fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Miłość i nienawiść do Forsyte’ów

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
John Galsworthy w "Sadze rodziny Forsyte'ów" wykreował postaci żyjące własnym życiem. W serialu aluzyjny sposób opowiadania został zastąpiony emocjami typowymi dla popkultury
145 lat temu, 14 sierpnia 1867 roku, urodził się pisarz John Galsworthy. Tekst z archiwum dodatku "Plus Minus"
Nie wiem, czy tylko mnie ogarnęło wzruszenie, kiedy zobaczyłem w księgarni i natychmiast nabyłem nowe wydanie „Sagi rodu Forsyte'ów" George'a Galsworthy'ego w pięknej, twardej brązowej oprawie. Chyba jednak nie tylko mnie, skoro wydawnictwo Videograf II z Katowic zdecydowało się na to wznowienie w dobie narastających trudności tego rynku przyciskanego choćby VAT na książki.
Dla Polaków mojego pokolenia pierwsze skojarzenie z Forsyte'ami to ulice Warszawy pustoszejące u schyłku lat 60. podczas emisji kolejnych odcinków czarno-białego jeszcze serialu BBC będącego dość wierną adaptacją powieści – na dokładkę ze wspaniałym dubbingiem, który mam nadzieję nie zaginął (tak jak dubbing serialu „Ja, Klaudiusz"). Nie wiem, czego Polacy szukali w tych nieco teatralnych scenkach z życia brytyjskiego mieszczaństwa. Ciekawej historii? Romansowej emocji? Świata odmiennego niż ich własny, szary i smutny?

Rodzina jak puzzle

Śledzenie upływu czasu to skądinąd jedno z najwspanialszych przeżyć czytelników i widzów. Nawet dziś, gdy tak chętnie zaleca się autorom książek i filmowych scenariuszy upraszczanie wszystkiego, nieprzeciążanie odbiorców masą nazwisk i faktów. Wypatrywanie linii genealogicznych łączących tego z tym i tamtego z tamtą pozostało przyjemnym zajęciem dla całkiem sporej grupy ludzi.
Trudno orzec, czy zagonieni codziennością widzowie Polski późnogomułkowskiej rozróżniali wszystkich stryjów i ciotki z rozrodzonej familii zamieszkującej Londyn między rokiem 1886 i 1926. Ale na pewno mieli poczucie, że podążają za czymś ciekawym i istotnym. W moim przypadku kolejność była inna, byłem za młody, aby ten serial oglądać podczas pierwszej jego emisji. Najpierw była książka, którą w późnych latach 70. znałem nieomal na pamięć. Serial, rzeczywiście urzekający, przyszedł później, wraz z którąś powtórką.
Zawsze byłem wielbicielem powieści-rzek. Wśród znajomych wyróżniałem się przywiązaniem choćby do „Nocy i dni" Marii Dąbrowskiej, książki uznawanej za nudną nawet przez niektórych staroświeckich krytyków. Banalna już dziś, a wykładana w tej postaci co najmniej od XIX wieku konstatacja, że czas ucieka, a my nie znajdujemy szczęścia, choć szukamy go w pracy, własności, czynach na rzecz zbiorowości, a wreszcie w więzach rodzinnych – zwłaszcza w dzieciach – działała na mnie zawsze prawie hipnotycznie. Byle tylko można ją było łowić pośród wielu zasadniczych i drobnych obserwacji z historii danego społeczeństwa. Byle ktoś mi ją opowiedział raz jeszcze w miarę zajmująco, układając strzępy ludzkich losów niczym puzzle.
Ale choć takich książek jest w sumie sporo, opowieść o Forsyte'ach miała wśród nich pozycję szczególną. Wobec nieco przegadanych „Nocy i dni" „Saga" była jak precyzyjny w wywodzie, obdarzony kostycznym poczuciem humoru Anglik wobec wielomównego, rozemocjonowanego Polaka. Inne porównania wypadały może jeszcze bardziej na korzyść Galsworthy'ego. „Buddenbrookowie" Thomasa Manna zawsze lekko mnie na przykład nudzili. W „Sadze" gotów byłem przypominać sobie każdą sytuację po wiele razy – tak bardzo każde zdanie, każda anegdota, każdy epizod czy aluzja były gęste i smaczne. Gdy wracam do niej dzisiaj, nie mam poczucia, że cokolwiek w sposobie opowiadania o tamtej rzeczywistości się zestarzało, choć sama rzeczywistość jest dawno martwa.

Bunt przeciw komu?

A zarazem kochając tę powieść, wojowałem z nią i z jej autorem od pierwszej chwili. Najpierw szukałem w niej egzotycznego klimatu rodzinnych paranteli i brytyjskich obyczajowych smaczków, a byłem już jako nastolatek pasjonatem historii. Ale szybko pojąłem, że autorowi chodzi o coś więcej, i właśnie to „coś więcej" tyleż mnie pociągało, co wywoływało bunt. Potem okazało się, że utrafiłem w sam środek literackiej dyskusji z samym autorem. Dyskusji świadczącej może najlepiej o jego wielkości. Jego postaci zaczęły bowiem funkcjonować jakby trochę poza jego wolą i jego intencjami. Czy może być lepszy dowód na to, że powieść żyje?
Aby to wytłumaczyć, trzeba napisać cokolwiek o samej rodzinie Forsyte'ów. Poznajemy ich, gdy dziesiątka dzieci murarza, a potem właściciela firmy budowlanej, najstarszego Jolyona Forsyte'a, który przeniósł się z prowincji do Londynu, nie tylko porobiła znaczne, głównie materialne, kariery, ale dożyła podeszłego już wieku. Dominują nad swoimi rodzinnymi gniazdami i dorosłym potomstwem, pyszniąc się majątkiem i narzucając światu wokół siebie swoje normy postępowania i kodeksy wartości.
Galsworthy, skądinąd sam syn zamożnej mieszczańskiej rodziny, traktuje ich zgodnie ze starą dobrą tradycją XIX-wiecznej powieści (choć pierwszy tom „Sagi" powstał w roku 1906, drugi i trzeci na początku lat 20.): nie tylko jako przedmiot szczegółowych obserwacji, ale też tworzywo do formułowania rozmaitych prawidłowości, które poznawaliśmy także w powieściach Balzaka, Zoli, Dickensa czy choćby Bolesława Prusa. Ale które on zawiera w iście brytyjskich, trochę zdawkowych i nieco zgryźliwych komentarzach.
Oto próbka z ósmego rozdziału pierwszego tomu o wdzięcznym i symbolicznym tytule „Posiadacz": „Wszyscy Forsyte'owie, jak to powszechnie zostało uznane, okryci są skorupą na podobieństwo owego niezmiernie pożytecznego zwierzątka, które służy do wyrobu tureckich przysmaków; innymi słowy, Forsyte'owie nie bywają nigdy widziani – a gdyby nawet byli widziani, nikt by ich nie poznał – inaczej aniżeli we właściwym im otoczeniu, na które składają się: warunki ich życia, majątki, znajomości i żony – stale towarzyszące im w wędrówce po świecie złożonym z tysięcy innych Forsyte'ów, również żyjących we właściwym sobie otoczu. Niepodobna sobie wyobrazić Forsyte'a bez właściwego mu otocza – byłby jak powieść bez intrygi, co jak wiadomo należy do anomalii".

Jak straszni mieszczanie?

Takie wywody pojawiają się w wielu miejscach, czasem wychodząc od narratora, a czasem od Jolyona młodszego, jednego z bohaterów zbuntowanych przeciw prawom i zasadom swojej rodziny. Niekiedy z finezyjnych uwag na boku przekształcają się w gniewne tyrady, jak wtedy, kiedy Galsworthy zarzucał Forsyte'om swoistą „nieproduktywność": zarabiają na technicznym i materialnym postępie, ale go nie tworzą, bo są prawnikami, kamienicznikami, udziałowcami akcyjnych spółek czy wręcz rentierami wnoszącymi kapitał, ale rzadko kiedy już pracę (co skądinąd dyskusyjne, główny bohater Soames Forsyte, stryjeczny brat młodszego Jolyona, z pewnością pracował, będąc wziętym adwokatem, choć można debatować nad społecznym sensem owej pracy).
Galsworthy uczynił z Forsyte'ów symbol statusu społecznego i pewnego stanu ducha, rozprawiał o naturze „forsytyzmu" i wadził się z nim. To pozwoliło krytykom literackim zakwalifikować jego „Sagę" do nader popularnej grupy: antymieszczańskiej satyry.
I to właśnie budziło mój opór. Po pierwsze, ludzie tak malowniczy w samej swojej skomplikowanej genealogii, w świecie swoich przyjęć i rytuałów, które mnie wtedy z perspektywy przaśnego PRL, nad wyraz pociągały, nie mogli być przecież godnymi potępienia nudnymi mieszczanami – tak wtedy rozumowałem. Nawet jeśli ich dialogi i podpatrzone scenki świadczyły przeciw nim.
Po drugie, pewne cechy przypisywane przez pisarza londyńskim burżujom mnie wydawały się dość podobne do natury każdego życia rodzinnego. W klimacie wymuszonego celebrowania rodzinnych obiadów, dominowania pewnych siebie rodziców nad zmuszonymi do rytualnego respektu dziećmi, w nonsensownych rozmowach o cenach, wakacjach, a czasem o niczym, w smacznych scenkach, gdy każdy ze stryjów kwalifikuje innego stryja jako uparciucha i dziwaka, choć jest taki sam, odnajdywałem kawałek własnych doświadczeń. Które w żadnym razie nie były zdeterminowane przez burżuazję w sensie opisu socjologicznego. Które były wręcz przynależne każdemu czasowi małej stabilizacji.
Po trzecie wreszcie, Forsyte'owie wydawali mi się godni zaufania i szacunku właśnie na tle owej rzeczywistości, którą znałem z własnego życia. Może są apodyktyczni i nudni, powtarzałem sobie, ale za ich sprawą przynajmniej wszystko działa, jak należy, jest ciepła woda i niewzruszone normy kupieckiej solidności. Naturalnie Galsworthy mógłby mi odpowiedzieć, że ciepła woda jest w Londynie przełomu wieków nie dla wszystkich, a biedakom niewiele z owych norm. Ale akurat kontrastami społecznymi autor „Sagi" zajmował się w stosunkowo niewielkim stopniu (majaczyły gdzieś w tle, najpełniej pokazane dopiero w trzech kolejnych tomach, nazwanych „Nowoczesną komedią"). Zajmowała go głównie Forsyte'owska „duchowość".
Najboleśniej przyszło się zmierzyć z Galsworthym na gruncie owej duchowości właśnie. „Saga" to naturalnie dzieje zderzenia, które jest w gruncie rzeczy tematem lwiej części ówczesnej literatury: między nosicielami niewzruszonych norm i konwenansów a ludźmi luźnymi, którzy usiłują je naruszać i omijać. Oto jak Galsworthy przeciwstawia swoim mieszczanom Filipa Bosinneya, młodego architekta, który ma wejść do ich rodziny, a jest jednym z tak lubianych przez ówczesną i nie tylko ówczesną literaturę „artystów": „Zdaniem Forsyte'ów Bosinney to człowiek pozbawiony własnego otocza – wydawał im się jedną z owych rzadkich istot ludzkich, co przechodzą przez życie pośród warunków, majątków, znajomych i żon, należących do kogoś innego".

Miłość człowieka prozaicznego

Naturalnie polem konfrontacji musiała się stać miłość. Polscy i niepolscy widzowie gromadzili się tak tłumnie przed telewizorami, aby śledzić nie tylko historię rodzinnych pogwarek, ale także historię miłosną. Katalizatorem jest tu postać Ireny, nieszczęśliwej, bo źle dobranej żony prawnika Soamesa Forsyte'a, który upomina się o swoje prawa małżeńskie. Uwikłana w nieszczęśliwy romans z architektem Bosinneyem, potem przez lata uciekająca przed mężem, a wreszcie chroniąca się w kolejne małżeństwo z innym Forsyte'em – młodszym Jolyonem, refleksyjnym i antymieszczańskim, była symbolem piękna przeciwstawionego prozaiczności.
To budziło mój największy bunt. Soames z góry potępiony jako prozaiczny mieszczanin jawił mi się jako człowiek głęboko ludzki i wart obrony: przed pisarzami, bo to oni skazywali z reguły takie postaci na przegrane pozycje, jakby mszcząc się za ich dominację w życiu społecznym. Antyforsyte'owskie przemowy Galsworthy'ego i niektórych jego bohaterów wydawały mi się nieprzekonujące wobec nieszczęścia męża, który dopomina się tylko tego, co mu się, jak mniema, należy.
Naturalnie autor wyposażył piękną Irenę w komplet stosownych argumentów: córka zmarłego ubogiego profesora nie bardzo miała inny wybór jak małżeństwo z majętnym, starszym od siebie jegomościem. Ale im bardziej jej bronił, tym bardziej chciało się podważyć jego wyroki.
Po latach okazało się, że te wątpliwości nie były tylko moimi. Leon Schalit, autor monografii Galsworthy'ego, i Laurie Langbauer, autorka monografii angielskiej literatury, opisują spory autora „Sagi" z krytykami i czytelnikami z jego czasów, którzy pytali o racje zdradzonego, a potem porzuconego męża, choćby był on najbardziej konwencjonalny w swoich reakcjach i przemyśleniach.
Sam pisarz uznał za stosowne się do tego odnieść w przedmowie do kompletnego wydania cyklu: „Zauważono, że czytelnicy, brnąc przez słone wody »Sagi«, stają się coraz bardziej skłonni litować się nad Soamesem, przy czym czyniąc tak, wyobrażają sobie, że buntują się przeciw wrażeniu, jakie chciał wywołać autor. Nic podobnego! On również lituje się nad Soamesem, którego tragedia życiowa jest najzwyklejszą, niezależną od jego woli tragedią człowieka niezdolnego wzbudzić miłość, zarazem jednak nie dość gruboskórnego, aby miał nie zdawać sobie dokładnie sprawy z tego faktu. (...) Litując się jednak nad Soamesem czytelnicy są może skłonni ustosunkowywać się wrogo do Ireny. Uważają, że Soames nie jest ostatecznie złym człowiekiem, że niczemu nie zawinił, że Irena powinna mu wybaczyć i tak dalej. Zajmując takie stanowisko, tracą z oczu prostą, leżącą u podstawy całej powieści prawdę, że tam, gdzie jedno z partnerów jest najzupełniej pozbawione siły przyciągania płciowego, żadna litość, żaden głos rozsądku, żadne poczucie obowiązku nie zdoła przezwyciężyć wstrętu płynącego z samej natury".
Czy ta interpretacja autora jest jedyną możliwą? Niekoniecznie – moja mama, zaczytująca się „Sagą" z perspektywy szarego życia w całkiem innych czasach, akcentowała jednak wyższość obowiązku ponad porywami serca. Kierując się zresztą przede wszystkim nakazami religii, która co paradoksalne ani dla mieszczańskich Forsyte'ów, ani dla zbuntowanej Ireny nie miała większego znaczenia. „Saga" to dobre świadectwo tezy Paula Johnsona, że Anglicy być może nigdy nie byli narodem do końca chrześcijańskim. Tamtejszy mieszczański „konserwatyzm" odwoływał się wyłącznie do całkiem świeckiego ładu, zwłaszcza do tkwiących w nich wyjątkowo silnie poczucia i prawa własności.

Kto nie lubi Ireny?

Ale też sam Galsworthy ukręcił po części literacki bat na swoje tezy. Leon Schalit zauważył, że zarówno Irena, jak i Bosinney (choć ich romans to podobno parafraza romansu samego autora z żoną krewnego) są pokazani wyłącznie z perspektywy Forsyte'ów. Ich zrazu skrywane, a potem coraz mocniej wychodzące na wierzch namiętności obserwujemy oczami członków rodu. Do końca powieści nie poznamy myśli Ireny. Będzie ona nieco bladym na twarzy, ale pięknym przedmiotem, a nie podmiotem zdarzeń, emocji i opinii.
Ten zabieg ma klarowny cel. Forsyte'owie usiłują momentami zgłębić naturę miłości, ale tego nie potrafią. I dotyczy to w tym samym stopniu nigdy tak naprawdę nieżyjących prawdziwym życiem ciotek z domu przy Bayswater Road, gdzie buzują rodzinne plotki, jak i najbliższego z biegiem czasu bolesnej samoświadomości Soamesa. Czym mniej rozumieją Irenę, tym wyraźniej widoczna jest ich własna bezradność. Dotyczy to w jakiejś mierze nawet jej nowego męża, młodszego Jolyona, który uczynił z Ireny symbol piękna.
Tyle że właśnie dlatego Irena pozostaje papierowa niczym Helena Kurcewiczówna z „Ogniem i mieczem". Symbole rzadko budzą autentyczną sympatię. Jeśli Galsworthy świadomie dążył do dodatkowego uczłowieczenia „mieszczuchów", prawem kontrastu, nie mógł znaleźć lepszej metody.
Na dokładkę wystawił czytelników jeszcze na dodatkowe próby. W trzecim tomie, którego akcja toczy się w roku 1920, wiele lat po wybuchu rodzinnego dramatu, spiętrza się on w dodatkowej komplikacji. Dwójka 19-letnich kuzynów: Fleur, córka Soamesa z drugiego małżeństwa, i Jon, syn Ireny i Jolyona, poznają się i przeżywają płomienną miłość. Soames, „posiadacz" zakochany do szaleństwa w córce, gotów jest zgodzić się na to małżeństwo. Irena, pogrążona w bolesnej urazie do byłego męża, który kiedyś wymusił na niej małżeńskie powinności w najbardziej dosłowny sposób, wymusza za to na synu rezygnację z miłości czymś w rodzaju moralnego szantażu.
To jeszcze ożywiło kontrowersje, niektórzy krytycy uznali Irenę za prawdziwą Forsytkę roszczącą sobie prawo do kierowania uczuciami własnego dziecka. Jednak i w tej sprawie autor jej bronił – dowodząc w komentarzach do książki, że zostawiła synowi wybór, i żądając, abyśmy współczuli z jej kobiecą wrażliwością. Ale i w tym przypadku zadania nam nie ułatwił. A spory wokół ocen „symbolu piękna" trwają do dzisiaj.
W całkiem współczesnym blogu całkiem współcześni Anglicy nazywają ją dziwką, bo przecież już na samym początku, w pierwszym tomie, skrzywdziła swoją kuzynkę June Forsyte, odbierając jej narzeczonego Philipa Bosinneya. I w tej sprawie pisarz starał się jej pomóc, już choćby samą konstrukcją akcji – to przywilej autora. Antymieszczańska June z czasem wybaczyła jej przecież z podejrzaną łatwością, w imię solidarności przeciw męskiemu „posiadaczowi" – Soamesowi.

Zdrada Galsworthy'ego

Czy Galsworthy osiągnął jednak swój cel? Można wątpić. Zwłaszcza że równocześnie rzeczywiście łagodniał – nie tylko wobec samego Soamesa. Także wobec Forsyte'ów jako zbiorowości.
Naraziło to autora „antymieszczańskiej satyry" na krytyki z całkiem innej strony, niż można by się spodziewać, czytając antyforsyte'owskie manifesty, zwłaszcza z pierwszego tomu. David Herbert Lawrence, powieściowy skandalista, autor „Kochanka Lady Chatterley", uznał, że tylko ten pierwszy tom epatujący tłumionymi emocjami Ireny i Bosinneya miał jakąś wartość. Następne miały być już tylko komercją, zbyt delikatną i cofającą się przed potępieniem mieszczańskich reguł. Pisarka Virginia Woolf porównała z kolei Galsworthy'ego do młodszego Jolyona, koncesjonowanego buntownika sprzedającego swoje akwarele burżuazyjnej publiczności. „Galsworthy pogodził się z Forsyte'ami" – brzmiał bezlitosny werdykt.
Tę prawidłowość najlepiej zauważyć w finale. W trzytomowej „Nowoczesnej komedii", dalszym ciągu „Sagi", Galsworthy wyszedł poza forsyte'owskie opłotki. W tej panoramie Anglii lat 20. poznajemy arystokrację, sfery artystyczne, zaglądamy w różne zakamarki rzeczywistości, w akcję w większym stopniu wdziera się polityka, konflikty socjalne, wielki strajk 1926 roku. Ale właśnie na tym tle stary już Soames Forsyte nabiera rozmiarów giganta.
Na tle rzeczywistości rozedrganej, uwikłanej w sprzeczności i zagrożonej moralną pustką, pozostał taki, jaki był: owszem, prozaiczny, owszem, niezbyt wrażliwy społecznie, ale też po kupiecku uczciwy (wreszcie poznajemy go także jako człowieka biznesu) i zadziwiająco stały. Może jeszcze bardziej ludzki na tle żywych manekinów, nawet jeśli znalazł sympatyczny kontrapunkt w postaci swojego zięcia, inteligentnego baroneta i intelektualisty Michała Monta.
Tę częściową zmianę optyki Galsworthy'ego podkreślała jeszcze jedna, skromniutka część, wznowiona teraz również przez Videograf II. „Na giełdzie Forsyte'ów" to drobniutkie nowelki pokazujące różnych członków rozgałęzionego rodu między rokiem 1821 i 1920. Nowelki osnute na wspomnieniach i pamiątkach nagromadzonych w domu ciotek na Bayswater Road. W nich pisarz nikogo już nie rozlicza, nie czyni symbolem groźnego forsytyzmu. Pokazuje ograniczenia, ale i sympatyczne odruchy najbardziej śmiesznych i nierokujących nadziei na poprawę stryjów, ciotek i kuzynów. To swoista rehabilitacja Forsyte'ów, choć przecież pisarz swojej krytyki i swego sceptycyzmu bynajmniej nie odwołał.

Prawdziwi Anglicy

Być może tym łatwiejsze było to częściowe pojednanie, że najmocniej zgrzytając zębami z powodu uprzedzeń i małości zakochanego w swoich „otoczach" rodu, Galsworthy ani na chwilę nie zapomniał o jeszcze jednym wymiarze tej historii. Forsyte'owie nie są tylko mieszczanami. Są Anglikami.
We wszystkich tomach natykamy się na kolejne przypadki nakładania sobie przez nich wędzideł. Panowania nad uczuciami. Unikania emocji. Nie tylko w sprawach kluczowych, takich jak sercowe wybory, ale i w drobiazgach. Poprzez ich rozkosznie zdawkowe rozmowy, zadziwiające przejawy małomówności, cierpkie niedopowiedziane pointy, także krótkie wybuchy zaraz tłumionych emocji politycznych, Galsworthy funduje nam traktat o kwintesencji angielskości. Soames Forsyte dlatego staje się z wiekiem nieomal pociągający, że wyrasta na arcybrytola, tyleż drażniącego, co rozbrajającego nas swoją niezależnością i siłą woli.
Naturalnie, to świat obcy dla nas, Polaków. Prawie przeraża nas dziwna zdawkowość i sztywność kontaktów między nawet bliskimi sobie ludźmi. Jednak nie tak wyglądało życie rodzinne u nas – nawet i w gronie zamożnego mieszczaństwa. O ileż więcej było w nim spontaniczności, serdeczności. A może o ileż bardziej para szła w nim w gwizdek? Tyle że z tym większą fascynacją przyglądamy się relacjom Galsworthy'ego. Krzywdy Ireny, bunty młodego Jolyona bledną w obliczu tej może bardziej zasadniczej tajemnicy, w którą dane jest nam za jego sprawą wniknąć.
W teorii to tylko tajemnica brytyjskiej klasy średniej. Majaczący gdzieś w tle czasem groźny tłum jest trochę inny. Ale czy tak całkiem? Rezonujący służący czy napotykani z rzadka ludzie biedni pokazują, że nie całkiem. W jednym z opowiadanek „z giełdy" Eustachy Forsyte, będący w zasadniczych tomach postacią epizodyczną, trafia przypadkowo, na skutek zamętu wywołanego pierwszą wojną światową, do mieszkania zwykłych londyńczyków. To spotkanie dziwadeł dwóch różnych typów, ale czy całkiem od siebie odmiennych? Galsworthy jednak kocha te dziwadła. I to stanowi o sile jego literatury.
Oczywiście, pod warunkiem że się go dobrze rozumie. Po słynnym serialu BBC z dawnych czasów Anglicy (konkretnie telewizja Grenada) poważyli się w roku 2002 jeszcze raz nakręcić wieloodcinkowy serial na podstawie powieści. Dzięki TVN Style obejrzałem kilka odcinków i byłem zaskoczony. Zadziwiająco delikatny, wręcz aluzyjny sposób opowiadania Galsworthy'ego został zastąpiony wrzaskliwymi emocjami, krzykiem typowym dla współczesnej popkultury. Ten Jon miotający w twarz Soamesowi inwektywami na temat gwałtu na jego matce. Ta Fleur tłukąca siwowłosego ojca torbą po głowie, gdy jej uczucia doznały zawodu... Możliwe, że tak by te zdarzenia wyglądały dzisiaj, więc bliskie są wrażliwości współczesnych widzów. Ale oglądając to, nie zrozumiemy niczego – z tamtych czasów, tamtych wydarzeń i z tamtego narodu.
John Galsworthy wykreował postaci żyjące własnym życiem, sprzecznym po części z jego intencjami. Ale był bardzo precyzyjny, gdy chciał nam coś powiedzieć o ówczesnych Anglikach. Dlatego lepiej oglądać stary serial, a jeszcze lepiej znaleźć w księgarni piękne brązowe tomy. Mało który współczesny pisarz umie mówić tak cierpko i równocześnie tak ciepło o swoim narodzie. Sprzeczność? Tylko dla umysłów przyzwyczajonych do topornej publicystyki zamiast literatury.
Styczeń 2012
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA