fbTrack

Publicystyka

Patologiczny dialog z Rosją

Krzysztof Jasiewicz
Fotorzepa, Darek Golik
Nikomu nie jest potrzebny urzędowy nadzór nad badaniami wschodnimi lub oficjalne dekretowanie przyjaźni polsko-rosyjskiej – pisze historyk
Biała Rosja rywalizowała z Rzeczpospolitą szlachecką i w końcu doprowadziła ją do upadku. Przez 123 lata zaborów, wspólnie z Cerkwią prawosławną, wypierała katolicyzm, zamykała kościoły, rusyfikowała, tłamsiła wolność. Stąd też nieprzypadkowo zaraz po upadku białej Rosji zburzono ogromną cerkiew na dzisiejszym placu Piłsudskiego, a wiele z nich w całym byłym zaborze przerobiono na kościoły.
Czerwona Rosja z fałszywymi hasłami samostanowienia narodów też nie mogła się pogodzić z niepodległą Polską. W 1920 roku musieliśmy stawić jej opór, najbardziej spektakularnie wyrażający się w cudzie nad Wisłą. Ale w bolszewicko-sowieckiej rzeczywistości nie było już miejsca dla Cerkwi, zastąpili ją liczni komisarze i w tej epoce przeszła ona przez prawdziwe piekło, które – jak się wydaje – oczyściło ją z dawnych grzechów i pozwoliło po upadku ZSRR odrodzić się z nowym obliczem. U schyłku Związku Sowieckiego pojawiła się też (a może odrodziła się) Trzecia Rosja, Rosja uczciwa, niebojąca się odsłaniać swych zbrodni, chętna do dialogu z dawnymi ofiarami, rozumiejąca aspiracje niepodległościowe innych narodów. To zwłaszcza ludzie Memoriału, tacy jak Arsenij Roginski, Aleksandr Gurjanow czy Nikita Pietrow, ale także prof. Natalia Lebiediewa czy inny tropiciel prawdy o Katyniu, emerytowany major smoleńskiego KGB Oleg Zakirow; a jest ich dużo więcej i trudno ich wszystkich wymienić, pozwalali nam, Polakom, uwierzyć, że inna Rosja też jest możliwa.
Z polskiego punktu widzenia najciekawsza i najbardziej optymistyczna jest jest ta Czwarta Rosja, której twarz poznaliśmy pewnie dużo wcześniej, bo obecna ona była i dostrzeżona została w polskich relacjach i wspomnieniach z czasów sowieckiej inwazji w 1939 roku i późniejszych przymusowych peregrynacji dziesiątków tysięcy Polaków po całym archipelagu Gułag i „domu niewoli". Jej wizytówką jest patriarcha rosyjskiej Cerkwi prawosławnej Cyryl I i podpisany przezeń wspólnie z arcybiskupem Józefem Michalikiem dokument o pojednaniu. Jest to Rosja chrześcijańska. Sytuacja na dzień dzisiejszy przedstawia się jednak bardziej skomplikowanie, bo obok Czwartej Rosji jest jeszcze Rosja Oficjalna, putinowska, jawnie nawiązująca do Rosji czerwonej i białej, wyraźnie niepogodzona z rozpadem imperium i w skrytości ducha może marząca o jego restytucji, w sowieckim stylu mącąca, raz grająca gazem, innym razem wrakiem tupolewa czy dokumentami z dawnego śledztwa katyńskiego, chyba jedynie po to, by u nas wywoływać antyrosyjskie nastroje, a w Europie i USA budować obraz Polski rusofobicznej.

Trzy postulaty

Niezależnie, kto będzie rządził w naszym kraju w najbliższych latach, a kto będzie opozycją, obowiązkiem państwa polskiego jest wyjaśnienie trzech spraw związanych z martyrologią Polaków na Wschodzie. Należy to zrobić niezależnie od tego, czy w odpowiedzi odezwą się pomruki gniewu w Moskwie, Rosja przykręci nam kurek z gazem, czy podłoży świnię w Brukseli lub Waszyngtonie. 1. Dokładnego wyjaśnienia wymagają losy Polaków, którzy po podpisaniu pokoju ryskiego w 1921 roku znaleźli się na terenie Związku Sowieckiego jako obywatele sowieccy. Na podstawie tzw. rozkazu polskiego NKWD nr 00485 z 11 sierpnia 1937 roku rozpoczęto wielką operację wymierzoną w sowieckich Polaków, rzekomo członków POW. Ogółem aresztowano 144 tys. osób, z czego 111 tys. rozstrzelano. Powinniśmy otrzymać kopie wszystkich dokumentów dotyczących tej operacji, poznać szczegóły mordu, miejsca spoczynku ofiar. Od strony rosyjskiej oczekiwałbym zgody na postawienie pomników zamordowanym. 2. Jeszcze jest dużo do wyjaśnienia w sprawie katyńskiej. Często mówi się, że teczki polskich jeńców wojennych i więźniów, ofiar zbrodni katyńskiej, zostały zniszczone w latach 50. To nieporozumienie. Ze znanej od 1992 roku notatki szefa KGB Szelepina do Chruszczowa z 9 marca 1959 wynika, iż jedynie wnioskował on o zniszczenie teczek i przedstawił projekt decyzji Prezydium KC KPZR w tej sprawie. Nic nie wiadomo o tym, poza mętnymi informacjami z prasy rosyjskiej, by ten projekt zamienił się w czyn. Projekt przewidywał pozostawienie najważniejszej dokumentacji, czyli protokołów posiedzeń trójki NKWD ZSRR (Mierkułow, Kobułow, Basztakow), a tam niewątpliwie jest jeszcze wiele bardzo ważnych dla nas informacji. Jako osoba, która mnóstwo czasu spędziła w archiwach postsowieckich, nie wierzę, by dokumentację katyńską naprawdę zniszczono. Widziałem bowiem wielokrotnie teczki z okresu II wojny światowej z zupełnie bezwartościowymi materiałami, np. z zestawieniami zużytej paszy przez jednostki kawalerii, na których były adnotacje, żeby dokumentację przechowywać 10–15 lat, podczas gdy w momencie udostępniania mijało ponad pół wieku. Dokumenty katyńskie na pewno więc istnieją. Należy wspomnieć o rygorystycznie przestrzeganej zasadzie, iż niszczenie wszelkich dokumentów, szczególnie służb bezpieczeństwa, zawsze było w Związku Sowieckim opisywane. Gdyby katyńskie dokumenty rzeczywiście zostały zniszczone, powinien zachować się protokół komisyjnego zniszczenia, z którego dowiedzielibyśmy się, kiedy, jak, kto i na czyje polecenie je zniszczył. Obowiązkowo z wykazem i krótkim opisem dokumentów. Posiadając taki wykaz, bez trudu można skonstruować tzw. listę białoruską, czyli spis więźniów zamordowanych przez NKWD na Białorusi. Warto by jeszcze trochę czasu i sił poświęcić na różne badania terenowe i ekshumacje, także w miejscach już penetrowanych. 3. Latem 1945 roku NKWD dokonał największej zbrodni na obywatelach polskich po II wojnie światowej. W wyniku tzw. obławy augustowskiej zamordowano prawdopodobnie około 1500 członków podziemia niepodległościowego. Z opublikowanego przez historyka rosyjskiego Nikitę Pietrowa dokumentu wynika jednoznacznie, iż mordu dokonał batalion Smierszu. Główni architekci zbrodni, jak też większość wykonawców już nie żyją. W odróżnieniu od zbrodni katyńskiej, która dotknęła elity i za sprawą ich rodzin i środowisk była stale obecna w życiu Polaków, obława augustowska uderzyła w tzw. prostych ludzi ze wsi, których jedyną „zbrodnią" była miłość do Ojczyzny i chęć pozostania wolnym człowiekiem. Ofiary te nie weszły do narodowego panteonu, a ich rodziny nie doczekały się moralnej satysfakcji. Tu powinniśmy się domagać od Rosji jedynie gestu humanitarnego – wskazania miejsca spoczynku ofiar. Zbyt mało czasu upłynęło, by dokumenty dotyczące tej zbrodni niszczyć. Odpada też argument, iż w czasie wojennych przeprowadzek dokumenty zostały zagubione lub zniszczone.

Potrzebne okręty flagowe

Niestety dialog polsko-rosyjski w sprawach historycznych ma kształt patologiczny. Zamiast uciec od polityki, historia – za sprawą błędnych decyzji i wybujałych ambicji – została upolityczniona i stała się przedmiotem targu. Polsko-Rosyjska Grupa ds. Trudnych nawiązała do tradycji partyjno-państwowej komisji z czasów PRL, a już szczytem absurdu był list jej współprzewodniczącego Adama Rotfelda do przywódców obu krajów o sposobie rozwiązania sprawy katyńskiej. Chorym pomysłem są również polskie i rosyjskie centra Dialogu i Pojednania, bo nikomu nie jest potrzebny urzędowy nadzór nad badaniami wschodnimi lub dekretowanie przyjaźni. Myślę, że w powyższej sprawie jest potrzebna burza mózgów. Ponieważ raz utworzonych instytucji/struktur nie da się pewnie zlikwidować, ja osobiście opowiedziałbym się za następującymi rozwiązaniami: Grupa ds. Trudnych nie powinna posiadać kompetencji do dialogu. Powinna zostać zreformowana i przekształcona w jakiś think tank działający przy MSZ. Centrum Dialogu i Porozumienia powinno się zajmować promowaniem Polski w Rosji i Rosji w Polsce w wybranych dziedzinach kultury. Bez badań historycznych i bez jakichkolwiek prerogatyw do koordynacji/nadzoru nad sferą nauki, dostępnością do archiwów. Należy podpisać umowę o ułatwionym dostępie do archiwów rosyjskich dla historyków polskich (z wzajemnością). Chodzi o skrócenie czasu oczekiwania na realizację zamówień, kserokopii, zwiększenie limitu teczek do jednorazowego otrzymania. Wyodrębnić należy w ramach Narodowego Centrum Nauki znaczne środki na granty wschodnie – indywidualne i zbiorowe. Rozważone powinno być także utworzenie „okrętów flagowych" spośród instytucji naukowych dla wybranych kierunków badań wschodnich, biorąc pod uwagę ich dorobek i potencjał. Do dialogu powinna być także wykorzystana Cerkiew i Kościół. Powinniśmy także zwiększyć presję międzynarodową na Rosję przy pomocy poinformowania świata, że wśród ofiar operacji polskiej z 1937 roku i na liście białoruskiej jest z pewnością wielu Żydów. Jeżeli ten wątek będziemy akcentować, to łaskawym okiem spojrzą na nasze starania dyplomacje różnych krajów, a szczególnie amerykańska. Jednak największą nadzieję pokładam w zespołowym wysiłku całego polskiego środowiska historycznego, które korzystając z rosyjskich i innych wschodnich archiwów, powinno cały czas szukać tropów zmierzających do rozwiązania powyższych spraw, formułowania nowych hipotez i metodologii.

Błąd Michnika

Należy być również ostrożnym. Nieopacznymi słowami można sporo popsuć. Przykładem może być niedawny tekst Adama Michnika napisany przy okazji wizyty Cyryla. „Chcemy wierzyć – pisze Michnik – że towarzyszyć temu będzie udostępnienie archiwów kościelnych historykom w obu krajach. Bez tego trudno mówić o prawdzie, szczerości, dialogu. Strona polska powinna ujawnić wszystkie okoliczności towarzyszące dyskryminacji prawosławia w latach II RP. W sprawie archiwów Kościoła prawosławnego powinni wypowiedzieć się moi rosyjscy koledzy". To ostatnie zdanie potwierdza, iż Michnik uważa, iż w Polsce są archiwalia pilnie skrywane przed niepowołanym okiem. Otóż dziwię się, bo pisząc takie rzeczy, można sobie pozwolić obśmiać redaktora, bez konsekwencji prawnych. Tylko najzwyklejszy dyletant, cierpiący na manię wielkości i mający o sobie mniemanie, że jest geniuszem typu renesansowego, mógł napisać podobne bzdury. W Polsce zarówno w archiwach państwowych, jak i kościelnych – z tych ostatnich też korzystałem – nie ma zespołów lub teczek utajnionych. Takie natomiast są w każdym archiwum rosyjskim. Tam dodatkowa trudność polega na gigantycznej stracie czasu przy zamawianiu akt (na realizację zamówienia czeka się na ogół kilka dni) oraz limitowaniu ilości zamawianego materiału (na ogół pięć teczek). Do tego dochodzą korowody z robieniem kserokopii, różne „dni sanitarne", rygorystyczne przestrzeganie przerwy obiadowej, podczas których niczego się nie załatwia. W Polsce, podobnie jak w innych krajach europejskich, ograniczeniom podlegają akta osobowe oraz archiwalia służb specjalnych. Ale przecież nie o te dokumenty chodzi. Być może niektóre akta kościelne z polskich diecezji, które w 1939 roku obejmowały Kresy Wschodnie, mogą znajdować się w archiwach rosyjskich. Michnik nie ma pojęcia o rzeczach najbardziej elementarnych, pisze rzeczy głupie i szkodliwe dla Polski. Po takim wstępniaku Rosjanie mogą myśleć i wysuwać żądania odtajnienia rzekomo jakichś utajnionych dokumentów, nie dając wiary, iż najlepiej poinformowany człowiek w Polsce plótł trzy po trzy. Autor jest historykiem i politologiem, pracownikiem ISS PAN
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL