Styl życia

Sentyment czy nuda

Rzeczpospolita
Polacy odbudowują domy, po których historia przetoczyła się czołgami i dekretem o nacjonalizacji. Z majątków pozostały albumy ze zdjęciami w sepii.
W młodym pokoleniu odzywa się sentyment do rodzinnej architektury. Wyrosły z anegdot o utraconym raju. Z widzenia zmarnowanego piękna i kultury materialnej rodzi się bunt Stara architektura dworkowa ma się źle, ale nie umarła. W zapomnienie odchodzi natomiast autentyczny wygląd wnętrz i ziemiański styl życia. Wnętrz, dlatego że praktycznie nie zachowały się w nietkniętym stanie przykłady sprzed II wojny. Nieliczne sprzęty wylądowały w mieszkankach w blokach z wielkiej płyty. Styl życia, bo świat się zmienił.
Zachwycamy się kamiennymi domami otoczonymi polami lawendy w Prowansji i gospodarstwami żyjącymi od wieków z plantacji oliwek w Toskanii. Tymczasem w Polsce nie istnieje ani jeden dawny dwór z zabudowaniami gospodarskimi, który żyłby w rytmie pór roku, jak ostatnio przed 70 laty, i który utrzymywałby się z rolnictwa. Maciej Rydel, znawca tematu dokumentujący stan architektury ziemiańskiej od 30 lat, obliczył, że przed wojną było ok. 16 000 dworów, w tym 4000 na Kresach. W 2006 w obecnych granicach Polski jest ich ok. 2800. Około 160 dworów zachowało walory architektoniczno-historyczne nawiązujące do stanu oryginalnego. To około 1 proc. stanu z 1939 roku. 700 dałoby się jeszcze uratować. Jak wyglądały kiedyś ich wnętrza, można zobaczyć w około 30 dworach przekształconych w Polsce na muzea. Niskie okna ze szprosami, podłoga z desek albo układana w mozaiki z rombów z ciemniejszego dębu i jasnej sosny. Niska powała, bele na suficie, czasem malowanym. Pokoje w amfiladzie z drzwiami dwuskrzydłowymi. Te szczytowe zazwyczaj "letnie", zamykane z oszczędności na zimę. Piece kaflowe najczęściej zwyczajnie białe, te najstarsze o owalnym kształcie. Drewniany ganek, widok na aleję w parku ze starodrzewiem. Dziś często wyciętym na opał przez późniejszych lokatorów.
Kanapy simmlerowskie, ludwiki z wygiętą nóżką. Perskie dywany, tureckie kilimy na ścianach, na nich Matka Boska na ryngrafie i skrzyżowane szabelki. Brzuchaty sarmata z kogutem i w bobrowym kołnierzu na portrecie. Porcelana z Baranówki, a może i korzecka na ścianie. Srebrny świecznik czyszczony na święta, pas słucki z poprzecieranego jedwabiu ze złotą nicią nad łóżkiem. Karczemne szkło w dębowym kredensie z toczonymi tralkami. Lampa naftowa z kryształowym kielichem abażuru. Złocony zegar kominkowy albo drewniany skrzynkowy z kukułką. Skrzynia posażna opleciona zawiasami, stół rozsuwany. Styl wnętrz dworów ziemiańskich nie jest dzisiaj modny. W świecie pędzącym do przodu wydaje się zbyt sentymentalny. Nienowoczesny. Nie spotkałam się z twórczym nawiązaniem współczesnych projektantów wnętrz do ziemiańskiego stylu. Żaden polski designer nie nawiązuje w swoich meblach do jakiegokolwiek elementu estetyki związanej ze stylem dworu. Tymczasem nawet Philippe Starck zrobił z przezroczystego plastiku swoje krzesło Louis Ghost (Duch Ludwika) nawiązujące do stylu historycznego, a sieć Habitat sprzedaje barokowe kandelabry ze sklejki. Powstały w Polsce dywany jak ludowe wycinanki, jest moda na łowickie pasiaki, bardzo są żywotne nawiązania we wnętrzach do stylu soc i tradycji polskiego Ładu. A styl ziemiański jakby nie istniał. Szkoda. Osobiście mam nadzieję, że ta myśl i estetyka jeszcze nie zginęła. Powstają jednak takie wnętrza, ale wynikają wyłącznie z rodzinnego sentymentu lub zadęcia nuworyszów. W dzisiejszych czasach młodzi jakoś nie kupują dawnych mebli, nie mówiąc o drogich antykach. Są za poważne, za dostojne, świadczą chyba o nudzie. To dotyczy oczywiście przeciętnego demokratycznego odbiorcy, który otwarty jest na nowoczesny design i wygodne wzornictwo. Szlacheckie tradycje i styl życia to dziś właściwie skansen. Czy kultura ziemiańska odchodzi razem z ostatnimi, którzy w rodzinnych dworach się jeszcze urodzili? Może nie. Jak w przysłowiu: Frak dobrze leży dopiero w trzecim pokoleniu. Wydaje się, że dzieci i wnukowie zdecydowanie sięgają do korzeni. Wbrew wszelkim przeciwnościom. Bez ustawy reprywatyzacyjnej, pokonując komplikacje prawne, zapewniając inne mieszkania obecnym lokatorom. Odzyskują żałosne ruiny. Z poczuciem, że trzeba utopić w murach górę pieniędzy, a liczyć można na siebie. Ewentualnie na miłosierdzie dopłat z Unii, jeśli się ma pomysł, co dalej z piękną nieruchomością wśród pól i łąk. A w niechęci państwa i urzędów do ratowania, za wszelką cenę, architektury i resztek kultury materialnej pokutują ciągle, choć głęboko ukryte, uprzedzenia klasowe.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL