fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Google oskarża Chiny

Oficerowie sił zbrojnych ChRL od dawna traktują komputery jako część arsenału
Getty Images/AFP
Hakerzy przeprowadzili kolejny udany atak. Czy Zachód przegrywa cyberwojnę?
Korespondencja z Waszyngtonu
Tym razem celem byli pracownicy rządu USA, chińscy dysydenci oraz dziennikarze, wojskowi i urzędnicy z Korei Południowej i innych państw azjatyckich. Internetowi szpiedzy ukradli e-maile, przekierowując je po prostu do swoich skrzynek.
– Hakerzy posłużyli się prostą techniką phishingu, wyłudzając loginy i hasła do  kont pocztowych. Podobnie działają oszuści, którzy namawiają do wysłania pieniędzy do Nigerii. Żeby się na to nabrać, trzeba być bardzo naiwnym – mówi "Rz" Paul Rosezweig, ekspert ds. bezpieczeństwa w waszyngtońskiej Fundacji Heritage.
Jego zdaniem obecny atak był o wiele mniej groźny od tego, który Chińczycy przypuścili w 2009 roku. Google zagroziło wówczas wycofaniem się z  Chin, a szefowa dyplomacji USA Hillary Clinton żądała wyjaśnień. Pekin odpowiedział groźbą pogorszenia stosunków. Według Google'a ślady nowego ataku prowadzą do chińskiego miasta Jinan. – Zrzucanie odpowiedzialności na Chiny jest niedopuszczalne – oznajmił szybko rzecznik MSZ w Pekinie Hong Lei.

Kto stoi za atakiem

– Nie można ani zakładać, że za wszystkimi atakami pochodzącymi z Chin stoi rząd, ani tego wykluczyć. Tak jak na całym świecie i tutaj granice są niewyraźne. Gdzie bowiem przebiega linia między kontrahentem resortu obrony a armią? – tłumaczy "Rz" Dan Kaminsky z DKH, jeden z najbardziej znanych ekspertów w dziedzinie bezpieczeństwa w Internecie.
Zdaniem specjalistów część hakerów działa na własne konto, ale potem odsprzedaje rządowi zdobyte tajemnice państwowe, wojskowe czy przemysłowe. W zeszłym roku chińscy hakerzy atakowali największe firmy naftowe i gazowe, a więc z sektorów kluczowych dla Chin. Gdy pod koniec maja cyberprzestępcy włamali się do serwerów Lockheeda Martina, producenta m.in. myśliwców, wśród podejrzanych też wymieniano Chińczyków.
– W Chinach od kilku lat kładzie się ogromny nacisk na informatyzację armii. To, co widzimy, może więc być tylko próbką ich możliwości. Na razie jednak wydaje się, że głównym celem jest wykradanie tajemnic wojskowych i przemysłowych, a  nie wywoływanie szkód, takich jak wyłączanie sieci energetycznych – mówi "Rz" Alexander Neill z think tanku Royal United Services Institute (RUSI) w Londynie.
USA bardzo się boją cyberataku na elektrownie atomowe czy systemy kontrolujące satelity, który mógłby sparaliżować cały kraj. Biały Dom powołał więc oddzielne cyberdowództwo, a przedstawiciele Pentagonu od kilku tygodni ostrzegają, że Ameryka może uznać cyberatak za wypowiedzenie wojny i odpowiedzieć użyciem realnych sił zbrojnych.

Chiny są słabe?

Miesięcznie za pośrednictwem komputerów z Chin przeprowadzanych jest 1,6 mld ataków. Państwo Środka, oprócz Rosji, należy do krajów, z których pochodzi najwięcej ataków na USA. Pekin zapewnia jednak, że nie ma z nimi nic wspólnego. W zeszłym roku władze aresztowały kilkaset osób podejrzanych o przestępstwa komputerowe. Zamknęły też portal Black Hawk Safety Net, pełniący funkcję e-uczelni dla hakerów. Strona miała 180 tys. użytkowników.
– Chiny same nie są najlepiej zabezpieczone przed atakami. I dostrzegają to wraz z rozwojem informatyzacji – mówi "Rz" brytyjski ekspert Bruce Schneier.
Pod koniec maja utworzyły więc specjalną jednostkę bezpieczeństwa cybernetycznego. Państwowe media przekonują, że nie ma ona służyć atakowaniu innych krajów. "Chiny są nagminnie oskarżane o ataki, ale ich możliwości są przeceniane" – napisał chiński dziennik "Global Times".
Strona Royal United Services Institute www.rusi.org
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA