Styl życia

Żyd o imieniu Żyd

Agencja Gazeta, Sebastian Adamus Sebastian Adamus
Żyd z pieniążkiem jest patronem finansowego powodzenia. „Żyd w sieni, pieniądz w kieszeni” – głosi hasło. Kiedy go widzę w domach, sklepach, w galeriach z artystycznymi przedmiotami – czuję się źle
Tekst z tygodnika "Przekrój"
Połączenie Żyda i pieniędzy zagościło na dobre w wyobraźni chrześcijańskiej, gdy – jak powiada Ewangelia – Judasz wydał Jezusa za 30 srebrników. Od tamtego czasu Judasz stał się synonimem Żyda, a reszta apostołów i Jezus jakoś przestała być Żydami. Z czasem mityczny Żyd, fantazmat na temat Żyda „w ogóle", szczelnie zasłonił rzeczywistość, jaką byli realni Żydzi. Gdyby nie religijny początek tego fantazmatu, gdyby nie dobrych kilka wieków pracy Kościoła nad wiernymi, gdyby nie impet wiary, który go niósł, Żydzi nie dorobiliby się tak demonicznego wizerunku. Nie byli ani na tyle ważni, ani na tyle liczni. Jest to jednak pewne osiągnięcie, być zbiorowym i wiecznym zabójcą Boga tych, między którymi się żyje (gdyby nie powodzenie filmu „Pasja" Mela Gibsona w Polsce, darowałabym sobie uwagę, że jeśliby jednak Żydzi mieli zabić Jezusa-Joszuę, toby go ukamienowali, do czego mieli prawo w wypadku poważnych herezji religijnych. Krzyżowanie było karą jedynie rzymską). Fakt, że to sami Żydzi ogłosili boskość Jezusa, też jakoś udało się zwalczyć.

Handel lub lichwa

To, czym Żydzi się zajmowali w krajach chrześcijańskich, było dokładnie określone, i to nie przez nich. Chrześcijaństwo ustalało swoją tożsamość w gniewnej opozycji do judaizmu, lecz gniew i opozycja to nic wobec realnej władzy, jaką miało ono nad Żydami. Z czasem zepchnięto Żydów do kilku rodzajów zajęć, oddzielono ich od chrześcijańskich sąsiadów, napiętnowano żółtą łatą na ubraniach, przypisano im sojusz z diabłem, mord rytualny, bezczeszczenie hostii etc. Po pierwszej wyprawie krzyżowej, w XI w., której Żydzi byli pierwszymi ofiarami, kiedy upadł żydowski handel ze Wschodem, kiedy nie mieli już prawa do uprawiania rzemiosła ani rolnictwa, przez pewien czas jedynymi dozwolonymi zajęciami był handel starymi szmatami lub lichwa. I w handlu, i w lichwie zawsze mieli chrześcijańską konkurencję, czasami ze strony kleru, choć antysemicki mit widzi to inaczej (w XVII w., po wojnach z Chmielnickim i po potopie, polscy Żydzi nie bywali już bankierami, tę rolę przejęły często zakony i kościoły, które miały nienaruszony majątek w postaci ziemi, a zniszczone wojnami i nędzą gminy żydowskie były u nich zadłużone do końca I RP).
W średniowieczu patent na pożyczanie pieniędzy na procent Żydzi wykupywali u papieży. Nie za grosze, jak się domyślam. I władza popierała to zajęcie, ponieważ z Żyda bankiera największe zyski ciągnęli królowie i książęta. Wszystkie wypędzenia Żydów w średniowieczu z terenów zachodniej i południowej Europy były prostym sposobem na niespłacanie im długów. Izabela Katolicka, królowa Hiszpanii, w 1492 r. wyparła z Andaluzji Maurów, prowadząc wojnę w znacznym stopniu za pieniądze pożyczone od żydowskich bankierów, w tym samym roku wygnała Żydów z Hiszpanii, rozwiązując problem długu. Oficjalnym powodem był mord rytualny, czyli zaginione dziecko.

Okup za życie

Żydów z pieniędzmi łączyły rzeczywiście szczególne stosunki. Otóż Żydzi musieli mieć pieniądze, żeby przeżyć w świecie chrześcijan. Okupywali się przed wypędzeniami, przed pogromami, przed szantażami. Zdarzało się, że w żydowskim domu pojawiał się ktoś, kto mówił, ile trzeba zapłacić, żeby nazajutrz nie podrzucono w okolicy zwłok chrześcijańskiego dziecka. „Stopniowo każde działanie i każdy akt życia codziennego Żyda podlega obowiązkowej opłacie: musi on zapłacić za to, że przyjeżdża i odjeżdża, za to, że kupuje lub sprzedaje, musi płacić za to, żeby mieć prawo modlić się wspólnie z innymi, płaci za ślub, płaci za nowo narodzone dziecko, płaci nawet za śmierć, kiedy trzeba pochować zmarłego. Bez pieniędzy żydowska wspólnota jest nieodwołalnie skazana na niebyt" (Leon Poliakov, „Historia antysemityzmu"). Zgromadzone pieniądze szybko więc odpływały, gdyż – jak zauważył w XIII w. angielski prawnik Henry de Bracton – „Żyd nie może niczego posiadać na własność, wszystko, co zdobędzie, staje się własnością króla, nie jego, a zatem to dla innych zdobywają dobra, nie dla samych siebie". Żyd był przypisany do pieniędzy, nieważne, czy je miał, czy ich nie miał, czy handlował towarami luksusowymi, czy starymi szmatami, czy trudnił się krawiectwem, szewstwem, czy muzyką. Nieważne, że żydowski handel nie był nastawiony na wysoki zysk – najczęściej chodziło o mierny nawet, ale długotrwały zarobek – i tak mówiono, że żydowskie ceny są zdziercze, a handel oszukańczy. Mocą definicji, mocą mitu Judasza, potem mocą oburzenia, że parias pcha się tam, gdzie przedtem nie bywał, i w ten sposób zaburza odwieczne hierarchie oraz nasze dobre samopoczucie. Toteż dbano o nie. W II RP, kiedy Żydzi byli formalnie (nawet to słowo brzmi fałszywie) równoprawnymi obywatelami, życie ekonomiczne kraju rozpadało się na życie żydowskie i polskie/chrześcijańskie, które były traktowane jako konkurencyjne i antagonistycznie, choć jako żywo jeden to był kraj i jeden problem. Bracton miał widać rację, Żyd nie mógł realnie niczego posiadać na własność, gdyż jego natura Judasza sprawiła, że wszystko, co posiadał, było w jakiś sposób nie jego, bo zdobyte wyzyskiem, złym sprytem, wyłudzone, zdarte, zabrane „prawowitym właścicielom". A jednocześnie Żydzi są kojarzeni z kapitalizmem, czasem się nawet uważa – niesłusznie – że są jego twórcami. W Polsce Żyd z pieniążkiem pojawił się jakoś po transformacji 1989 r. Abraham Foxman, przewodniczący Antidefamation League (Liga przeciw Zniesławieniu, znana organizacja żydowska założona w 1913 r. przeciwko szerzeniu antysemickich oszczerstw), w książce „Jews and Money" pisze, że kiedy był w Polsce, zdumiała go ogromna liczba wizerunków Żyda z pieniądzem, wysoce niestosownych, jak to ujmuje. Zwrócił się do jakichś polskich oficjeli, ale ci nie potrafili pojąć, co go tak bulwersuje.

Jak powisi, to skruszeje

W Polsce najczęściej antysemityzm nie jest rozpoznawany jako antysemityzm, czyli jako własny, wrogi wobec pewnej grupy mit czy zestaw stereotypów. Jednocześnie treści tego mitu są ogromnie popularne i nadal bierze się je za fakty. I tak trwa powielanie mitów oraz stereotypów, aż do poczucia oczywistości, czyli w sumie do braku refleksji, do otępienia. Jedyną skuteczną odpowiedzią na to byłaby edukacja, ale jej nie ma. Za to powielanie stereotypu zachodzi w wielu miejscach, głównie w Kościele. Jedynie z tych powodów wizerunek Żyda z pieniążkiem może w Polsce uchodzić za neutralny. Ale naprawdę jest on wpisany w długi szereg antysemickich wizerunków: jest w nich Żyd kuzyn świni (Judensau), Żyd diabeł, Żyd czarownik, Żydzi wytaczający krew z dziecka, Żyd gruby kapitalista z cygarem, Żyd chudy bolszewik z nożem, Żyd Trocki na górach trupich czaszek, żydokomuna, szczury, robactwo; a wszystkie one materializowały się na fotografiach stosów nagich szkieletów z obozów. W czasie okupacji statystycznie też większą szansę na przeżycie mieli ci, którzy posiadali pieniążek. Żyd z pieniążkiem nie całkiem jest człowiekiem. Jest jakby małżem, który wyrósł wokół pieniądza. Twarz ma skupioną na liczeniu, na swojej, już on wie jakiej, buchalterii. Imię jego Żyd, Żyd jako taki, Żyd powszechny. Bywają takie figurki z modeliny, na lodówkę, które mają w ręku pieniążek, a na głowie szal modlitewny. Albo to kpina z judaizmu, gdzie te dwie sfery nie mają prawa się spotkać, albo nawiązanie do czczenia złotego cielca, a w obu wypadkach obraza religii, za którą nie ma się kto ująć. Kiedy nasz Żyd domowy nie sprawdza się jako patron pieniądza, trzeba go powiesić głową w dół. Trochę przemocy (symbolicznej) wobec Żyda nie zaszkodzi. Jak powisi, to skruszeje i (od)da nam, co się należy. Są w tym wizerunku i w tym, co należy z nim robić, wszystkie podstawowe elementy antysemityzmu: człowiek, który nie jest zindywidualizowany, jego bezduszna istota, czyli pieniądz, i przemoc, której wolno wobec niego (jego wizerunku) użyć. A tyle już oddał, ten Żyd. Domy po nim zostały i mieszkania, sklepy i sprzęty, często dziadowskie co prawda, świadczące o dziwnym braku pieniążka. Może wtedy Niemcy wieszali ich głową w dół i nastawiali kieszenie, no ale nie sami. „Część getta była już po troszeczku zamieszkiwana przez Polaków. Kobiety polskie najspokojniej na świecie robiły już porządki w mieszkaniach, gdzie leżały jeszcze gorące trupy, obierały kartofle przed mieszkaniami, a Żydzi to wszystko widzieli. Ich współobywatele Polacy zakładali nowe, beztroskie życie, zajmowali ich mieszkania, dziedziczyli ich majątek" – pisał Calek Perechodnik, właściciel otwockiego kina, we wspomnieniach z tamtejszego getta zatytułowanych „Spowiedź". Takie było pożegnanie z patronami polskiego powodzenia fiskalnego – upokorzonymi, obdartymi ze wszystkiego. I nie tylko przez hitlerowców, ale bardzo często – jak pisze ironicznie Perechodnik – przez „współobywateli". Upokorzeni, wyrzuceni poza wspólnotę ludzką, zaszczuci, gazowani, rozstrzeliwani, pochowani „w powietrzu/tam nie leży się ciasno" (Paul Celan, „Fuga śmierci"). Tak odchodzili ci władcy polskich sieni i kieszeni. Skoro cały ten kontekst nie ma znaczenia, to może zaproponuję nowy produkt – są takie zdjęcia dzieci żydowskich z getta warszawskiego. Siedzą sobie w łachmanach na chodniku albo już leżą, bo umierają z głodu. Takie dziecko z grosikiem w łapce, olejne albo z modeliny. Niech i one coś dostaną. Bożena Umińska-Keff jest pisarką, publicystką i tłumaczką, pracuje jako  badaczka literatury w Żydowskim Instytucie Historycznym, nominowana do nagrody Nike za „Postać z cieniem oraz „Utwór o matce i ojczyźnie". Tekst z tygodnika "Przekrój"
Źródło: Przekrój

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL