego geja

Choć w zasadzie nie są to opinie szczególnie kontrowersyjne, wypowiedzi aktorki spotkały się z natychmiastowym odporem. Zareagował m.in. Jacek Poniedziałek, który w ostatnich latach przyjął niestety rolę dyżurnego geja polskich mediów, z niekorzyścią dla swojej pracy scenicznej. Oczywiście zareagował, nazywając Szczepkowską homofobką. I pośrednio dowodząc, że miała rację, bo teatralne lobby na rzecz praw seksualnych mniejszości zadziałało doprawdy bezbłędnie. Tak jak zadziałało np. w przywoływanym przez aktorkę przypadku spektaklu, którego nie zaproszono na międzynarodowy festiwal teatralny, ponieważ był „za bardzo heteroseksualny". Nie ma wątpliwości, że Joanna Szczepkowska tą wypowiedzią sobie zaszkodzi, tak jak zaszkodził sobie Lech Wałęsa, który – jak sam mówi – stracił już przez gejów 70 tysięcy dolarów z powodu odwołanych wykładów. Ba, zaszkodził sobie nawet pewien trójmiejski cukiernik, który wysłał do byłego prezydenta, po jego wypowiedzi na temat homoseksualistów, list wyrażający poparcie. Natychmiast znaleźli się chętni do bojkotu jego ciastek, choć on sam twierdzi – podobnie jak Wałęsa – że milcząca większość go wspiera. No ale cukiernik nie jest postacią publiczną i może jego wypieki nie smakują gorzej przez to, że przygotowuje je człowiek oskarżony o homofobię. Osoby publiczne narażają się na poważne kłopoty. Tym bardziej powinniśmy być Joannie Szczepkowskiej wdzięczni.

Karykatura poprawności

Trudno się bowiem oprzeć wrażeniu, że ochrona praw mniejszości seksualnych, pożeniona z nadwiślańską wersją poprawności politycznej, stoi dziś w sprzeczności z wolnością słowa i zdrowym rozsądkiem. Że dzieje się z nią to samo, co z akcją afirmatywną w Ameryce, która zamieniła się we własną karykaturę. Co jakże celnie sparodiował kiedyś w skeczu znany przede wszystkim z roli Borata Sacha Baron Cohen. W swoim raperskim wcieleniu jako Ali G. wybrał się na demonstrację i kiedy policja usuwała go z miejsca zdarzenia, pytał funkcjonariuszy: „czy to dlatego, że jestem czarny?". „Nie, proszę pana, dlatego że pan przeszkadzał" – usłyszał w odpowiedzi. Cała ta sytuacja, jako żywo, przypomina nieco kabaretową historię obecnego posła Roberta Biedronia, który szarpał się kiedyś podczas manifestacji z policjantami. Gdy zaś okazało się, że powinien ponieść za to odpowiedzialność, sugerował im homofobię. Swoją drogą wspomniany wyżej Sacha Baron Cohen w filmie „Bruno" obśmiał również lobby homoseksualne. W Polsce zapewne stałby się dyżurnym homofobem i nic by już nie nakręcił, na szczęście dla siebie jest Brytyjczykiem. Wracając zaś do akcji afirmatywnej, to zaczęła się ona od jak najbardziej słusznych postulatów wyrównywania szans ciemnoskórych Amerykanów w edukacji czy karierze zawodowej, a po latach okazało się, że oznacza obniżanie wymagań w firmach i na uniwersytetach oraz gwałt na języku (nakaz używania okropnego słowa „Afroamerykanie"). Z tego powodu protestowali przeciwko niej nawet sami zainteresowani, np. słynny komik Bill Cosby.

Kneblowanie ust

To samo wynaturzenie dokonuje się dziś na naszych oczach w kwestii praw mniejszości seksualnych. Owszem, nie sposób zaprzeczyć, że w przeszłości byli dyskryminowani, ale czy dziś również tak jest? Nic na to nie wskazuje, nie słyszeliśmy w ostatnich latach o głośnych przypadkach tego typu. Za to napiętnowane publicznie są osoby, które na temat zbyt dużych praw mniejszości seksualnych mają krytyczne zdanie. A każdy działacz organizacji gejowskich może używać swojej orientacji seksualnej, wzorem Roberta Biedronia, jak oręża, wyciągając w stosownym momencie homofobię. Joanna Szczepkowska ma rację, mówiąc, że to nie jest żadna walka o tolerancję, bo tolerancja dla odmienności seksualnych jest w Polsce niemal powszechna. To szantaż i kneblowanie ust osobom o innych poglądach, w czym niechlubny udział mają wpływowe media.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA