fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Elżbieta Radziszewska i feministki - Filip Memches

Filip Memches
Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
Elżbieta Radziszewska, na tyle, na ile pozwolił zakres jej obowiązków, przez trzy i pół roku stawiała bierny opór rozmaitym aberracyjnym pomysłom – ocenia publicysta
Kiedy w marcu 2008 roku Elżbieta Radziszewska obejmowała stanowisko pełnomocnika rządu do spraw równego traktowania, znalazła się w dość niekomfortowej sytuacji. Funkcja ta bowiem nie jest zwykłym urzędem. Z założenia ma ona charakter ideologiczny i narażona jest na roszczenia środowisk feministycznych. Jakakolwiek próba pełnienia jej niezależnie od ideologicznych uwikłań, oznacza wystawienie się na ataki z lewa.

Urząd z Unii

Urząd pełnomocnika ma swoją genezę w przygotowaniach Polski do członkostwa w Unii Europejskiej. Stanowisko to musiało zostać stworzone, aby Polska wykazała się polityką antydyskryminacyjną (poszanowanie praw człowieka i praw mniejszości), będącą jednym z warunków wejścia do UE. A że w tym okresie władzę nad Wisłą miał SLD, utworzenie urzędu przyszło tym łatwiej, że stało się jednym z elementów realizacji programu tego ugrupowania.
Już sama formuła polityki antydyskryminacyjnej zawierała istotny komponent ideologiczny. W gruncie rzeczy chodziło przecież o dość jednostronne rozumienie dyskryminacji. W praktyce urząd pełnomocnika był jednoznacznym światopoglądowo narzędziem, lobbującym na rzecz całkowitego zalegalizowania aborcji czy też prawnego uprzywilejowania osób homoseksualnych.
Gdy w roku 2005 władzę po SLD przejęło PiS, Polska była już członkiem Unii. Urząd pełnomocnika został zlikwidowany jako zbędny, a część jego kompetencji znalazła się w zakresie podsekretarza stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej. Jednak dwa i pół roku później premier Donald Tusk go przywrócił.
I tu można się zastanawiać nad tym, dlaczego tak się stało. Prawdopodobnie dlatego, iż PO, wygrywając w roku 2007 wybory parlamentarne, stała się zakładniczką również środowisk domagających się walki z pozostałościami PiS-owskiego „ciemnogrodu". A więc z szeroko pojmowaną polityką prorodzinną, nawet jeśli PiS realizowało ją dość ostrożnie i wybiórczo. Tyle że stanowisko pełnomocnika przypadło Elżbiecie Radziszewskiej, reprezentującej konserwatywne skrzydło partii rządzącej i nieukrywającej swojego katolicyzmu.
Trzy i pół roku urzędowania Radziszewskiej to jedna wielka kampania środowisk feministycznych – wspieranych ochoczo przez niezawodną „Gazetę Wyborczą" – które domagały się jej dymisji. Obecne głosy przeciwko jej ewentualnej ponownej nominacji są tej kampanii kontynuacją. Warto zatrzymać się na argumentach, jakie tu padają.
Zasadnicze pretensje feministek do Radziszewskiej sprowadzają się do zarzutu o to, że właściwie nic ona nie robi. Tyle że oczywiście zarzutowi temu przeczą fakty. Bo urząd pełnomocnika, jak przystało na tego typu instytucję biurokratyczną, organizuje konferencje, konkursy, kampanie społeczne, dotyczące chociażby promocji kobiet na rynku pracy. Nie towarzyszą temu jednak spektakularne fajerwerki o określonej wymowie ideologicznej. A ich właśnie oczekują feministki. Dlatego współpraca między nimi a minister jest niemożliwa.
Feministkom chodzi przecież o rewolucję obyczajową, a nie o dobro konkretnych kobiet. Nicnierobienie Radziszewskiej dotyczy zatem takich spraw jak parytety, „prawa reprodukcyjne" i działania na rzecz mniejszości seksualnych.

Nie drzwiami, to oknem

Feministki zarzucają minister, że nie angażowała się w bój na rzecz parytetów. I nie ma się jej co dziwić. Uważa ona je bowiem za rozwiązanie niewłaściwe, bo nieskuteczne. Żadne parytety nie zastąpią zwyczajnych kompetencji.
W ostatnich wyborach po raz pierwszy obowiązywała ustawa kwotowa, gwarantująca kobietom 35 proc. na listach wyborczych. Niewiele ona dała, ponieważ – jak słusznie zauważają feministki –  kobiety były zazwyczaj umieszczane na dalszych miejscach, co zmniejszało ich szanse wejścia do Sejmu. Ale czy płeć miała decydować o miejscu na liście?
W tej sytuacji feministki mają kolejny pomysł, który można streścić słowami: jak nie drzwiami, to oknem. Chcą one wprowadzić zasadę suwaka, czyli naprzemiennego umieszczania kobiet i mężczyzn na listach. Merytoryczne przygotowanie do uprawiania polityki znów schodzi na dalszy plan. Najważniejsza jest realizacja ideologicznie rozumianego równouprawnienia płci.
Jest to wszystko szczególnie zabawne w Polsce – kraju, który może na tle Europy uchodzić za względnie matriarchalny. Bo tak go ukształtowała dramatyczna historia. Kiedy mężczyźni walczyli o wolną ojczyznę, kobiety przejmowały odpowiedzialność za sferę życia cywilnego.
Kobieta cieszy się w społeczeństwie polskim mocną pozycją. I to bynajmniej nie tylko jako mityczna matka Polka. Według przeprowadzonych w tym roku badań firmy Grant Thornton Polska ma największy odsetek kobiet na stanowiskach kierowniczych z 14 przebadanych krajów europejskich. Hanna Suchocka, Zyta Gilowska czy Hanna Gronkiewicz-Waltz nie potrzebowały parytetów do tego, żeby sprawować wysokie funkcje publiczne.

Uzurpatorski ton

Kolejna rzecz to kwestia „praw reprodukcyjnych". Zarzuty feministek w tej sprawie doskonale oddaje jedno zdanie z tekstu Agnieszki Kublik na łamach „GW": „Przez cztery lata pani minister nie interesowała się (...) tak istotnym dla kobiet problemem niedostępności aborcji w sytuacji zagrożenia zdrowia i życia kobiety, in vitro czy antykoncepcji".
Uderza ten uzurpatorski ton. Kublik formułuje swoje pretensje w imieniu ogółu Polek, nie biorąc pod uwagę tego, że być może wypowiada się w imieniu ich mniejszości (zwłaszcza w kwestii dostępu do aborcji).
Wbrew propagandzie obozu postępu, równe traktowanie obejmuje nie tylko mniejszości, lecz także katolików
Pójdźmy jednak dalej. Przywołany cytat może sugerować, że chodzi o postulat angażowania się w egzekwowanie obowiązującego ustawodawstwa, mimo iż wymienione problemy mieszczą się raczej w zakresie Ministerstwa Zdrowia (z czego użytek zrobiła w roku 2008 szefowa tego resortu Ewa Kopacz, wskazując ośrodek do przeprowadzenia aborcji u 14-letniej dziewczyny, którą skłoniono do tego wielotygodniowymi namowami i kuriozalnym w kontekście zaistniałej sytuacji orzeczeniem prokuratury, iż ciąża jest wynikiem gwałtu).
Tymczasem nic podobnego. Katarzyna Kądziela z Partii Kobiet zasugerowała, że urząd pełnomocnika ma forsować zmiany w ustawodawstwie, ponieważ to, co feministki nazywają „prawami reprodukcyjnymi", nie jest obecnie w Polsce respektowane. Chodzi tu między innymi o prawo dostępu do aborcji jako powszechnie obowiązujące prawo człowieka.
Trudno się Elżbiecie Radziszewskiej dziwić, że pozostaje na takie uwagi głucha. Jako minister odpowiedzialna za równe traktowanie nie może popierać prawa człowieka w takim rozumieniu, w jakim kryje się ono pod postacią demagogicznego hasła „prawa do własnej macicy". Uprzywilejowanie matki wobec dziecka, które nosi ona w swoim łonie, nie ma nic wspólnego z równym traktowaniem.
Poza tym państwo borykające się ze spadającym poziomem dzietności musi macierzyństwo chronić, a nie niszczyć pod pretekstem fałszywie pojmowanej wolności. Powinno więc ono się pochylić z troską nad sytuacją rodzin wielodzietnych, które dają Polsce na przyszłość niezbędne ręce do pracy, lecz dziś muszą przetrwać w niesprzyjających im warunkach, co nie świadczy bynajmniej o ich równym traktowaniu.

Powód do dumy

I kwestia trzecia, ostatnia. Elżbiecie Radziszewskiej dostało się w swoim czasie za wypowiedź dla „Gościa Niedzielnego", w którym stanęła w obronie autonomii szkół katolickich. Ośmieliła się bowiem stwierdzić, że szkoły katolickie mają prawo do niezatrudniania osób homoseksualnych, które się ze swoją orientacją afiszują. Kościół zajmuje w sprawach etyki seksualnej określone stanowisko, zgodnie z którym homoseksualizm jest jednym z ludzkich problemów, a nie powodem do (gejowskiej) dumy, zwłaszcza demonstrowanej wobec dzieci i młodzieży.
Wspólny front postępu nie mógł Radziszewskiej takiego zachowania przepuścić. Warto więc przypomnieć, że wbrew temu, co może wynikać z propagandy obozu postępu, równe traktowanie obejmuje nie tylko mniejszości seksualne, lecz także katolików. Dlaczego więc nie mogą oni swobodnie zarządzać instytucjami, za których funkcjonowanie ponoszą także odpowiedzialność finansową?
Reasumując, w jednym trzeba feministkom przyznać rację. Elżbieta Radziszewska była bierną minister. Ale jaki urząd, taki sposób kierowania nim. W przypadku urzędu pełnomocnika nicnierobienie – w przeciwieństwie do innych resortów gabinetu Tuska – okazało się błogosławione. Radziszewska, na tyle, na ile pozwolił zakres jej obowiązków, przez trzy i pół roku stawiała bierny opór rozmaitym aberracyjnym pomysłom. I dlatego, jeśli sprawowany przez nią urząd miałby pozostać – co wcale nie jest społeczeństwu do szczęścia potrzebne – to powinna ona swoje stanowisko zachować.
Autor jest dziennikarzem i publicystą. Współpracuje z tygodnikiem „Uważam Rze" i portalem Rebelya.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA