fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Geopolityczna wspólnota losu

Marek Kornat
Archiwum
Mija 75. rocznica dwudniowego ultimatum, jakie rząd RP postawił Litwie. Polska zażądała od sąsiedniego państwa natychmiastowego nawiązania wzajemnych stosunków dyplomatycznych. Mocarstwami, którym zależało na dalszym trwaniu polsko-litewskiej „zimnej wojny”, były III Rzesza i ZSRR – pisze historyk
W dniach 17—19 marca br. przypada 75-ta rocznica niezwykłego wydarzenia nie tylko w relacjach dwóch skłóconych narodów (polskiego litewskiego), ale też w ogóle w stosunkach
międzynarodowych. Nigdy w historii nie zdarzyło się tak, aby jedno państwo stawiało żądania ultymatywne, których przedmiotem nie były ani ustępstwa terytorialne ze strony drugiego państwa, ani postulaty godzące jego w niepodległość, tylko jedno niezwykle proste żądanie – nawiązania normalnych stosunków dyplomatycznych, których w inny sposób ustanowić nie było można. Rząd Litwy otrzymał na odpowiedź 48 godzin. Akredytacja posłów (nie ambasadorów) w obu stolicach Warszawie i Kownie miała nastąpić nie później niż do 31 marca 1938 r. Warto, jak się wydaje, spojrzeć na to zdarzenie z dystansu czasu, gdyż takie są prawa historii, że dane wydarzenie z przeszłości oceniamy wciąż na nowo.

Narody sukcesyjne

I Polska i Litwa zawdzięczały swoją odrodzoną państwowość tej „rewolucji geopolitycznej w Europie", którą przyniosła Wielka Wojna (1914—1918). Między obydwoma państwami nie było jednak żadnych stosunków. Litwini uważali, że polska akcja zbrojna kierowana przez gen. Lucjana Żeligowskiego z 9 października 1920 r., pozbawiła ich stolicy. Twierdzili, że była aktem sprzecznym z prawem międzynarodowym, gdyż wcześniej podpisano tzw. umową suwalską z 7 października o zawieszeniu broni, zostawiającą Wilno po stronie litewskiej, której wejście w życie udaremnili Polacy dwa dni później.
Było dla Polaków nie do pomyślenia wyobrazić sobie własne państwo bez Wilna. Marszałek Piłsudski skłonny był jednak zgodzić się na oddanie miasta państwu litewskiego, ale pod warunkiem ustanowienia związku – federacji bądź konfederacji – między Polską a Litwą. Polskiemu mężowi stanu chodziło nie tyle o taki czy inny przebieg granic, ale o geopolityczną przebudowę Europy Wschodniej. Pragnął – mówiąc językiem Timothy Snydera – aby „narody sukcesyjne" dawnej Rzeczypospolitej związać z Polską i dać im podstawy przetrwania w obliczu nieuchronnych działań ekspansywnych ze strony nowej, ale co najmniej tak samo jak dawna imperialnej i zaborczej Rosji.
Ekskluzywny nacjonalizm litewski – zbudowany na gruncie obaw o wynarodowienie i dominację kultury polskiej – był oczywistą przeszkodą dla opcji odpowiadającej życzeniom Piłsudskiego. Ale też i nastawienie społeczeństwa polskiego – pragnącego Polski jako dużego, scentralizowanego i narodowego państwa – zwracało się przeciw dążeniom Naczelnika Państwa. Bezowocne okazały się rozmowy w Brukseli w roku 1921 w sprawie związku politycznego Polski i Litwy, prowadzone pod przewodnictwem belgijskiego polityka Paula Hymansa, który proponował kantonalizację Litwy na wzór szwajcarski. Kanton kowieński i kanton wileński zostałyby połączone w jedno państwo litewskie – szanując w pełni prawa narodowości polskiej – a cała Litwa zostałaby następnie związana z Polską węzłem konfederacji. Upadła też nienajgorsza idea plebiscytu ludności Wilna i Wileńszczyzny pod auspicjami Ligi Narodów. Aby uskutecznić takie głosowanie niezbędne było wysłanie na to terytorium międzynarodowych sił zbrojnych, na to zaś nie było woli w Genewie. W styczniu 1922 r. przeprowadzono wybory do Sejmu Orzekającego Litwy Środkowej, który dwa miesiące później uchwalił integralne wcielenie spornego terytorium do Polski.
O nawiązanie zerwanych stosunków polsko-litewskich trwały starania polskiej dyplomacji przez siedemnaście lat (1920—1937) – zawsze bez powodzenia. Trzeba próbować zrozumieć motywację rządu litewskiego. Opowiadał się on kategorycznie przeciw możliwości pogodzenia się z utratą Wilna, gdyż nie byłby w stanie wytłumaczyć tego własnemu społeczeństwu. Historyczna sesja Rady Ligi Narodów w Genewie w grudniu 1927, z udziałem premiera Voldemarasa i marszałka Piłsudskiego zakończyła się tylko oświadczeniem stron, że nie obowiązuje stan wojny. Ale rokowania w Królewcu (1928), podjęte zaraz po tym wydarzeniu, załamały się. W latach trzydziestych obie strony korzystały z usług nieformalnych pełnomocników – w takim charakterze udawali się na Litwę m.in. b. premier RP Aleksander Prystor oraz senator Tadeusz Katelbach. Od r. 1934 nastąpiła pojednawcza polityka ministra spraw zagranicznych Litwy Stasysa Lozorajtisa, który uważał, że jakiś rodzaj modus vivendi z Polską jest Litwie potrzebne w obliczu narastającego zagrożenia ze strony III Rzeszy, która zmierzała do odebrania Kłajpedy, opanowanej przez Litwinów w roku 1923, w szczytowym momencie osłabienia Niemiec. Polityka Lozorajtisa nie znalazła jednak poparcia prezydenta Antanasa Smetony.

Ingerencja czynników obcych

W konflikt polsko-litewski ingerowały czynnik obce. Szczególnie sowieckiej Rosji zależało na tym, aby normalnych stosunków polsko-litewskich nie było. Dyplomacja ZSRR robiła politykom litewskim nadzieje na to, że przy pomocy Sowietów Litwa odzyska Kraj Wileński. Układ sowiecko-litewski z 28 września 1926 r. był porozumieniem rewizjonistycznym, kwestionującym terytorialne status quo w Europie Wschodniej, potwierdzone rezolucjami alianckiej Konferencji Ambasadorów z 15 marca 1923 r. Trudno nie dodać, iż region ten był w gabinetach dyplomacji europejskiej uważany za niestabilny, a szans przetrwania nowopowstałych małych państw bałtyckich nie oceniano zbyt wysoko. Politycy w Kownie postrzegali ZSRR jako państwo działające na rzecz interesów Litwy. Było to wielce krótkowzroczne, o czym Litwini mieli się przekonać latem 1940 r.
Litwini nie stosowali nawet pojęcia „granicy" państwowej dla linii rozdzielającej terytorium ich kraju od terytorium Polski, operując pojęciami „linii administracyjnej" lub „linii demarkacyjnej". Strona polska utrzymywała oczywiście, że linia ta ma charakter granicy, gdyż została zatwierdzona uchwałą wspomnianej już Konferencji Ambasadorów w lutym 1923 r. Na granicy polsko-litewskiej dochodziło wielokrotnie do incydentów kończących się ofiarami śmiertelnymi, chociaż nie było starć zbrojnych. Historycy wskazują na siedem takich incydentów. Ostatni z nich przydarzył się 11 marca 1938 r., kiedy to żołnierz Korpusu Ochrony Pogranicza Stanisław Serafin – ścigając uciekających przestępców – znalazł się już na terytorium litewskim i został zastrzelony przez Litwinów. Wzburzenie społeczeństwa polskiego było silne. Odbywały się manifestacje antylitewskie. Padały postulaty zbrojnej akcji odwetowej.
Józef Beck przeprowadził rozwiązanie, które w jego kalkulacjach politycznych wydawało się najbardziej właściwe. Postanowił sformułować tylko jeden postulat – natychmiastowego nawiązania stosunków dyplomatycznych, ale nie dopuścił do stawiania rządowi Litwy innych żądań. Polska mogła żądać więcej – np. nowelizacji konstytucji litewskiej, która mówiła o Wilnie jako stolicy kraju, ale tego nie zrobiła. Można odnieść wrażenie, iż Beck dołożył wszelkich starań, aby żądania polskie były do przyjęcia dla Litwinów. Nie chciał, aby w ultimatum znalazło się cokolwiek, co by godziło w niezawisłość ich państwa. Wybrał formę ultimatum, gdyż miał świadomość, że żądania kierowane w inny sposób zostaną z pewnością odrzucone.
Notę zawierającą warunki ultimatum wręczył polski poseł w Tallinie Wacław Przesmycki swemu odpowiednikowi litewskiemu Broniusowi Dailid? 17 marca 1938 r. Przez dwa gorące dni jakie zaraz nastąpiły, dyplomacja litewska poszukiwała wsparcia w Europie. Realnego poparcia Litwie udzielić mogły Sowiety albo Niemcy jako państwa najbardziej zainteresowane rozwojem wydarzeń w Europie bałtyckiej. Niemcom nie na rękę był jednak wówczas zbrojny konflikt polsko-litewski, gdyż miały przed sobą nowe zadania – po Anschlussie Austrii przygotowywały się do odebrania Czechosłowacji Sudetów. Sowiecka Rosja zaś ewidentnie nie chciała rozpoczynać konfrontacji z Polską, wyczekując na dalszy rozwój wydarzeń w polityce światowej. Zapewne byłoby dla niej pożądane, gdyby Polska i Litwa nie doszły do porozumienia, ale Moskwa nie potrafiła Litwinom niczego obiecać. Wielka Brytania i Francja podjęły kroki mające na celu skłonić rząd w Warszawie do umiarkowania. Ambasador francuski w Warszawie Leon Noël czynił to nader nietaktownie, co dodatkowo obciążyło hipotekę nienajlepszych stosunków polsko-francuskich.
Historyk – z oczywistych powodów – nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, jak daleko posunęłaby się Polska, gdyby ultimatum zostało odrzucone. Musimy poprzestać na dwóch stwierdzeniach: Po pierwsze, nie było planu operacyjnego dla armii na taką okoliczność, co może świadczyć, że przyjęcie ultimatum uznano a priori za graniczące z pewnością; po drugie, każda operacja zbrojna przeciw Litwie musiałaby pociągnąć za sobą potępienie na Zachodzie i izolację państwa polskiego na jakiś czas oraz dalsze pogorszenie stosunków polsko-sowieckich, które już i tak cechował stan „zbrojnego pokoju", albo raczej „zimnej wojny".
Nie mając wyjścia, rząd litewski przyjął polskie żądania 19 marca 1938 r. Dwanaście dni później obaj posłowie: polski w Kownie Franciszek Charwat oraz litewski w Warszawie Kazys Škirpa złożyli prezydentom listy uwierzytelniające. Największe niezadowolenie z tego powodu zapanowało w Moskwie.

Dwie dekady niewykorzystanej szansy

Antagonizm polsko-litewski działał przeciwko planom ministra Becka, aby budować wokół Polski polityczny system „państw neutralnych" w Europie Międzymorza, nazwany przez niego „Trzecią Europą", mający się rozciągać od Skandynawii po Adriatyk. Zdawało się teraz, że polityka polska w rejonie wschodniego Bałtyku otrzyma nowy impuls. Nie ma jednak dzisiaj wątpliwości, że odważna wizja Becka nie miała wszakże większych szans realizacji i była ponad siły Polski.
Jeszcze bardziej zastanawiające dla historyka niż samo ultimatum są jego następstwa. Głównym spośród nich była niewątpliwa poprawa stosunków polsko-litewskich. Litwini zdecydowali się podjąć starania o modus vivendi w stosunkach z Polską. Otwarto zablokowaną granicę. Jeszcze w roku 1938 podpisano konwencję pocztową, układ o żegludze i spławie oraz konwencję komunikacyjną. Między Wilnem i Kownem zaczął kursować pociąg. Rozpoczęły się przyjazdy obywateli litewskich do Polski i vice-versa. Podjęto bardzo trudne rozmowy na temat położenia mniejszości w obu krajach. Zawarto porozumienie prasowe, hamujące propagandę przeciw drugiemu krajowi wzorowane nie polsko-niemieckiej umowie z marca 1934 r. Władze w Kownie zawiesiły prowadzący ostrą agitację Związek Wyzwolenia Wilna. Litwini oczekiwali od Polski jakiegoś gestu w zamian – dowodząc, że ich ustępstwa w obliczu upokarzającego ultimatum są zbyt jednostronną ofiarą. Nie doczekali się takich, z wyjątkiem odwołania wojewody Ludwika Bociańskiego, który prowadził ostry kurs wobec ludności litewskiej na Wileńszczyźnie.
Coraz większy wpływ na stosunki między obydwu państwami miała wielka polityka międzynarodowa w chylącej się ku wojnie Europie. Dla Litwy rosło dobrze uświadamiane sobie zagrożenie ze strony Niemiec oraz słabo dostrzegane w Kownie niebezpieczeństwo ze strony ekspansjonizmu sowieckiego. W marcu 1939 r. Niemcy zmusili Litwę do oddania Kłajpedy. W maju głównodowodzący armii litewskiej gen. Statys Raštikis odbył podróż do Polski – przyjął go marszałek Śmigły-Rydz. Stosunki polsko-litewskie były coraz bardziej normalne, chociaż negatywne usposobienie wzajemne w obu społeczeństwach nie wygasło.
Jedną z najważniejszych konsekwencji procesu normalizacji stosunków polsko-litewskich było godne uznania zachowanie Litwy po napaści Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 r. Jak ustalili historycy, dyplomacja niemiecka próbowała nakłonić Litwę do udziału w działaniach zbrojnych przeciw Polsce, tak jak zdołali do tego namówić zależną od III Rzeszy Słowację. W pierwszych dniach września minister von Ribbentrop zaproponował, aby Litwa odebrała sobie Wilno. Rząd w Kownie pomysł ten odrzucił. Litwa pozostała państwem neutralnym.
Nie potrafimy oczywiście odpowiedzieć na pytanie, jak dalej rozwijałyby się stosunki polsko-litewskie, gdyby nie wybuchła II wojna światowa. Jest możliwe, że proces ich normalizacji postępowałby dalej, bowiem były ku temu przesłanki. Półtora roku – między marcem 1938 a wrześniem 1939 to jednak okres zbyt krótki, aby mogło się dokonać wyrównanie stosunków tak mocno obciążonych przez historię dawniejszą i bardzo świeżą. W realiach ówczesnych międzynarodowych Polska i Litwa nawet działając zgodnie nie wiele już były w stanie osiągnąć, aby kształtować swój los, unikając dominacji dwóch mocarstw totalitarnych, które miały dojść do porozumienia 23 sierpnia 1939 r. Poprawa stosunków polsko-litewskich przyszła zbyt późno, aby cokolwiek zmienić. Prawie dwadzieścia wcześniejszych lat zostało zmarnowane. Taka więc – pesymistyczna – jest lekcja historii.
Polityka międzynarodowa doby, o której mowa, należy nieodwracalnie do historii – stanowi czas przeszły dokonany. Żadne aluzje do teraźniejszości – wspierane argumentami z ówczesnej przeszłości – nie są ani potrzebne, ani możliwe. Nikt nie może zachwalać polityki siły, która zdominowała stosunki międzynarodowa i do której metod sięgał rząd polski. Nikt również nie powinien powtarzać sloganów propagandy komunistycznej głoszącej kiedyś, że minister Beck naśladował metody Hitlera gdyż imponowała mu jego polityka. Jedno wszakże wydaje się konieczne zauważyć – konflikt polsko-litewski był na rękę przede wszystkim Sowietom i walczącym o rewizję granic Niemcom. W całym okresie jego trwania (1920—1938) dyplomacja sowiecka maksymalnie go eksploatowała. Polskę i Litwę łączyła obiektywna wspólnota losu, wynikająca z geopolitycznego położenia, ale wszelka współpraca była nie możliwa. Z tego punktu widzenia patrząc, historia zdaje się uczyć o uwarunkowaniach politycznych, które mogą się powtarzać i obecnie i w przyszłości.
„Przeszłość należy do historii", a dyplomacja „musi zacząć pracować, jakby między Polską a Litwą nie było żadnych kwestii wątpliwych" – mówił minister Beck udającemu się do Kowna posłowi Charwatowi. Ta realistyczna konstatacja zdaje się być dobrym podsumowaniem wypadków, które zapoczątkowały strzały na granicy polsko-litewskiej w nocy 11 marca 1938 r.
Autor jest historykiem, profesorem w Instytucie Historii PAN. Specjalizuje się w stosunkach międzynarodowych XX wieku
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA