fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Dwie drogi Zbigniewa Ziobry

Łukasz Warzecha
Fotorzepa, Darek Golik
Ziobro będzie zmierzał albo do podważenia pozycji Kaczyńskiego jako kandydata już w najbliższych wyborach prezydenckich, albo do wyjścia z PiS i startu przeciwko Kaczyńskiemu – pisze publicysta
Wtorkowy wieczór, spotkanie Klubu Parlamentarnego PiS. Jest na nim też Zbigniew Ziobro. Chce zabrać głos – Jarosław Kaczyński odmawia. Mówi, że to niewłaściwy moment. Ziobro po chwili znowu prosi o głos, tłumacząc, że chce wezwać do jedności. "Jeśli chcesz jedności, to możesz ją pokazać w głosowaniu na szefa klubu" – odpowiada Kaczyński. Ziobro prosi o głos ponownie, nawet staje obok mównicy. Nic z tego, prezes jest twardy.
W ten sposób Ziobro zostaje publicznie upokorzony. Sam nie potrafi na to upokorzenie zareagować w zdecydowany sposób. Przeciwko kandydaturze Mariusza Błaszczaka na szefa klubu głosują 22 osoby. Dużo czy mało?

Lojalni pułkownicy

"Często mówi się o nim, że to delfin. No cóż, ja nie jestem królem, i to do tego francuskim. Nie wiem, kto mnie zastąpi kiedyś jako prezesa PiS i nie wybieram się dziś na emeryturę. Ziobro jest ciągle zawieszony między dwoma rozwiązaniami – grać na siebie, co mu niektórzy suflują, i zostać w końcu, bo taki to by miało efekt, zwykłym, acz piastującym wysokie stanowiska politykiem, poprawnym (no, może z pewnym odchyleniem), albo też grać na sprawę i wtedy będzie trudniej, ale nawet jeśli spojrzeć na to z perspektywy indywidualnej, nie o stanowiska, a o miejsce w historii będzie wtedy chodziło".
Tak o Zbigniewie Ziobrze pisał w swojej książce "Polska naszych marzeń" Jarosław Kaczyński. To było przed wyborami parlamentarnymi i przed obecnym buntem ziobrystów. Bunt to warunkowy i jakby na pół gwizdka, ale dla prezesa PiS i tak zapewne trudny do zniesienia. Bo też, w ocenie Kaczyńskiego, Ziobro dokonał wyboru: postanowił zagrać na siebie, a nie na sprawę. Sprawa bowiem – z punktu widzenia twardego jądra PiS  – to granie na Jarosława Kaczyńskiego.
Czy w swojej diagnozie sytuacji wewnątrz PiS Zbigniew Ziobro ma rację? W ogromnej mierze – tak. Organizacyjnie Jarosław Kaczyński prowadzi partię jak swoje wyłączne władztwo. W jego bliskim otoczeniu, mającym i tak ograniczony wpływ na strategiczne decyzje, nie pozostał nikt, kto byłby dla niego intelektualnym partnerem. Brudziński, Błaszczak, Lipiński – to wierni i lojalni pułkownicy i nic ponadto.
W regionach lokalni działacze mają niemal zerowy wpływ na wybór szefów, co bardzo często rodzi frustrację i powoduje, że działalność PiS w terenie jest nieefektywna. Nie ma mowy o dyskusji na temat kierunku, w jakim idzie partia. Czy może raczej – dyskusja się nawet czasem zdarza, zwykle w dość nerwowej atmosferze, ale nie ma właściwie żadnego wpływu na strategię ugrupowania. Wszystko zależy jednoosobowo od Jarosława Kaczyńskiego, a prywatna lojalność wobec prezesa odgrywa znacznie większą rolę niż zdolności czy choćby sprawność medialna.
Między innymi te wady funkcjonowania PiS wymieniał w swoim ciekawym tekście "Strategia dla PiS do 2015 roku" kilka miesięcy temu Jan Filip Staniłko. Tekst został przez władze partii zignorowany, a jego autor potraktowany z pobłażaniem jako młody, niedoświadczony i właściwie niepoważny  – choć mówimy o jednym z najlepszych ekspertów młodego pokolenia.

Niebyt albo impuls

Oczywiście, zastrzeżenia Ziobry do sposobu funkcjonowania PiS mają też rys osobisty. Pobrzmiewa w nich rozżalenie, że on, niegdyś bardzo popularny minister sprawiedliwości, został przez Jarosława Kaczyńskiego zmuszony do odsunięcia się na bok – bo przecież, kandydując do Parlamentu Europejskiego, Ziobro schodził prezesowi z linii strzału, a stosunki między oboma panami były wtedy mocno napięte.
I w tym jest jednak pewna uniwersalna racja: Ziobro nie jest w PiS pierwszą osobą, której potencjał można by wykorzystywać lepiej, ale z różnych wewnętrznych powodów tak się nie dzieje. Dla niektórych – zwłaszcza części założycieli PJN – był to jeden z powodów, aby z partią w ogóle się pożegnać.
Ziobro ma także rację, że siłą dawnego PiS była jego otwartość. Przypomina, że było w nim miejsce i dla Marka Jurka, i dla Pawła Zalewskiego, i dla Pawła Kowala, i dla Ludwika Dorna, i dla innych dawnych członków PC. Dziś PiS jest partią zunifikowaną, której kadry są podporządkowane między innymi tej zasadzie, aby nikt nie był w stanie zagrozić pozycji prezesa. Zresztą jego władzę chroni statut zbudowany w taki sposób, żeby dawać liderowi ostatnie słowo niemal w każdej sprawie.
Zastrzeżenia co do sposobu działania ugrupowania to jednak zbyt mało, aby stwierdzić, czego właściwie Zbigniew Ziobro chce. W dalszym planie niedoszły "delfin" wydaje się mieć dwa warianty działania. Pierwszy to pozostanie w partii i walka o swoją pozycję. Wymuszenie na Jarosławie Kaczyńskim zmian i zbudowanie własnej siły przez naruszenie zasady jedynowładztwa. Drugi to wyjście z partii z grupą swoich zwolenników i założenie czegoś nowego. Jakie są szanse, wady i zalety realizacji każdego z tych wariantów?
Aby to ocenić, trzeba mieć w pamięci dwa terminy: rok 2015 – kolejne wybory prezydenckie, oraz rok 2014 – kolejne wybory do Parlamentu Europejskiego. Przez kolejne trzy lata Ziobro ma sytuację w miarę komfortową, będąc europosłem. To daje wygodę spokojnego działania, ale też sytuuje nieco z boku, grożąc rozleniwieniem.
Za trzy lata prezes partii będzie podejmował decyzję co do obsady list do europarlamentu. Czy znajdzie się na nich miejsce dla Ziobry, o ile jego sprawa nie doczeka się ostatecznego rozstrzygnięcia wcześniej? Parlament Europejski dla Ziobry ma, z punktu widzenia Kaczyńskiego, swoje wady i zalety. Dając ambitnemu politykowi miejsce na liście, Kaczyński pozostawia go w sferze swoich wpływów, ale zarazem ofiarowuje mu wygodną platformę do ewentualnych niezależnych akcji, takich jak obecna. Odmawiając mu miejsca, też ryzykuje. Może to wysłać byłego ministra sprawiedliwości w polityczny niebyt, ale też dać mu impuls do stanowczego działania poza kontrolą prezesa.

Kapitał medialny

Możliwe jednak, że sam Ziobro będzie chciał swoją sytuację określić już wcześniej. To polityk z ogromnymi ambicjami, który nie kryje, że myśli o prezydenturze. Uważa, że Jarosław Kaczyński jest politykiem coraz bardziej anachronicznym i nie ma szans, żeby w 2015 roku przyciągnął młodych. Ziobro będzie miał wówczas 45 lat i będzie w idealnym wieku, aby w tych wyborach wziąć udział (gdy Aleksander Kwaśniewski był wybierany na pierwszą kadencję, był w wieku Ziobry dzisiaj  – miał 41 lat).
Jeżeli Zbigniew Ziobro nadal będzie w PiS, z całą pewnością nie zostanie kandydatem. Wystartuje Kaczyński. Jeśli prezes przegra, Ziobro swoją szansę będzie miał za kolejne pięć lat, w wieku 50 lat. Jeżeli Kaczyński wygra, będzie się ubiegał o reelekcję. Jeśli znów wygra, czas dla Ziobry będzie biegł już naprawdę szybko. Następna okazja nadarzy się dopiero w 2025 roku, gdy były szef resortu sprawiedliwości będzie już bliżej sześćdziesiątki niż pięćdziesiątki.
Dlatego można założyć, że Ziobro będzie zmierzał albo do podważenia pozycji Kaczyńskiego jako kandydata już w najbliższych wyborach prezydenckich, albo do wyjścia z PiS i startu przeciwko Kaczyńskiemu.
Z budową własnej partii może być jednak niełatwo. Jeśli w tajnym głosowaniu obecnie wspiera go jedynie nieco ponad 20 osób z ponad 180-osobowego klubu parlamentarnego, to nie jest to wynik imponujący, choć wystarczający do założenia klubu parlamentarnego. Ale nie jest wcale powiedziane, że wszyscy, którzy zagłosowali przeciwko kandydaturze Błaszczaka, to zwolennicy Ziobry, ani że wszyscy oni wyszliby z nim z Klubu PiS. Każda z tych osób pamięta los efemeryd: grupy Marka Jurka, Polski XXI czy ostatnio PJN.
Kluczową sprawą dla wariantu wystąpienia z PiS jest kapitał medialny w postaci wsparcia mediów o. Rydzyka. Bez nich Ziobro może szybko zniknąć. natomiast o sympatiach redemptorysty z Torunia decyduje raczej zimna kalkulacja niż sentyment. Tadeusz Rydzyk postawi na Ziobrę, jeśli będzie mógł na tym wygrać. Innymi słowy  – postawi tylko na Ziobrę na tyle silnego, że da to nadzieję na wygraną.
Z innej strony medialnego wsparcia spodziewać się nie można. Niechętne PiS media mogły dopieszczać w początkowej fazie PJN, ale trudno sobie wyobrazić, aby podobnie potraktowały Ziobrę. Wątpliwe zresztą, czy on sam dałby się wciągnąć w grę, którą podjęła – niszcząc do szczętu swój wizerunek  – Joanna Kluzik-Rostkowska. Wziąwszy pod uwagę polityczny życiorys byłego ministra sprawiedliwości, trąciłoby to fałszem na kilometr.

Podrasowany LPR

Ze wsparciem Radia Maryja wiąże się kolejny paradoks. Jeśli się zastanowić, jaką alternatywę dla PiS może stworzyć Ziobro, odpowiedź może być tylko taka, że będzie próbował zajść partię Kaczyńskiego od prawej strony. W centrum nie ma czego szukać, co pokazuje los PJN. Spokojna, centrowa partia dzisiaj się nie sprzedaje. Zresztą byłoby to wbrew wizerunkowi samego Ziobry, który stanowi dla niego niebagatelny kapitał. Sprzedaje się to, co budzi emocje – jak Palikot.
Nowe ugrupowanie musiałoby zatem stać się czymś na kształt podrasowanego, nowocześniejszego LPR. Lecz jak pogodzić ten wyrazisty i jednak bliski skrajności wizerunek z postulatem wielonurtowości, który lansuje Ziobro? Gdzie w partii opartej na mediach o. Rydzyka miejsce dla liberałów albo centrowców? Czy opierając się na takiej politycznej platformie, można na serio myśleć o prezydenturze? Wszak starania o nią powodują, iż wyjście do centrum jest znacznie bardziej nieuniknione niż w przypadku wyborów parlamentarnych.
Na razie wypowiedziami Ziobry ma się zająć rzecznik partyjnej dyscypliny. Nie będzie raczej decyzji skrajnych, prawdopodobnie skończy się na upomnieniu, czyli dalszym ciągu upokorzenia, jakie prezes zafundował Ziobrze podczas spotkania klubu parlamentarnego. Kaczyński wie, że ambicja Ziobry i zbliżające się kolejne wybory zmuszą go w końcu do działania, a wtedy sprawę będzie można ostatecznie dokończyć. Piłka ponownie jest po tamtej stronie boiska.
Jednak takie podejście niczego nie załatwia. Postawa Ziobry ma źródło nie tylko w osobowości tego polityka, ale też w autentycznych niedostatkach partii, do której należy. Jarosław Kaczyński kolejny raz postanowił stłuc termometr, aby udać, że nie ma temperatury. Nawet jeśli przyjmiemy, że propozycja Ziobry i alternatywa, jaką mógłby stworzyć, nie są porażające, to i tak na zmiataniu problemu pod dywan PiS nie wygra.
Autor jest publicystą  i komentatorem dziennika "Fakt"
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA