fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Prywatna wojna drużyny zabójców

AFP
Jeszcze w listopadzie ma zapaść najbardziej oczekiwany wyrok w głośnym procesie amerykańskich żołnierzy z Kandaharu oskarżanych o mordowanie afgańskich cywilów „dla sportu”. Dowódcy plutonu, sierżantowi sztabowemu Calvinowi Gibbsowi grozi dożywocie bez prawa łaski
Wydarzenia, do których doszło w pierwszej połowie 2010 roku w prowincji Kandahar, układają się w ponurą historię plutonu zwyrodnialców, którzy dla zabicia nudy rozpętali prywatną wojnę. W tej historii są nie tylko zaplanowane z zimną krwią morderstwa; są zdjęcia katów z ich zmasakrowanymi ofiarami, odcinanie palców jako wojennych trofeów i zastraszanie świadków. Sąd wojskowy skazał już w tej sprawie 11 żołnierzy, proces ostatniego – pomysłodawcy tej makabrycznej zabawy i najaktywniejszego jej uczestnika – dobiega końca.

Drużyna zabójców

Oficjalnie tworzyli trzeci pluton kompanii Bravo w Drugim Batalionie Trzeciego Regimentu Piechoty Piątej Brygady Drugiej Dywizji Piechoty stacjonującej w bazie Ramrod. Nieoficjalnie, podczas wieczornych rozmów, na patrolach czy przy lunchu w kantynie nazywali się „kill team”, drużyną zabójców. Mijał właśnie szósty miesiąc ich misji, nadchodziła zima, gdy doszli do wniosku, że nadszedł wreszcie czas, by zabić w końcu jakichś „hadżich” – jak Amerykanie pogardliwie nazywają muzułmanów. Po trwających tygodniami debatach ustalili, że jeśli zabitemu cywilowi podłożą zarekwirowany wcześniej talibom granat albo broń palną, będą mogli napisać w raporcie, że działali w obronie własnej. Bezkarność miała im zapewnić konsekwentna dyskrecja.
Ramrod – tak zwana wysunięta baza operacyjna – leży w jednym z najbardziej niebezpiecznych regionów Kandaharu. Amerykanie, mimo ogromnego zaangażowania militarnego, nie odnosili tam spektakularnych sukcesów; pod koniec 2009 roku rebelia talibów trwała tam w najlepsze. Morale wśród żołnierzy zaczęło spadać.
Pierwsza okazja do zabicia „hadżiego” nadarzyła się 15 stycznia 2010 r. „Drużyna zabójców” wjechała na swoich strykerach – potężnych 8-kołowych transporterach opancerzonych – do La Mohammad Kalaj, wioski, której mieszkańcy byli podejrzewani o współpracę z talibami. Jedna część plutonu zaczęła rozmawiać z miejscowymi, druga poszła na przeciwległy kraniec wsi. Tam, na polu makowym, wśród jeszcze niskich sadzonek, żołnierze zobaczyli młodego Afgańczyka. Był sam i nie miał przy sobie niczego, co można byłoby uznać za broń. Kapral Jeremy Morlock i szeregowy Andrew Holmes uznali, że jeśli mają zabić swojego pierwszego „hadżiego”, to właśnie teraz.

Zdjęcia i trofea

Morlock i Holmes kazali mu podejść i się zatrzymać. Następnie schowali się za niewielkim murkiem z gliny i rzucili granat w stronę chłopca. Zaraz po eksplozji zaczęli do niego strzelać z broni maszynowej. „Atakują nas!”, krzyczał przy tym Morlock, wzywając pomoc przez radio. Gdy nadbiegli ich towarzysze broni, zobaczyli Afgańczyka leżącego w kałuży krwi. „Musieliśmy go zastrzelić”, powiedział im Morlock.
Ich historia – że zostali zaatakowani przez samotnego szaleńca z jednym granatem – nawet niewtajemniczonym wydała się zupełnie niewiarygodna. Mimo to nikt nie zadawał żadnych pytań, a przybyły na miejsce kapitan Patrick Mitchell kazał tylko „upewnić się”, że ofiara nie żyje. Wykonanie rozkazu polegało na oddaniu dwóch strzałów w głowę leżącego.
Potem zaczęło się świętowanie sukcesu. Morlock i Holmes zrobili sobie pamiątkowe zdjęcia z rozebranym niemal do naga zmasakrowanym ciałem chłopca. Sierżant Calvin Gibbs posunął się jeszcze dalej: najpierw ku uciesze całej grupy zaczął się bawić zwłokami jak marionetką, a potem odciął Afgańczykowi palec i wręczył go Holmesowi jako trofeum wojenne.

Pentagon się broni

Wbrew wcześniejszym postanowieniom Gibbs i jego towarzysze wcale nie byli dyskretni. Najpierw o zabiciu niewinnego Afgańczyka mówiło się w kompanii, potem w całej bazie, a wreszcie w Internecie.
Podobny rozgłos towarzyszył dwóm kolejnym morderstwom: 22 lutego Gibbs i starszy szeregowy Michael Wagnon zabili bezbronnego i prawdopodobnie upośledzonego Afgańczyka przy drodze Kabul – Kandahar. 2 maja w wiosce Qualadaj Gibbs powtórzył styczniowy wyczyn swoich kolegów: zaatakował granatem jednego z mieszkańców, a następnie – wraz z kompanami – dobił go z broni maszynowej.
O tych wydarzeniach zrobiło się w Ramrod tak głośno, że Pentagon nie mógł już dłużej zamiatać sprawy pod dywan. Latem 2010 roku 12 żołnierzy trzeciego plutonu trafiło pod sąd wojskowy. Szeregowy Holmes – oskarżony m.in. o zamordowanie 15-latka w wiosce La Mohammad Kalaj – przyznał się do winy i został skazany na 7 lat więzienia. Kapral Morlock za potrójne morderstwo dostał 24 lata – uniknął dożywocia, bo zgodził się zeznawać przeciwko swoim kolegom. Reszta dostała niższe wyroki – od dwóch miesięcy prac publicznych po 3 lata więzienia za rozpowszechnianie zdjęć zabitych Afgańczyków, narkotyki czy bójki. Na ławie oskarżony pozostał jeszcze tylko Calvin Gibbs.
Amerykańska armia próbuje bronić swojej reputacji, twierdząc, że „drużyna zabójców” działała na własną rękę i bez wiedzy przełożonych. Prawdopodobnie dlatego cała odpowiedzialność kończy się na sierżancie, a nie na jego przełożonych, którzy nie chcieli wiedzieć, co się dzieje w ich jednostce.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA