fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Euro spoko, czyli jak straciliśmy korzenie

Jarosław Giziński
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Dlaczego w kraju, w którym 90 proc. społeczeństwa ma chłopskie korzenie, ludowość jest czymś wstydliwym? – zastanawia się publicysta "Rzeczpospolitej"
„Obciach!", „wsiowa kompromitacja", „jaki kraj, taka Shakira" – to tylko kilka łagodniejszych przykładów świętego oburzenia, jakie niedawno zalało polski Internet. Kilka godzin po ogłoszeniu wyników głosowania, które z piosenki „Koko Euro spoko" uczyniło polski hymn piłkarskich mistrzostw Europy, kraj nad Wisłą zawrzał.

Utwór wyśpiewany z godną podziwu energią przez osiem dzielnych pań z zespołu Jarzębina rzeczywiście nie poraża głębią literackiego przekazu ani wyrafinowaniem linii melodycznej, jednak trudno mu odmówić wartości. Piosenka jest prosta, wpadająca w ucho, pełna radości dobrze korespondującej z atmosferą plebejskiego święta, jakim w istocie jest impreza futbolowa. Na dodatek jednoznacznie kojarzy się z polskim folklorem. W porównaniu ze zmanierowanymi produkcjami utytułowanych przedstawicieli polskiej sceny pop wiejski zespół z Lubelszczyzny zabrzmiał nadspodziewanie dynamicznie i świeżo.

Wsiowe zacofanie

Skąd więc utyskiwanie i inwektywy bywalców Facebooka? „Hymn Euro z odgłosami drobiu w wykonaniu wesołych wieśniaczek" – jak napisała jedna z moich znajomych, dziennikarka kobiecego trendy miesięcznika, naznaczony jest grzechem (w rozumieniu zarówno pani redaktor, jak i jej tęskniącego za światowym blichtrem „targetu") pierworodnym: ludowością. W domyśle – wsiową zaściankowością, prymitywizmem, zacofaniem. „Polska miała być postrzegana przez mieszkańców Zachodniej Europy jako kraj nowoczesny, pełny pozytywnych emocji, z młodymi, uśmiechniętymi ludźmi i co? [...] Nie uda nam się zmienić wizerunku dzięki tej piosence. Wciąż będziemy utożsamiani z krajem starszych ludzi, furmanek z chłopem, który wraca z pola, i pewnie wódką oraz kiełbasą (bo co tu u nas na Wschodzie przy takiej muzyce innego robić można)" – rozwija myśl dziennikarki inny internauta, młody specjalista od marketingu zajmujący się podobno wizerunkowym doradztwem dla samorządów lokalnych (!).
Prawie każdy Węgier zna słowa kilkudziesięciu piosenek ludowychCzyżbyśmy od naturalnych korzeni ludowej tradycji oderwali się aż tak bardzo, że własny folklor gotowi jesteśmy uznać za coś wstydliwie zapyziałego? Wiele wskazuje na to, że niestety tak jest.

Damy w kaftanach

Razi to zwłaszcza w porównaniu z bliższymi i dalszymi sąsiadami w naszej (choć nie tylko) części Europy. Grecy za „muzykę" jako taką gotowi są uznać przede wszystkim rebetikę, nieco „miastową" formę tamtejszego folkloru. W państwach bałkańskich nawet lokalna odmiana disco polo jest tak pełna motywów ludowych, że przyjęto ją nazywać turbo-folkiem (co ciekawe, to właśnie ta muzyka pozostała jedynym wspólnym elementem zdolnym do pokonania zapiekłej wrogości Serbów i Chorwatów).
W każdej węgierskiej knajpie wystarczy zaintonować pierwsze słowa jakiejkolwiek piosenki ludowej, by rozochocony tłumek podjął melodię (nam może się to wydać  nieprawdopodobne, ale prawie każdy Węgier zna słowa kilkudziesięciu piosenek ludowych!). Nie inaczej jest w Czechach czy na Litwie.
Jeśli komuś wydawałoby się, że ludowość to specyfika „wschodniego zacofania", to jest w błędzie. Muzyka folkowa od lat 60. skutecznie podbiła Zachód. W Stanach Zjednoczonych wykonawcy country (a więc tamtejszego folku) sprzedają miliony płyt. W brytyjskiej ojczyźnie rocka muzyka ludowa cieszy się popularnością od półwiecza, festiwale folkowe ściągają setki tysięcy ludzi, a zespoły takie jak choćby Fairport Convention zyskały status prawdziwych gwiazd. Dla Galicyjczyków, Szkotów czy Bretończyków folklor jest wręcz ostoją świadomości narodowej. To dzięki bardowi Alanowi Stivellowi młodzi Europejczycy dowiedzieli się, że język bretoński jest wciąż żywy. Zresztą nie tylko o muzykę chodzi. Dystyngowane skandynawskie damy na oficjalne uroczystości zakładają haftowane ludowe koszule i kaftany, przyozdabiając je prostą biżuterią przywołującą na myśl motywy z epoki wikingów.
W Polsce pojawienie się np. posłanki w stroju łowickim musiałoby wywołać wesołość lub kąśliwe docinki. Na półce w domowej bibliotece każdej fińskiej rodziny stoi egzemplarz ludowego eposu "Kalevala", a skojarzenie ludowej kultury z wieśniackim prostactwem jest co najmniej niestosowne.

Coś ludowego – "Warszawianka"?

Zapytałem kilkoro młodych ludzi edukowanych w renomowanych warszawskich liceach, czy znają jakąkolwiek, choćby jedną polską piosenkę ludową. Odpowiedzią było zakłopotanie albo zdziwienie. Polską? Nie, nic takiego...
Jeden z zagadniętych chłopaków przypomniał sobie, że w podstawówce uczono go „Warszawianki". Na szczęście zreflektował się: to chyba jednak nie ludowe, co? A z czym kojarzy się ludowość? Odpowiedzi mętne, pełne zakłopotania. "No, byłem kiedyś w skansenie". "Górale czasem coś fajnie zagrają". Ale tak ogólnie to nie mój świat.
Nie pada słowo „zacofanie", ale chyba tylko przez grzeczność. Owej grzeczności zabrakło już twórcom pewnej reklamy, w której po kilku taktach smętnej ludowej pieśni pada komentarz: „nasze produkty nie zawodzą". Dla młodego, przebojowego copywritera ludowy śpiew to oczywiście jakieś obciachowe zawodzenie. Śmieszne?
Raczej smutne. Tylko skąd ów dzielny kosmopolita od reklamy miał zaczerpnąć wiedzę o własnych korzeniach? Kto miał mu wpoić szacunek dla ostatnich Mohikanów naszej najgłębszej, pierwotnej tradycji?
Edukacja szkolna mu w tym nie pomogła. W szkole – i to niezależnie od tego, czy w klasie wisiał już orzeł z koroną czy jeszcze bez – tradycja narodowa oznaczała szacunek dla powstań, martyrologii i romantyzmu (nawet jeśli paradoksalnie Mickiewicz i Chopin sami szukali źródeł kultury narodowej w tradycji ludowej). O folklorze wspomina się mało, wstydliwie i tylko na marginesie.
Całkowicie odmiennie jest choćby u Węgrów, gdzie całą edukację estetyczną dzieci rozpoczyna się od poznawania piosenek ludowych według metody opracowanej przez sławnego kompozytora Zoltána Kodálya. Nic dziwnego, że w Budapeszcie czerpiący z ludowej tradycji wykonawcy tacy jak Márta Sebestyén albo zespoły Muzsikás czy Orkiestra Csik zyskały renomę prawdziwych gwiazd porównywalnych z najpopularniejszymi kapelami rockowymi.
Przy nich nasze Zakopower, Kapela ze wsi Warszawa czy Orkiestra świętego Mikołaja to wykonawcy ciekawi i ambitni, ale pozostający w niszy dla specyficznej, zainteresowanej i na swój sposób wyrobionej publiczności. Jeszcze gorzej jest z autentycznym, żywym folklorem, który obumiera. Ze świecą trzeba już szukać autentycznych wykonawców co bardziej oryginalnych rodzajów muzyki ludowej, jak choćby wielkopolskich dudziarzy.

Polacy wolą szablę

W dawnej Polsce szlachta osiągnęła niespotykaną w innych krajach europejskich liczebność, ok. 10 proc. społeczeństwa. To jednak oznacza, że wciąż 90 proc. z nas to potomkowie chłopów.
Jaakko Iloniemi, fiński intelektualista i nestor dyplomacji, opowiadał, że trzyma w domu łykowe łapcie, w jakich jeszcze na początku XX wieku chodzili fińscy chłopi. To nie kolekcja etnograficzna, lecz przypomnienie, skąd wyszło jedno z najzamożniejszych i najlepiej edukowanych społeczeństw Europy.
Ambitny Polak szukający ozdoby na ścianę mieszkania sięgnie raczej po replikę szabli i portret szlachcica z wąsem w roli niby-przodka. Dlaczego zatem miałby pałać podziwem dla orkiestry włościańskiej albo wiejskiego chóru pań spod Biłgoraja? Nawet wiedząc o swych chłopskich korzeniach, nie potrafi wyzbyć się pewnego zażenowania. Nieraz zdarzało mi się dostrzec błysk zdziwienia w oczach rozmówcy, któremu z odrobiną dumy opowiadałem o swoim dziadku, prostym kowalu z podpoznańskiej wsi.
U źródeł tego stanu rzeczy stoją oczywiście przyczyny historyczne. W czasach gdy Johan Gottfied Herder definiował tożsamość narodową, wskazując na jedno z jej najważniejszych źródeł w folklorze, Polacy zajęci byli czymś innym. Zmagali się w walkach o byt państwowy, a za tożsamość narodową przyjęli szlacheckie wyobrażenie polskości odziedziczone z przedrozbiorowej Rzeczypospolitej. Ludowość nigdy nie była u nas w cenie, może poza krótkim epizodem młodopolskiej chłopomanii.
Po wojnie odwrót od chłopskości wręcz przyspieszył. Zdobycie edukacji, ucieczka z chłopskiej biedy i zacofania oznaczały awans tak jednoznaczny i szybki, że samo przypominanie świeżym „miastowym" o ich korzeniach z jakiejś Wólki albo innego Głuchowa budziło podejrzenie o złośliwość.
Jedna z biadolących nad sukcesem „wsiowego hymnu" Euro 2012 internautek napisała o „triumfie estetyki socjalizmu". „Co za osobowości musiały ją krzewić, że dziesięciolecia mijają, a ona wciąż żywa" – dodała ironicznie.
Nic bardziej mylnego. Pseudoludowość polskiego realnego socjalizmu miała tyle wspólnego z folklorem, ile „demokracja ludowa" z rzeczywistą demokracją. To prawda, że w PRL promowano „zespoły pieśni i tańca", jednak służyły one jedynie okazyjnemu ilustrowaniu związku władzy z ludem tudzież mitycznego sojuszu robotniczo-chłopskiego. Niestety operetkowe produkcje Mazowsza czy Śląska zdołały skutecznie utwierdzić miejską inteligencję w przekonaniu, że folklor to element państwowej propagandy. Czyli obciach, którego nie można brać poważnie.

Tęsknota za ludowością

Tak samo jak obciachem jest dla wykształconego Polaka choćby zahaczenie o nieliteracki dialekt. Mój ojciec, wyedukowany w latach 50. młody nauczyciel, dopiero wówczas poczuł się prawdziwym inteligentem, gdy po kilku latach intensywnej nauki ostatecznie wyzbył się gwarowych naleciałości.
Od półwiecza niewiele się w tej kwestii nie zmieniło. Złapanie jakiegoś posła ze Śląska albo Podhala na kilku lokalnych słówkach wciąż daje młodym dziennikarzom asumpt do prześmiewczych uwag. We Włoszech albo w Wielkiej Brytanii nawet utytułowani profesorowie z upodobaniem wrzucają od czasu do czasu frazy, które mają podkreślić ich pochodzenie z Sycylii albo ze Szkocji. Mało który Bawarczyk albo Szwajcar sili się na mówienie w języku literackim. I nikt z tego powodu nie wypomina mu słomy wychodzącej z butów.
Co ciekawe, tęsknota za autentyczną ludowością w niektórych krajach miała dość wyraźny związek z atmosferą antyestablishmentowej rebelii. W północnej Europie od lat 60. po folk sięgały zbuntowane dzieci kosmopolitycznej klasy średniej, na Węgrzech ruch „domów tańca" i poszukiwanie rdzennej, pozbawionej cygańskich naleciałości muzyki etnicznej miał posmak sprzeciwu wobec internacjonalistycznej ideologii gulaszowego komunizmu. W buntowniczej Polsce ostatnich dekad ubiegłego wieku niczego podobnego nie obserwowaliśmy. U nas przywiązanie do tradycji wiązało się raczej z przywiązaniem do katolicyzmu. Kościół oczywiście zawsze podkreślał znaczenie ludowej obrzędowości, ale zasadniczo nie zmieniło to odbierania folkloru. Wytęsknieni rozwoju i dobrobytu Polacy postrzegali go jako zjawisko zalatujące prowincją i czasem przeszłym.
W przeobrażającej się Polsce lat 90., gdy nasiliła się ucieczka z pozostających w tyle „małych ojczyzn", stało się to widoczne jeszcze wyraźniej. Lalkę w łowickim stroju, podlaskiego świątka albo kurpiowską wycinankę można podarować okazyjnie gościom z zagranicy. Ale postawić taką cepelię u siebie? Inna rzecz, że powszechność pseudoludowego kiczu nie ułatwia zadania nawet tym, którzy świadomości swoich korzeni do końca się nie wyzbyli.

Cudze chwalicie

Co ciekawe, młodzi, wykształceni Polacy odnaleźli swoją specyficzną drogę do etniczności, tyle że nie własnej. Obserwowana w ostatnich latach popularność tzw. muzyki świata musi zastanawiać na tle mizernego uznania dla rodzimego folkloru. Portugalskie fado, muzyka irlandzka, flamenco, jamajkańskie reggae czy amerykańskie country od lat cieszą się niesłabnącym powodzeniem. Ba, nie brakuje rodzimych wykonawców, którzy całą karierę poświęcili mniej lub bardziej udatnemu naśladowaniu muzyki ludowej innych narodów (jak choćby grający muzykę celtycką Carrantuohill albo Brathanki zapożyczający melodie węgierskie).
Pewien znajomy powiedział mi, że w porównaniu z „muzyką świata" polski folklor muzyczny jest zbyt chropowaty, zbyt przaśny. Skąd to wrażenie? Słuchając szkockich ballad w wykonaniu sławnej Karen Matheson, mało kto wie, jak chropowato brzmią oryginalne nagrania ze zbiorów folklorystycznych uniwersytetu w Edynburgu. Może zbyt mało mamy twórców potrafiących równie dobrze przełożyć archaiczną, prostą sztukę ludową na język współczesnego odbiorcy i przebić się z tym przekazem do masowego odbiorcy? A może w tej fascynacji cudzą oryginalnością jest po prostu tęsknota za egzotyką, za światem, który dziś stoi już przed Polakami otworem, przyprawiona odrobiną nieobcego nam snobizmu i naśladownictwa?

Polish folk

W całej burzy w szklance wody wokół utworu pań z Jarzębiny jest jednak coś pozytywnego. Jak trzeźwo zauważył jeden z internetowych komentatorów, „skoro nikomu się to nie podobało, to jak one wygrały w głosowaniu?". Mimo biadolenia internetowych malkontentów okazuje się, że kilkaset tysięcy ludzi wybrało to, co im się po prostu podobało, a spodobało się coś, co uznali za bliższe sobie.
Nagłego obudzenia w Polakach autentycznej fascynacji rodzimym folklorem to chyba nie zapowiada, bo nawet dla współczesnej wiejskiej młodzieży muzyką „ludową" – a więc autentycznie uznawaną za własną – jest już głównie disco polo. Dobrze jednak, że nieprawdą okazało się przemądrzałe stwierdzenie innego internauty, według którego „mazurkiem albo innym oberkiem to można już tylko ludzi odstraszyć".
Dzięki Bogu, że tak nie jest, bo na otwarciu Euro 2012 produkcja jakiejś naszej lokalnej kopii Shakiry łatwo mogłaby się okazać parodią podobną do pamiętnej interpretacji Mazurka Dąbrowskiego przez pewną znaną artystkę sceny pop. „Koko Euro spoko" ma przynajmniej szansę stać się sloganem ogródków piwnych okupowanych przez kibiców, a u gości zagranicznych wywołać skojarzenie z „Polish folk". Więcej nie żądajmy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA