fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Warszawa

Garrick Ohlsson: Lubię do was wracać

Rzeczpospolita
Amerykański pianista, zwycięzca Konkursu Chopinowskiego z 1970 roku, dziś i jutro zagra koncert Brahmsa w Filharmonii Narodowej
RZ: Jest pan konserwatystą?
Garrick Ohlsson: W sprawach politycznych nie wiem, proszę więc mnie nie pytać, kto powinien wygrać wybory w USA. Ale w muzyce nie mam konserwatywnych gustów. Gram dużo utworów współczesnych, niestety, amerykańskich, nie polskich kompozytorów, dlatego warszawska publiczność nie zna mnie od tej strony.
Ale lubi pan wracać do znanych miejsc.
Bardzo. Jestem szczęśliwy, kiedy gram w Warszawie. Wprawdzie od mojego sukcesu na Konkursie Chopinowskim minęło tyle lat, ale miejsce z nim związane ma dla mnie wciąż niemal mistyczne znaczenie. A z każdym przyjazdem do Polski czuję się coraz bardziej związany z waszym krajem. Mogę powiedzieć, że stałem się świadkiem historycznych przemian, jakie tu zaszły.
Trudniej jednak gra się przed publicznością, która słyszała pana wielokrotnie. Ona oczekuje, że pan ją czymś zaskoczy.
Najgorzej, gdy widzowie przychodzą zobaczyć, czy artysta jeszcze żyje, bo jego interpretacje znają na pamięć. Mam nadzieję, że mnie to nie dotyczy. Publiczność warszawska jest wymagająca, ale i życzliwie oczekująca. Nie mam więc szczególnej tremy, ta sytuacja mnie mobilizuje.
Pana interpretacje zmieniły się w ciągu tych lat?
Bez wątpienia, ale nie staram się za wszelką cenę grać tych samych utworów inaczej. Jestem dojrzałym człowiekiem, co ma wpływ na moją muzykę. To jednak, co robimy, różni się od pracy malarza, gdyż nasze dzieło nigdy nie jest skończone, a każde kolejne wykonanie – inne. Ale też nasze geny sprawiają, że całkowicie nie możemy się zmienić. Niedawno dostałem z Czech nagranie swego recitalu z początku lat 70. Byłem mile zaskoczony, wiedziałem, że to gram ja, choć o prawie ćwierć wieku młodszy.
Kiedyś stwierdził pan, że Brahms to jeden z pana ulubionych kompozytorów. Dziś powiedziałby pan to samo?
Brahmsa niezmiennie darzę uznaniem. W muzyce potrafił pokazać swój wewnętrzny świat pełen psychologicznych napięć. Kocham go także dlatego, że jego II koncert, który zagram w Warszawie, usłyszałem w wieku dziewięciu lat w wykonaniu Artura Rubinsteina. Tamten występ pamiętam do dziś.
Czy to dzięki Arturowi Rubinsteinowi został pan pianistą?
W pewnym sensie tak. Wtedy w krótkim czasie słuchałem go dwukrotnie: w koncercie Brahmsa i w recitalu chopinowskim w Carnegie Hall. Kiedy zagrał początek ballady g-moll, wydawało mi się, że usłyszałem najpiękniejszą melodię świata. Przez cały recital miałem gęsią skórkę. Zrozumiałem, co to znaczy być wielkim artystą i jak wspaniała może być muzyka. Jedna decyzja rzadko przesądza o naszym życiu, ale wtedy zamarzyłem sobie, by zostać pianistą.
A dziś podobno nie lubi pan słuchać innych.
Kiedy idę na koncert, wybieram tych, których gra sprawi mi przyjemność. Jeśli mogę posłuchać Maurizia Polliniego, Krystiana Zimermana czy Radu Lupu, nie przegapię okazji. Natomiast prywatnie wolę muzykę kameralną, symfoniczną czy operę.
Jest więc szansa, że znów wystąpi pan w Warszawie z Ewą Podleś?
Mam nadzieję. Dwa tygodnie temu daliśmy recital w Londynie, czekają nas występy w Ameryce. Ewa jest wyjątkowa. Najbardziej cenię w niej bezbłędne wyczucie stylu, co pozwala jej poruszać się po tak różnych światach Rossiniego, Mahlera czy Musorgskiego. Znam może sto polskich słów, ale kiedy towarzyszę Ewie w pieśniach Chopina, doskonale rozumiem, o czym śpiewa.
A jakich dyrygentów pan lubi?
Dobrych. Najprzyjemniej pracuje się z tymi, którzy są również pianistami.
W Warszawie spotka się pan z bardzo młodym dyrygentem Krzysztofem Urbańskim.
Sławni soliści często występują wyłącznie z dyrygentami, których znają. Ale może przez to omija ich szansa poznania kogoś nowego i fascynującego. Tak jak w życiu.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA