Kraj

900 dni Jana Piwnika - Ponurego

Domena publiczna
101 lat temu, 31 sierpnia 1912 roku, urodził się Jan Piwnik, "Ponury", legendarny dowódca Armii Krajowej (poległ w 1944 roku)
Tekst z archiwum "Rzeczpospolitej"
Trasa powrotu Jana Piwnika do okupowanego kraju liczyła 7 tysięcy kilometrów, przebiegała przez 6 państw i trwała równo 800 dni. Pod Łyżkowicami jego kalendarz bojowy w okupowanym kraju zaczynał się od zera. Nowy też przybrał pseudonim. Kraj, w ciągu następnych 900 dni, miał poznać jego legendę jako "Ponurego".
Urodził się dwa lata przed wybuchem I wojny światowej na skraju wsi Janowice tuż pod Witosławską Górą jeleniowskiego pasma Gór Świętokrzyskich. W niedalekim Ostrowcu w 1932 roku zdał maturę jako pierwszy młody człowiek z Janowic. We Włodzimierzu Wołyńskim skończył Podchorążówkę Artylerii, a służbę wybrał w Policji Państwowej. Przeszedł w niej i kurs oficerski w Mostach Wielkich, i kierowanie posterunkiem w Horochowie na Wołyniu, i zaszczytną służbę w ochronie osobistej premiera Walerego Sławka. Przez lato 1939 roku dowodził kompanią w polowym, zmotoryzowanym batalionie policji, który na granicy Prus Wschodnich trzebił bandy dywersantów hitlerowskich. Wybuch II wojny zastał jego kompanię na Śląsku. Stąd cofali się w ciągłych bojach przez całe Podkarpacie. Niedobitki przeszły na Węgry po 17 września. W marcu 1940 roku uciekł wraz z dwoma kolegami z internowania i przez Jugosławię i Włochy dobrnął do Francji. Objął dowodzenie baterią artylerii ciężkiej w pułku płka Odzieżyńskiego. Artylerzyści Piwnika walczyli twardo pod Belfordem, a następnie - aby uniknąć niewoli - podjęli pieszy marsz nad Wybrzeże Atlantyckie. Dotarli tam tuż przed czołgami niemieckimi. Etap brytyjski zajął mu kolejne półtora roku. W wielkim utajnieniu przygotowywano tu i forsownie szkolono komandosów specjalnego przeznaczenia. Nazwano ich później cichociemnymi, było ich w sumie prawie pięć tysięcy, rekrutowali się z 16 państw, w czego największą grupę stanowili Polacy - 316, w tym jedna kobieta. Punktualnie o północy z 7 na 8 listopada 1941 roku z angielskiego, czteromotorowego bombowca typu Halifax nad wsią Łyżkowice koło Skierniewic wyskoczyła na spadochronach trzyosobowa Ekipa I "Ruction" polskich cichociemnych, w której skład wchodził por. "Donat" - Jan Piwnik. W Warszawie, w Komendzie Głównej Związku Walki Zbrojnej nowo przybyłemu powierzono koordynację wszystkich spraw związanych z przyjmowaniem kolejnych grup cichociemnych.

W Wachlarzu

Wczesną wiosną 1942 roku z radością przyjął poufną wiadomość, że od pewnego czasu Armia Krajowa przygotowuje do wyjazdu na wschód specjalne grupy uderzeniowe. Patrole "Wachlarza" - niewielkie, ale doskonale wyszkolone, także z udziałem cichociemnych - miały za zadanie zadekować się na przykład w niemieckich firmach budowlanych i ulokować się w bezpośredniej bliskości 10 strategicznych mostów na Dnieprze i 4 na Dźwinie. A gdy niemieckie uderzenia osłabną, gdy Sowieci pohamują hitlerowski marsz oraz sami ruszą do kontrofensywy, wtedy na rozkaz z Warszawy wszystkie patrole "W" ulokowane w pobliżu tych mostów miały dokonać jednoczesngo ich zniszczenia, odcinając od zaplecza i zaopatrzenia armie niemieckie. Na każdy z 5 odcinków: I lwowski, II wołyński, III poleski, IV nowogródzki i V wileński - ruszyło na razie po 2 - 3 zrzutków, z niewielkimi, ale dobranymi grupkami. Dowódcą odcinka II Równe - Kijów został mianowany por. "Ponury" Jan Piwnik, a jego zastępcą, również cichociemny por. "Czarka" Jan Rogowski. Natychmiast wyjechali na Wołyń, znany "Ponuremu" sprzed wojny. W czerwcu przez parę tygodni odtwarzali bazę konspiracji akowskiej w Równym, a potem wyruszyli niemiecką ciężarówką w kierunku Kijowa, ale zostali aresztowani i osadzeni w więzieniu w Zwiahlu. Udało im się uciec i dotrzeć do Warszawy, oddalonej o 800 kilometrów. 20 listopada 1942 roku na odcinku III - brzesko-pińskim nowy tamtejszy dowódca, także cichociemny kpt. dr "Wania" Alfred Paczkowski złamał nogę w przeręblu w rzece Horyń, co spowodowało jego aresztowanie, a wraz z nim kolejnego cichociemnego z tamtejszej obsady odcinka por. "Bociana" Mieczysława Eckhardta. Siedzieli w więzieniu w Pińsku i byli poddani okrutnemu śledztwu. Gen. "Grot" polecił odbicie ich z więzienia pińskiego. Na dowódcę akcji wyznaczył "Ponurego", zaś jego zastępcą uczynił "Czarkę" i wzmocnił realizatorów zadania jeszcze dwoma cichociemnymi: por. "Kawą" Michałem Fijałką i por. "Krą" Wacławem Kopisto. Drobiazgowo rozpracowano teren w Pińsku, dobrano do ekipy uderzeniowej po sześciu żołnierzy "Wachlarza" z Warszawy i Brześcia i w siarczystym mrozie przedwieczornym 20 stycznia 1943 roku trzy ekipy uderzeniowe bezszmerowo uderzyły na więzienie. I mimo iż w Pińsku stacjonowało wtedy ponad 3 tysiące żołnierzy niemieckich i kolaboranckich, mimo iż w budynku szkolnym przy tej samej ulicy co więzienie stacjonował w odległości 100 metrów batalion Wehrmachtu, akcja się w pełni udała. W Warszawie "Ponury" i "Czarka" zostali osobiście przez gen. "Grota" dekorowani krzyżami Virtuti Militari, a pozostali uczestnicy akcji pińskiej otrzymali Krzyże Walecznych.

W Górach Świętokrzyskich

Początek wiosny 1943 roku przyniósłfalę represji. Powodowały one coraz liczniejsze ucieczki ludzi z zagrożonych z domów. Coraz częstszym schronieniem stawał się las. Meldunki z "Jodły" - Komendy Okręgu AK Kielce - wyraźnie wskazywały, że jej zakazy ucieczek do lasu są nierealne. Zmieniono więc komendanta okręgu, szefa sztabu i trzeba było dobrać jeszcze najważniejszego w tej trójce: szefa kierownictwa okręgowej dywersji. Płk "Nil" Emil Fieldorf, szef Kedywu KG AK - na pytanie gen "Grota" - odpowiedział jednym słowem: "Ponury". "Grot" przytaknął ruchem głowy. I "Ponury" pojechał w Góry Świętokrzyskie. Zasady były takie: a) pojedyncze, małe oddziałki raczej pochować po kwaterach, b) duże, istniejące już oddziały połączyć w jedno, silne uzbrojone i operatywne zgrupowanie, oparte o las, c) Niemców nie prowokować, ale będąc samym sprowokowanym, odcinać się dla nich najboleśniej, d) okręgowy szef Kedywu ma dowodzić z lasu, a nie z konspiracyjnej kwatery. W połowie maja na zaczęły na polanę Wykus w Puszczy Jodłowej w Górach Świętokrzyskich ściągać wezwane tam większe oddziały. W nocy z 2 na 3 lipca, duża kilkudziesięcioosobowa grupa uderzeniowa dowodzona przez trzech cichociemnych: por. "Nurta", ppor. "Robota" i ppor. "Rafała" zaległa przy torach pod stacją Łączna wzdłuż linii kolejowej Kraków - Warszawa. Opuszczono semafory, zatrzymano dwa pociągi idące z obu stron, ostrzelano, a następnie zdobyto wagony przeznaczone dla Niemców, zabito i raniono kilkudziesięciu z nich, bez strat własnych. Parę dni później, w porannym słońcu 11 lipca 1943 roku, na polanie Wykus, wśród licznych szałasów i namiotów, por. Jan Piwnik meldował przez ściśnięte gardło przybyłemu na tę uroczystość szefowi sztabu Okręgu ppłkowi "Rawiczowi" Janowi Stenzlowi: - Panie Pułkowniku! Dowódca Świętokrzyskich Zgrupowań Partyzanckich "Ponury" melduje Zgrupowania do uroczystej przysięgi. Stan 1 plus 270. Leśna armia "Ponurego" - jak na warunki partyzanckie - prezentowała się świetnie. Tworzyły ją cztery zgrupowania, a mianowicie: I. (najliczniejsze - ponad 100 ludzi, z okolic Skarżyska) por. "Nurta" Eugieniusza Kaszyńskiego, II (najmniej liczne, bo zaledwie 60-osobowe, z Koneckiego) ppor. "Robota" Waldemara Szwieca, III (z Opatowskiego) ppor. "Mariańskiego" Stanisława Pałaca i IV (Starachowickie) ppor. "Szarego" Antoniego Hedy. Na ich uzbrojenie składały się: 2 cekaemy, 9 erkaemów, 7 elkaemów, 27 pistoletów maszynowych, 160 karabinów, 56 sztuk broni krótkiej i ponad 300 granatów. Już wtedy na potrzeby zgrupowań rozpoczynała pracę tajna wytwórnia pistoletów maszynowych w Suchedniowie, kierowana przez "Korebkę" inż. Kazimierza Czerniewskiego i oparta o tamtejszą fabryczkę maszyn rolniczych. Dzień przysięgi zapamiętali jako chwilę wspaniałą. Ale już nazajutrz wpadły na czujki zrozpaczone kobiety z niedalekiego Michniowa, krzycząc, że setki żandarmów otoczyły wieś, podpaliły wszystkie chałupy i nie oszczędzają nikogo. Gdy skrzyknięta alarmowo grupa uderzeniowa - po 10-kilometrowym biegu - dotarła wreszcie do spalonej wsi, nie zastano tam już Niemców, a wśród zgliszcz znaleziono nadpalone szczątki 204 osób, z których najstarsza miała 75 lat, najmłodsza zaś 9 dni. "Ponury" nie miał wątpliwości, że jest to niemiecki odwet za "kolejówkę" z nocy 2 na 3 lipca. Postanowił więc odpowiedzieć Niemcom natychmiast i to językiem dla nich zrozumiałym. Po krótkim postoju przy dogasających resztkach Michniowa, pod wieczór poderwał setkę ludzi i poprowadził na te same tory. I znów posłuszny semafor zatrzymał pod sygnałem pociąg, znów zaatakowano niemieckie wagony i po krwawej walce zdobyto. Leśne wojsko miało pięciu rannych w tym dwóch oficerów: por. "Czarkę" Jana Rogowskiego, oraz por. "Witka" Wincentego Waligórskiego. Zabito i raniono zapewne ok. 180 Niemców. Teraz nie mieli oni już wątpliwości, że walczy z nimi świetnie się bijący, zacięty w starciu, liczny i dobrze dowodzony oddział zbrojny. Po tygodniu Niemcy byli gotowi, "Ponury" także. On, po odesłaniu na konspiracyjne kwatery rannych i nieuzbrojonych miał teraz pod rozkazami niespełna 250 zbrojnych. Oni - ponad 4500, czyli piętnaście razy więcej. O starciu bezpośrednim nie mogło być mowy. Pozostawało kluczyć, unikać, zasadzać się i liczyć na szczęśliwy los, który pozwoli urwać się pościgowi. Trwało to prawie miesiąc. Niemcy postawili zapory nie tylko w całym regionie świętokrzyskim, ale i na wszystkich przejściach i przejazdach połowy dystryktu radomskiego. Lasy patrolowano także z samolotów. Ale "Ponury" i jego żołnierze dosłownie zapadli się pod ziemię. Duży był w tym udział leśników i przewodników świętokrzyskich, znających tu każdy kąt. Parokrotnie wydawało się, że Niemcy już na dobre stracili ślad, ale po kilku godzinach bezbłędnie go odnajdywali. Okazało się później, że jeden z oficerów zostawiał za umykającymi kawałki żółtych bibułek. Wreszcie, gdy w początkach sierpnia patrole leśne znów starły się z czyhającymi Niemcami, gdy padły kolejne ofiary, "Ponury" przerzucił forsownym marszem skoncentrowane formacje aż w lasy osieczyńskie i tam, oderwawszy się od nieprzyjaciela, posłuchał wreszcie kolejnych sugestii Komendy Okręgu AK i rozesłał poszczególne zgrupowania w ich macierzyste tereny. Zdezorientowani Niemcy nie wiedzieli, kogo i gdzie szukać, i taki był koniec serii zasadzek i bitew pierwszej, prawie miesięcznej obławy.

* * *

"Robot" postanowił pokazać, co potrafi zrobić nawet z najmniejszą, trzyplutonową formacją. Już 20 sierpnia zasadzili się na nocną kolejówkę obok przystanku Wąsosz przy torach relacji Końskie - Skarżysko i tam, po zdobyciu zatrzymanego pociągu, załadowaniu na przygotowanych kilkadziesiąt podwód niezbędnych towarów, resztę podpalono. Bez strat własnych. W nocy z 31 sierpnia na 1 września zgrupowanie "Robota" (nadal tylko 64 ludzi) dla przypomnienia Niemcom czwartej rocznicy agresji na Polskę, opanowało na kilka godzin Końskie, miasto powiatowe zamieszkałe przez kilkanaście tysięcy ludzi, zablokowało bronią maszynową wszystkie placówki niemieckie (w tym koszary lotników), z łączną obsadą 1700 okupantów, zarekwirowano żywność i potrzebne towary w kilkunastu niemieckich magazynach i wykonało wyroki na 8 agentach gestapo. Po czterech godzinach wycofano się bez strat własnych, zostawiając w mieście 6 zabitych żandarmów, 1 trupa funkcjonariusza Sonderdienst i ciężko rannego komendanta żandarmerii. Trzy dni później zgrupowanie zatrzymało pociąg pod Wólką Plebańską w biały dzień. O zatrzymany pociąg walczono z odległości 15 metrów. Tym razem zdobyto kilkanaście sztuk cennej, niemieckiej broni maszynowej, oraz zabito 16 Niemców i Ukraińców w ich służbie. Po polskiej stronie było trzech rannych i niestety jeden zabity ppor. "Rafał Mocny" - Rafał Niedzielski, siostrzeniec gen. Sosnkowskiego. 13 września niemieckie Sonderkommando paroma ciężarówkami podjechało niespodziewanie pod domek "Huragana" dowódcy dywersji w Smarkowie koło Końskich i zastrzeliło go w czasie ucieczki. Wsiadających na ciężarówki Niemców raził celnym ogniem broni maszynowej ppor. "Robot", który kwaterował niedaleko i nadbiegł z 40 ludźmi. Pierwsze partyzanckie serie kosiły Niemców jak zboże, ale po chwili zorganizowali się i za pomocą cekaemów i granatników, oraz osłoną zakładników z miejscowej ludności, udało się im uciec tylko z rannymi. Na placu boju pozostawili dużo broni maszynowej oraz 29 trupów. Po naszej stronie padło trzech żołnierzy: kpr. "Szczerba" Bogusław Modzerowski, strz. "Gryf" Jerzy Ciszek i "Adaś" Adam Wolf. Ciężko ranny został pchor. "Lin" Janusz Skalski. Tego też dnia gońcy od komendanta przywieźli rozkazy ściągające wszystkie zgrupowania na wykusową koncentrację. Tym razem powodem była uroczystość poświęcenia sztandaru, ufundowanego przez miejscową ludność. Niestety, nie tylko oni ciągnęli ku Puszczy Jodłowej. Agent gestapo ulokowany w bezpośredniej bliskości "Ponurego" zdążył powiadomić swoich mocodawców. Gdy wszystkie zgrupowania dotarły na Wykus, "Ponury" już wiedział, że obława zamknęła swój krąg. Przyjął też wtedy nowy oddział, niewielki, ale nadzwyczaj dzielny, którego dowódca wachm. "Tarzan" zameldował mu się w płaszczu niemieckiego generała. Miesiąc wcześniej w zasadzkę zastawioną na szosie pod Ożarowem wpadły dwa niemieckie samochody, którymi jechał gen. por. Kurt Renner, dca 184 rezerwowej dywizji piechoty. Niemcy zginęli od ognia z zasadzki, a "Tarzanowcy" wzbogacili się o 4 pistolety maszynowe. Niemcy nocą obsadzili wsie na całym południowym skraju lasów siekierzyńskich (wśród których tkwił Wykus) mocno okopanymi pozycjami, a od północy (z zagięciami na wschód i zachód), czyli od Parszowa, Wąchocka i Starachowic, rozpoczęli od świtu zaciskanie objęć obławy. "Ponury" - za radą "Nurta" - postanowił bez walki opuścić Wykus i przesunąć się całością sił nieco w lewo od podchodzącego od Wąchocka skrzydła obławy. W ten sposób znalazł się 3 kilometry bliżej skradającego się nieprzyjaciela, a przy tym na jakże korzystnym terenie. Barwinek - bo tak się nazywały dwie podmokłe polanki - spadał łagodnie na północ, a południowym, wyższym skrajem przecinał je w poprzek nasyp torów nieczynnej kolejki wąskotorowej Zgrupowania obsadziły dość gęsto na całej długości ów nasyp. Zapadła cisza i kompletny bezruch. Było to już bowiem inne wojsko niż dwa miesiące temu, na wykusowej przysiędze. Zdyscyplinowane, liczniejsze, bo stan przekroczył 300 ludzi, dozbrojone szczególnie w broń maszynową, a przede wszystkim bardziej ufające dowódcom. A mimo to "Ponury" wydał rozkaz, że każdy żołnierz, który strzeli bez komendy, zostanie natychmiast rozwalony przez najbliższego oficera. Gdy pierwsi Niemcy i własowcy ukazali się wśród brzózek na drugim brzegu polany 800 metrów od nich, nie drgnęli, gdy z odległości 600 metrów mogli się doliczyć koło 900 nieprzyjaciół, przygryzali sobie w napięciu palce, gdy wróg, o 400 metrów przed nimi plunął raz i drugi ogniem zachęcającym i penetrującym, nie dali się sprowokować, gdy o 300 metrów, uspokojony ciszą nieprzyjaciel, porzucił równe odstępy tyraliery i wygodnymi oraz suchymi ścieżkami, defilował jak na strzelnicy doskonale widocznymi "sznureczkami", potem było 200 metrów, 100... "Nurt" wychynął naraz z za nasypu i z kciukami wrażonymi w tylce cekamu, ciągnął spokojnie i równo - jak dobry żniwiarz - od prawa do lewa. Przez te śmiertelne trzy minuty waliło ponad czterdzieści kaemów, a setka pistoletów maszynowych i dwieście karabinów uzupełniało tę wściekłą kakofonię. Na strzał rakiety "Ponurego" ogień się urwał w sekundę. Żołnierze poderwali się skwapliwie, i sznureczkiem podążyli za komendantem przez rozerwany pierścień obławy. Opuszczali plac bitwy bez jednego, nawet lekko draśniętego żołnierza. O rozmiarze strat Niemców może mówić fakt, że dla ewakuowania swoich zabitych i rannych zarekwirowano w sąsiednich wsiach 120 dwukonnych furmanek. Tak się skończyła druga, niemiecka, potężna obława.

* * *

Ale nawet tak szczęśliwe odwrócenie zagrożenia na Barwinku nie poprawiło napiętych stosunków między "Ponurym" a Komendą Okręgu "Jodła". Zarzut, że "Ponury" przerasta znaczeniem Okręg był coraz większą kością niezgody. Do tego nadchodząca zima oraz wzrastająca aktywność agenta gestapo operującego w Zgrupowaniach dostarczały coraz więcej kłopotów. 7 października 1943, podczas głęboko utajnionego spotkania "Ponurego" z inż. "Korebką" i płk. "Nilem" szefem Kedywu KG AK w młynie Cioka koło Skarżyska nastąpił nagły najazd grupy pościgowej gestapo i gdyby nie desperacka obrona drużyny ochronnej "Ponurego", rzecz skończyła by się kolosalną wpadką. W tydzień później w Wielkiej Wsi na Konecczyźnie, chory ppor. cc "Robot", kwaterujący ze swoją drużyną w jednej z chałup został niespodziewanie najechany przez grupę pościgową żandarmerii koneckiej i po dramatycznej walce w polu zamordowany, a wraz z nim cały jego pięcioosobowy poczet. 26 października przed świtem z fabryczki maszyn rolniczych w Suchedniowie drużyna ochronna "Ponurego" zabrała na Wykus kolejną, liczącą 21 stenów partię wykonanej tu broni. Pół godziny później grupa pościgowa żandarmerii kieleckiej otoczyła fabryczkę, aresztowała przeważającą część konspiracyjnych producentów i zabrała plany oraz przygotowane części. Nieobecny inż. "Korebko" ocalał. 28 października rozpoczęła się kolejna koncentracja zgrupowań na Wykusie i tego samego dnia ruszyła trzecia niemiecka obława uprzedzonych przez agenta Niemców. Doszło do kilkunastu walk na bliską odległość, wprost wręcz, które trwały aż do zmroku. Nazajutrz, po zebraniu rozproszonych żołnierzy, podliczono straty. Z 360 obecnie ludzi zgrupowań, nie doliczono się 11 łącznie z rannymi, pochwyconymi i dobitymi. Niemców poległo na Wykusie 20, zaś około 35 odniosło rany. Największe straty poniosła jednak sąsiadująca obok ochrona radiostacji Okręgu. Z 37-osobowego stanu zostało przy życiu tylko 9 osób. W listopadzie Okręg nie zezwolił na rozpuszczenie wojska na zimowe kwatery po wsiach pod pretekstem, że będzie ono potrzebne do odbioru licznych, spodziewanych zrzutów. "Ponury" więc postanowił wysłać do wsi patrole aprowizacyjne. Nie otrzymał zgody. "Ponury" poprosił więc o dostarczanie zgrupowaniom żywności przez Okręg. I ta odpowiedź była negatywna. Wtedy w "Ponurym" coś pękło. Wysłał po komendanta obwodu patrol, który pana majora - tak jak stał, w bryczesach, kapciach i koszuli - związał i przyprowadził do lasu. Tam "Ponury" kazał go przywiązać do drzewa i powiedział: - Słuchaj, sztabowy byku. To nie jest wojsko "Ponurego", to jest wojsko Armii Krajowej. I ja tego wojska zagłodzić nie dam. Każecie mi kupić prowiant, a żołdu od dwóch miesięcy nie wypłacacie. Będziesz tu stał przywiązany do drzewa i żarł surową kapustę jak my wszyscy tak długo, aż Okręg przyśle aprowizację. Nazajutrz rano przyjechały do lasu wyładowane prowiantem wozy, a po południu "Ponury" otrzymał rozkaz natychmiastowego przekazania dowództwa zgrupowaniami por. "Nurtowi", sam zaś miał się bezzwłocznie zameldować w Warszawie. Odszedł z tamtego terenu nie tylko on, ale i całe dowództwo Okręgu. 9 grudnia gestapo aresztowało w Warszawie ukrywającego się tutaj inż. "Korebkę", producenta suchedniowskich stenów dla "Ponurego". 9 stycznia na moście w Białobrzegach w zasadzkę żandarmerii radomskiej wpadł serdeczny druh "Ponurego" por. "Czarka", wiozący ciężarówką zimową odzież dla chłopców w lesie. A 28 stycznia, na polecenie kontrwywiadu KG AK, został przez "Nurta" na kwaterze w Milejowicach aresztowany, przesłuchany i rozstrzelany ppor. "Motor" Jerzy Wojnowski, szef taborów Zgrupowań, przyjaciel ich wszystkich, "Wachlarzowiec", uczestnik akcji pińskiej, a jednocześnie - agent gestapo.

Na Nowogródczyźnie

W połowie lutego 1944 roku "Ponury" wyjechał na Nowogródczyznę. Gdy zaczął dowodzić ośrodkiem dywersyjnym w Szczuczynie, na koniec kwietnia przygotował uderzenie na tamtejszą żandarmerię i wielki magazyn broni. Nieszczęśliwy przypadek spowodował, że agronom gminny zobaczył liczne ślady na podwórku niewykończonej szkoły i będąc pewnym, że to zaczaiła się sowiecka partyzantka, powiadomił niemiecką żandarmerię. Ta zaś przygotowała zasadzkę, w której zginęło lub zostało dobitych 22 chłopców, a 19 następnych - których aresztowano - zamordowano w Mińsku. 1 maja dokonano generalnej reorganizacji siły zbrojnej Okręgu. Odtworzony przedwojenny 77 lidzki pułk piechoty AK liczył podwójną ilość batalionów, bo miał ich osiem. "Ponury" został dowódcą VII batalionu, który po miesiącu istnienia przekroczył stan 700 ludzi. Niemcy budowali wzdłuż rzek i dróg sieci i linie stuetzpunktów, czyli umocnionych bunkrami, ostrokołami i wałami ziemnymi silnych punktów oporu ze 100-osobowymi załogami, cekaemami, granatnikami i własnymi studniami. Armia Krajowa postanowiła rozpocząć tutejszy, prawdziwy koniec wojny rozbijaniem owych stuetzpunktów. VII batalion rozpoczął ją 8 czerwca od Jachnowicz. Dowódca uznał, że dla zdobycia niemieckiego umocnienia wystarczy jedna kompania, tym bardziej że wzmocniono ją dodatkowym cekaemem i garłaczem. Dwie pozostałe kompanie rzucił na zastawienie zasadzek, bo zarówno od Sobakińć, jak i Nowego Dworu mogła przybyć zmotoryzowana niemiecka odsiecz. Gdy załoga umocnionej pozycji nie skorzystała z propozycji "Ponurego" poddania się na honorowych warunkach, nastąpił ostry atak, wspomagany granatnikiem i erkaemami. Po obrzucaniu palisady granatami, Niemcy - po 12-minutowym oporze - poddali się, tracąc 5 zabitych (w tym dowódcę) oraz 11 rannych. Do niewoli wzięto 32 jeńców. Po polskiej stronie zginął jeden żołnierz. Zdobyto dużo broni zarówno w punkcie umocnienia, jak i w akcji dodatkowej kompanii III, zapadłej w zasadzce przy szosie z Nowego Dworu. W dwugodzinnym boju spalono tu 3 ciężarówki, zabito 50 Niemców, w tym 2 oficerów, zdobyto 2 cekaemy, 1 lekki karabin maszynowy, 5 erkaemów, 2 moździerze, 18 pistoletów maszynowych i kilkanaście karabinów. 16 czerwca "Ponury" uderzył na następny stuetzpunkt, tym razem w Jewłaszach, o wiele silniej obwałowany niż w Jachnowiczach. Z uzgodnienia oficerów wynikało, że zaatakuje go II kompania, składająca się z żołnierzy raczej mało ostrzelanych. Nie udało się zaskoczenie, a Niemcy ze strzelnic dusili ogniem broni maszynowej każdą próbę ataku. I naraz, zza załomu stodoły wyskoczył jak szalony strzelec "Pług" i wywijając nad głową długą lufą karabinu oraz wrzeszcząc wniebogłosy sadził wielkimi skokami w kierunku nieprzyjaciela. Sprawiał tak niesamowite wrażenie, że broń maszynowa wroga ucichła w jednej chwili. "Pług" strzelił w szczelinę i rozwalił cekaemiście łeb, a Niemiec śmiertelnym skurczem palców, rozorał "Pługowi" całą pierś. "Ponury" cisnął granat przed siebie i osłonięty jego wybuchem poderwał do skutecznego ataku oba zaległe plutony. Niemcy bez uciszonego cekaemu nie mieli dotychczasowego zapału i poddali się po krótkiej walce. "Ponury" rozkazał zaopiekować się rannymi i ruszył w kierunku rozbrajanych Niemców, gdy naraz rozszczekał się długą serią peemu milczący dotąd betonowy "grzybek". "Ponury" złapał się za brzuch i runął na twarz. Lekarz "Jontek" przewrócił go na plecy, ale dowódca już konał, wyszeptał pożegnania dla rodziców, żony i skonał ze słowami:.... pozdrówcie.... Góry... Świętokrzyskie... Właśnie tego dnia minęła dziewięćsetna jego doba w kraju, licząc od skoku pod Łyżkowicami.   W trzy dni później do Jewłaszy zjechały się wozy i bryczki z miejscowości odległych nawet o 50 kilometrów. Poległego tu Jana Piwnika - awansowanego pośmiertnie do stopnia majora - odprowadzało na miejsce wiecznego spoczynku na cmentarzu w Wawiórce kilkanaście tysięcy ludzi. Konne "podwody" ciągnęły się długim na 8 kilometrów wężem. Czerwiec 2004
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL