fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zadania

Polska bieda. Nie zmieniła się od dekady

Fotorzepa, Dariusz Majgier DM Dariusz Majgier
Grupa polskich ubogich jest tak samo liczna jak w roku 2000. Eksperci: brakuje długofalowej polityki
Rodziny wielodzietne, renciści, niepełnosprawni, bezrobotni, ale też pracujący za niskie pensje – to grupy społeczne najbardziej zagrożone ubóstwem, które wskazuje najnowsze badanie Głównego Urzędu Statystycznego.
Z opracowania wynika, że mimo wzrostu ogólnego poziomu życia w Polsce notowanego w ostatniej dekadzie, w skrajnym ubóstwie wciąż żyją setki tysięcy polskich rodzin – w sumie ponad 2,2 mln Polaków, w tym ponad 600 tys. dzieci.
– Pod wieloma względami Polska błyskawicznie się cywilizuje, rośnie ogólny poziom życia, w wielu dziedzinach gonimy świat technologicznie, ale w sferze socjalnej jesteśmy barbarzyńcami – mówi dr Waldemar Urbanik, socjolog z Wyższej Szkoły Humanistycznej TWP w Szczecinie. – To nie populizm, lecz realna ocena bardzo poważnego zjawiska, którego konsekwencją jest wykluczenie sporej części obywateli z życia społecznego i gospodarczego.

„Za bogaci na kanapkę"

GUS posługuje się w raporcie trzema wskaźnikami ubóstwa: skrajnym (minimum egzystencji, które w gospodarstwie jednoosobowym wyznacza kwota 466 zł, a w rodzinie czteroosobowej – 1257 zł), ustawowym (wyznaczają go progi uprawniające do pomocy społecznej,
odpowiednio kwoty 477 zł i 1404 zł) oraz relatywnym (tę granicę ubóstwa określa poziom 50 proc. średnich miesięcznych wydatków ogółu gospodarstw domowych; przyjmuje się, że są to kwoty odpowiednio: 655 i 1795 zł). Ta ostatnia kategoria najlepiej wskazuje, jak niewiele zmieniło się w polskiej biedzie w ciągu dekady. W 2000 r. 17,1 proc. osób w gospodarstwach domowych zaliczono do relatywnie ubogich. Po dziesięciu latach w tej kategorii jest nadal 17,1 proc., czyli ok. 6,5 mln Polaków.
Eksperci zaznaczają też, że ustawowy wskaźnik ubóstwa może być mylący. – Ten wskaźnik umniejsza problem – mówi wprost prof. Ewa Leś, wykładowca UW, specjalistka w dziedzinie polityki społecznej. – Kilka lat temu ustawowe progi i kwoty na pomoc społeczną zostały zamrożone, a przecież w tym czasie koszty utrzymania dynamicznie rosły.
Dobrze obrazuje to przykład ponad 100 tys. najuboższych dzieci, które straciły w ciągu dwóch lat (2009 – 2010) prawo do ciepłej zupy i kanapki. Jak pisał „Głos Nauczycielski", okazali się „za bogaci na kanapkę" serwowaną przez Ministerstwo Pracy w ramach programu „Pomoc Państwa w dożywianiu".
Od momentu zamrożenia progów socjalnych w 2006 r. do 2010 r. prawo do wsparcia socjalnego straciły dwa miliony osób, a liczba zasiłków rodzinnych na dzieci spadła niemal o połowę. Przyznaje to także GUS, pisząc w raporcie, że gdyby przyjąć wskaźnik urealniony wzrostem cen z 2006  r., to stopa ubóstwa ustawowego w 2010 r. wyniosłaby nie 7,3 proc., lecz niemal 11 proc.
Związki zawodowe postulują, by podwyższyć kryteria uprawniające do korzystania z pomocy społecznej, Nie sprzyjają temu jednak kryzys i trudna sytuacja finansów publicznych.
Prof. Leś: – Idea wspierania państwa za pośrednictwem opieki społecznej jest u nas często krytykowana. Tymczasem ona jest niewystarczająca. Mało kto się zastanawia nad tym, że przy tak zaniżonych progach ustawowych mnóstwo ludzi straciło prawo do pomocy. Źle jest także z zasiłkami rodzinnymi – taki zasiłek na dziecko to ledwie 58 do 91 zł na osobę, w zależności od wieku. To symboliczne sumy w kontekście kosztów utrzymania i założenia, że miały one wspierać rodziny ekonomicznie i chronić je przed biedą.

Pracują, a nie mają

Ubóstwem najbardziej zagrożone są wciąż gospodarstwa domowe bezrobotnych. Poniżej minimum egzystencji żyło w 2010 r. 16 proc. osób mających w rodzinach jedną osobę bez pracy. Natomiast wśród tych, których wszyscy bliscy pracowali – jedynie 5 proc.
Bardzo wysoki pozostaje odsetek skrajnie ubogich, utrzymujących się jedynie ze świadczeń opieki społecznej – przekracza on 30 proc.
Nie lepiej przedstawia się sytuacja ludzi, którzy mają stałe dochody. W skrajnym ubóstwie żyje 10 proc. rencistów (3,9 proc. emerytów) i 9 proc. rolników. Choć akurat w rodzinach rolniczych sytuacja nieco się poprawiła, co wiąże się z najwyższym przyrostem dochodów wśród wszystkich grup zawodowych.
W ubóstwo konsekwentnie spycha niepełnosprawność w  rodzinie. Tam, gdzie głową rodziny jest osoba niepełnosprawna, ubóstwo skrajne sięgało w ubiegłym roku 9 proc., a w rodzinach z niepełnosprawnym dzieckiem aż 12 proc.
W szczególnie trudnej sytuacji są rodziny wielodzietne. Niemal co czwarta rodzina z co najmniej czworgiem dzieci znalazła się w 2010 r. w grupie skrajnego ubóstwa. Wśród rodzin niepełnych – 8 proc.
Uderza ubóstwo dzieci. Według GUS 12 proc. osób do lat 18 żyło w rodzinach ze sfery tzw. ustawowego ubóstwa. – W rzeczywistości jest gorzej, bo w realnym ubóstwie żyje co piąte polskie dziecko – alarmuje prof. Ewa Leś.
Wskazuje też na problem tzw. śmieciowych płac. – To nie bezrobocie jest dziś największym problemem, lecz to, że ubóstwo paradoksalnie dotyka coraz częściej rodzin, w których rodzice pracę mają, ba, nawet oboje mają, ale są najniżej wynagradzani – mówi. – W Polsce mamy problem z dramatycznym zaniżaniem płac.
Jak wskazuje badanie GUS, dotyczy to przede wszystkim osób na stanowiskach robotniczych, legitymujących się niskim poziomem wykształcenia. Aż 8 proc. rodzin, w których głównym dochodem była praca najemna na takim stanowisku, żyje w skrajnej biedzie.
Niskie wykształcenie to stały wyznacznik polskiej biedy. W rodzinach, których głowa miała za sobą jedynie ukończone gimnazjum, stopa ubóstwa skrajnego sięgała ok. 15 proc. W przypadku zasadniczego zawodowego głowy wskaźnik jest wyraźnie niższy (7,5 proc.).
Podobnie jest z mapą polskiej biedy. Ubóstwo wciąż wiąże się terytorialnie z regionami niedoinwestowanymi i tymi, gdzie od początku transformacji ustrojowej utrzymuje się bezrobocie strukturalne.
Krzysztof Bagiński, burmistrz Białogardu w Zachodniopomorskiem (30-proc. bezrobocie w powiecie): – W samorządzie jestem, odkąd powstał powiat, czyli od 1999 r. I w tym czasie naprawdę sporo zrobiliśmy, żeby walczyć z bezrobociem i biedą. Mamy inkubator przedsiębiorczości, strefę gospodarczą, programy wsparcia. I to oczywiście przynosi jakieś efekty, ale bez naprawdę dużych, rządowych programów niewiele możemy zdziałać.

Stracone dziesięć lat?

– W Polsce żaden rząd nie umiał wykreować spójnej, długofalowej polityki społecznej i rodzinnej – wytyka dr Waldemar Urbanik. – A doraźne próby rewitalizacji np. środowisk bezrobotnych kończyły się na ogół niepowodzeniem. Nietrafione były liczne i kosztowne programy wsparcia, w wyniku których z bezrobotnego 50-letniego kierowcy robiono bezrobotnego 50-letniego spawacza.
Podkreśla, że nie spełniamy europejskich standardów zdefiniowanych w Europejskiej Karcie Społecznej. – Polska jej do dziś nie ratyfikowała – wskazuje dr Urbanik. –  A mówi ona, że np. wysokość zasiłku dla bezrobotnego nie może być niższa niż 50 proc. dochodu, jaki uzyskiwał z pracy. Chodzi o to, by dać bezrobotnemu nie tylko przeżyć, ale umożliwić mu pełne uczestnictwo w życiu społecznym, kulturalnym i – co bardzo ważne – gospodarczym.
Czy Polskę na to stać? – Na dłuższą metę Polski nie stać, żeby ten problem zaniechać – przekonuje Urbanik. – Spójna, długofalowa polityka społeczna, ale oparta na wiedzy o rynku i programach wspierających tworzenie miejsc pracy, to klucze do budowy nowoczesnego państwa.
Według politologa Rafała Chwedoruka ubóstwu najbardziej przysłużył się ideologiczny dogmat. – W zasadzie wszystkie rządy dekady, nawet te lewicowe, były gospodarczo liberalne, przekonane, że wszystkie problemy społeczne załatwi wolny rynek – zauważa Chwedoruk. – I okazało się, że to założenie się nie sprawdziło.
Prof. Ewa Leś wskazuje, że dopóki będziemy postrzegać biedę jak wstydliwy i kosztowny balast, trudno nam będzie dogonić Europę.
– Jeśli podczas naszej prezydencji w UE przyjmujemy strategię „Europa 2020" zakładającą inteligentny rozwój, to musimy, tak jak w dojrzałych demokracjach, inwestować w tę część młodej populacji, której rodziców nie stać na np. ich dobre wykształcenie. Bo to nie balast, tylko kapitał ludzki – tłumaczy. – Poza tym to wstyd, żeby 38-milionowy kraj, członek Unii Europejskiej, miał taką skalę ubóstwa. W krajach rozwiniętych efektywne systemy socjalne sprzyjają rynkowi i rozwojowi gospodarczemu.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA