fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Po-lin: dokument Jolanty Dylewskiej

Canal+
Bezcenny, niezwykle poruszający dokument Jolanty Dylewskiej wydobywa z zapomnienia rzeczywistość polsko-żydowskich miasteczek przed nadejściem Zagłady
Tytuł „Po-lin" wywodzi się z pięknej średniowiecznej legendy. Żydzi uciekali z zachodniej Europy przed zarazą i pogromami. Na polskich ziemiach usłyszeli głos Boga: „Po-lin!", co oznacza: „Tu odpoczniesz". Zostali, a nasz kraj uznali za swój. Odtąd Polska w języku hebrajskim nosi właśnie nazwę Po-lin.
Film pokazuje, jak wyglądała żydowska codzienność w takich miasteczkach, jak m.in. Sejny, Kurów, Bałuty, Kałuszyn, Nowogródek. I choć nad rzeczywistością odtwarzaną na ekranie unosi się widmo Holokaustu, czuć, że dokumentalna opowieść jest skierowana ku życiu. Nie ma w niej elegijnego tonu, jest raczej zachwyt nad intensywnością tamtego świata. Można wręcz poczuć jego zapach, gdy Mendel sprzedaje na targu tłuste śledzie, Sura roznosi gorące bajgle, a w piątkowy poranek kobiety zagniatają ciasto na szabas.
Pieczołowitej rekonstrukcji tego, co bezpowrotnie unicestwiła wojna, podjęła się Jolanta Dylewska, znakomita polska operatorka, autorka zdjęć do filmów Przemysława Wojcieszka (m.in. „W dół kolorowym wzgórzem", „Głośniej od bomb"), Mariusza Grzegorzka („Rozmowa z człowiekiem z szafy") i Siergieja Dworcewoja („Tulpan"). „Chciałam sprawić, by komuś zrobiło się żal, że tego świata, tych ludzi, tak pełnych życia i planów na przyszłość, nie tylko nie ma w dzisiejszej rzeczywistości, ale prawdopodobnie nie ma ich też w naszej pamięci" – mówiła w jednym z wywiadów.
Dokument zmontowała niemal w całości z fragmentów archiwalnych amatorskich filmów nakręconych przez amerykańskich Żydów, którzy w latach 30. ubiegłego stulecia odwiedzali swoich krewnych w polskich miasteczkach i przy okazji zarejestrowali na taśmie ich życie. Dylewska zbierała materiały przez niemal dziesięć lat. Dotarła nawet do ostatnich żyjących świadków tamtej epoki – Polaków pamiętających sąsiedztwo Żydów.
– Nasze współżycie było normalne – mówi jeden z nich. To zdanie brzmi szczególnie mocno w kontekście książek opublikowanych przez Jana Tomasza Grossa, uwypuklających akty przemocy wobec sąsiadów.
Dylewska podsuwa widzom zupełnie inną perspektywę. Nie interesują jej kwestie wzajemnych uprzedzeń, wrogości motywowanej antysemityzmem. Rolą „Po-lin" nie jest bowiem rozstrzyganie o winie, ale danie świadectwa, że polska i żydowska kultura były ze sobą nierozerwalnie splecione. Dlatego zgodnie z tytułem Dylewska wydobywa z zatartej przeszłości „okruchy pamięci", by wypełnić pustkę po drastycznie przerwanym przez wojnę współistnieniu dwóch narodów.
We wspomnieniach Polaków, z którymi rozmawiała reżyserka, nie ma więc zawiści, niechęci. Ktoś mówi, że historię w jego klasie wykładał pan Tau, ucząc go miłości do ojczyzny. Ktoś inny wspomina żydowską koleżankę.
Można narrację stworzoną przez Dylewską potraktować jak próbę zbudowania szlachetnego mitu na przekór temu, co było bolesne i złe. Dla mnie jej film przede wszystkim przywraca właściwe proporcje w spojrzeniu na przeszłość.
Siła „Po-lin. Okruchy pamięci" polega również na tym, że rozbija stereotypy. Bestialstwo nazistów polegało na eksterminacji Żydów, a przy tym próbie odarcia ich z człowieczeństwa. Dylewska, pokazując świat przed nadejściem tragedii, chce, byśmy dostrzegli w jej bohaterach nie tylko ofiary hitlerowskiej polityki, ale także ludzi, którzy wiedli zwyczajne życie. Kochali i wzruszali się. Ten film w cudowny sposób przywraca pomordowanym podeptaną godność.
Po-lin. Okruchy pamięci 21.00 | Canal+ | PIĄTEK
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA