fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Znani inwestorzy, guru czy manipulanci

Warren Buffett cieszy się największym uznaniem wśród inwestorów na całym świecie. Zyskał nawet przydomek wyroczni z Omahy
AP
Wypowiedzi wybitnych inwestorów rzadko mają bezpośredni wpływ na sesje giełdowe czy walutowe. Jednak zwłaszcza drobni gracze uważnie im się przysłuchują i pilnie śledzą ich poczynania
Wydarzenia z ostatnich dziesięciu dni z pewnością nie skłoniłyby mnie do sprzedaży japońskich akcji. Takie niespodziewane, nadzwyczajne przypadki naprawdę stwarzają okazję do zakupów akcji – powiedział 21 marca legendarny inwestor Warren Buffett, prezes firmy Berkshire Hathaway, często – bez ironii – nazywany „wyrocznią z Omahy". Tego dnia japońskie rynki finansowe były z powodu święta narodowego zamknięte, ale dzień później główny indeks tokijskiej giełdy, Nikkei 225, wystrzelił w górę o ponad 4 proc.
Wcześniej, w ciągu kilku dni po trzęsieniu ziemi i tsunami, które 11 marca spustoszyły północno-wschodnie wybrzeże wyspy Honsiu i spowodowały poważną awarię w elektrowni atomowej Fukushima, indeks ten załamał się o 17,5 proc. – Komentarz Buffetta na temat japońskich akcji dodał inwestorom animuszu. Obcokrajowcy dostrzegli, że wyprzedaż tych papierów była tymczasowa i odrobią one straty – mówił Naoki Fujiwara, jeden z zarządzających kapitałem w Shinkin Asset Management.
Czy słowa słynnego inwestora, którego majątek „Forbes" oszacował w tym roku na 50 mld dol., co dało mu trzecie miejsce wśród najbogatszych ludzi świata, mają aż taką moc sprawczą? Są powody, by w to wątpić.
Japońskie akcje wydały się wielu inwestorom ekstremalnie tanie już 16 marca. To wówczas, kilka sesji przed wypowiedzą Buffetta, zaczęło się odbicie Nikkei 225 po kataklizmie.
Faktycznie uprzedził je natomiast Barton Biggs, zarządzający 1,3 mld dol. w funduszu hedgingowym Traxis Partners. – Paniczna wyprzedaż japońskich akcji to przereagowanie. Ja obecnie te papiery kupuję – powiedział 15 marca inwestor, który ostatnio wsławił się m.in. tym, że trafnie wychwycił dno bessy w marcu 2009 r.
– To, że japońskie akcje drożały przed wystąpieniem Buffetta nie ma żadnego znaczenia. Nastroje na rynkach zmieniają się z dnia na dzień i tego konkretnego dnia, gdyby nie ta wypowiedź, mógłby akurat przeważać pesymizm. Dlatego nie sposób w tym wypadku powiedzieć, jaki wpływ miały jego słowa – powiedział „Rz" Charlie Tian, główny analityk portalu GuruFocus.com.
Ale skoro nawet opinii najsłynniejszego inwestora świata nie da się jednoznacznie powiązać z ruchami cen aktywów, to czy tym bardziej zmiany nastrojów na rynkach po wypowiedzi pomniejszych autorytetów nie są po prostu zwykłym zbiegiem okoliczności? Zwłaszcza że praktycznie codziennie któryś z nich zabiera głos i post factum każdą zmianę notowań można by w ten sposób tłumaczyć.
– Dla mnie nie ulega jednak wątpliwości, że ogólnie uczestnicy rynków uważnie słuchają Buffetta, podobnie jak innych inwestycyjnych guru – komentuje Tian.
Wie, co mówi. GuruFocus.com to istniejący od 2004 r. płatny serwis internetowy pozwalający śledzić inwestycje kilkudziesięciu znanych graczy giełdowych oraz udzielane przez nich komentarze.
Portal codziennie odwiedza podobno ponad 100 tys. osób, wśród których – jak zapewnia Tian – są zarówno inwestorzy indywidualni, jak i instytucjonalni. Doczekał się dość licznej konkurencji, co zdaje się potwierdzać zapotrzebowanie na opinie autorytetów.

Wyczucie czy czysty interes

Nie sądzę, że rynki reagują na wypowiedzi guru w tym stopniu, w jakim się powszechnie uważa. Nie przypominam sobie, aby ich opinie wywarły bezpośredni, natychmiastowy wpływ na przebieg sesji – nie kryje sceptycyzmu David Kelly, główny strateg rynkowy JPMorgan Funds.
Jak tłumaczy, komentarzami autorytetów emocjonują się co najwyżej drobni inwestorzy indywidualni, więc siłą rzeczy nie mogą one powodować znacznych ruchów kapitału. Zamożni gracze indywidualni oraz inwestorzy instytucjonalni nie podejmują takich emocjonalnych decyzji, tylko kierują się analizami całego sztabu profesjonalistów.
Jeszcze innego zdania jest John Reese, założyciel i prezes firmy Validea Capital Management, która doradza m.in., jak inwestować w zgodzie ze strategiami gwiazd Wall Street.
– Z naszych analiz wynika, że w okresach zawirowań na rynkach finansowych, gdy inwestorów przepełnia strach i niepewność, komentarze niektórych autorytetów mogą mieć niekiedy krótkoterminowy wpływ na nastroje – wyjaśnia w rozmowie z „Rz".
Uwagi Biggsa i Buffetta po marcowej katastrofie w Japonii mogą się w ten schemat wpisać. – Jeśli jakiś słynny inwestor oznajmia, że zamierza coś kupić lub sprzedać, to z reguły znaczy, że zamierza postąpić odwrotnie, tylko chce odpowiednio przygotować rynek. Dlaczego w przeciwnym wypadku miałby zdradzać swoje zamiary? – wskazuje Kelly, choć zgadza się, że po katastrofach finansowych, takich jak ta z jesieni 2008 r., gracze giełdowi są bardziej otwarci na opinie guru.
– Obawy, że słynni inwestorzy próbują wykorzystać swoją pozycję, aby ograć drobnych graczy, są powszechne – przyznaje Tian. Jak jednak zaznacza, zaufaniem cieszą się tylko ci guru, których zalecenia w przeszłości się sprawdzały.
– A przecież takie znakomitości jak Buffett czy George Soros wielokrotnie dowodziły, że mają wyczucie – dodaje. Wśród inwestorów, którzy cieszą się na rynkach uznaniem, wymienia jeszcze Johna Paulsona i Davida Teppera.
Ten pierwszy zarządza trzecim co do wielkości towarzystwem funduszy hedgingowych, które pod swoją pieczą ma ponad 35 mld dol. Naprawdę głośno zrobiło się o nim przed kilkoma laty.
W latach 2006 – 2008, gdy grał na załamanie na rynku nieruchomości w USA, średnia roczna stopa zwrotu jego flagowego funduszu Advantage Plus przekraczała 60 proc., a sam Paulson w 2007 r. zainkasował dzięki prowizjom za zarządzanie i inwestycjom we własne fundusze 3,5 mld dol.
W ubiegłym roku przeszedł samego siebie i obstawiając zwyżki cen złota, wzbogacił się o 5 mld dol. Tyle w ciągu roku nie zarobił na Wall Street jeszcze nikt.
Na drugim miejscu pod tym względem jest właśnie Tepper, założyciel funduszu hedgingowego Appaloosa, który w 2009 r. wzbogacił się o 4 mld dol., kupując akcje stojących na krawędzi bankructwa amerykańskich banków. Inwestycje w spółki w tarapatach to zresztą jego specjalność.

Zdyskredytowani pesymiści

Jeśli nawet wypowiedzi inwestycyjnych autorytetów nie przekładają się w oczywisty sposób na przebieg poszczególnych sesji na rynkach finansowych, nie oznacza to, że ich słowa są ignorowane. Ich opinie często stopniowo kształtują poglądy szerokich kręgów inwestorów i w ten sposób przekładają się na ich decyzje.
Przykładowo, modę na inwestowanie w surowce wykreował w pewnej mierze Jim Rogers. Nieco ekscentryczny inwestor, który na koncie ma nie tylko sukcesy giełdowe (w latach 70. wspólnie z Sorosem założył słynny fundusz hedgingowy Quantum Fund), ale także m.in. motocyklową wycieczkę dookoła świata, od ponad dekady konsekwentnie przekonuje, że nieubłagane siły popytu i podaży będą windowały ceny surowców.
Z kolei dla popularyzacji rynków wschodzących takie same zasługi ma Mark Mobius, zarządzający funduszami towarzystwa Templeton.
– Jeśli odnoszący sukcesy inwestor ma jakieś wyraziste poglądy na dany rynek i formułuje je, zanim inni wpadną na ten trop, staje się swego rodzaju przewodnikiem – tłumaczy Reese, autor książki „The Guru Investor: How to Beat the Market Using History's Best Investment Strategies".
Przypomina w tym kontekście o wskazówce Teppera z września 2010 r., że działania amerykańskiego banku centralnego gwarantują zwyżki cen niemal wszystkich aktywów uważanych za ryzykowne. Jak się okazało, rozpoczęta przez Rezerwę Federalną w listopadzie druga runda tzw. ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej (QE) przez kilka miesięcy napędzała hossę na rynku akcji i surowców.
– Nie jest jednak tak, że szerokie rzesze inwestorów słuchają tylko wypowiedzi guru na tematy, na których najlepiej się oni znają. Jeśli ich wiarygodność jest wysoka, interesujące są również ich opinie na temat rynków, z którymi nie są oni utożsamiani – zastrzega z kolei główny analityk GuruFocus.com. Takie nietypowe wystąpienia tytanów Wall Street mogą być nawet postrzegane jako ważniejsze. – Wtedy nie ma przynajmniej podejrzeń, że starają się manipulować rynkiem we własnym interesie – tłumaczy.
Przykładu dostarcza ostrzeżenie Buffetta z marca tego roku, aby stronić od dolarowych aktywów o stałym oprocentowaniu, w tym amerykańskich obligacji skarbowych. – Zalecałbym powstrzymanie się od takich inwestycji. Nie sądzę bowiem, by za 5, 10 czy 20 lat dolar miał utrzymać swoją dzisiejszą siłę nabywczą – przekonywał wówczas legendarny inwestor kojarzony głównie z rynkiem akcji.
I odwrotnie, przewidywalne, nieustannie optymistyczne wypowiedzi Rogersa czy Mobiusa na ich ulubione tematy nie robią już na uczestnikach rynków wrażenia. Zarządzający Templetona gościł w połowie maja w Warszawie, gdzie przekonywał, że akcje na rynkach wschodzących, w tym w Polsce, są wciąż w umiarkowanym trendzie wzrostowym. Inwestorów najwyraźniej to nie przekonało, bo w kolejnych dniach na warszawskiej giełdzie utrzymywał się dominujący od początku miesiąca pesymizm.
Ale jeszcze mniejszy posłuch mają ci spośród rynkowych guru, którzy wyrobili sobie opinię niereformowalnych niedźwiedzi, nawet jeśli odnoszą sukcesy. Zaliczyć do nich można Jeremy'ego Granthama, głównego zarządzającego funduszami towarzystwa GMO. Gdy jego pesymistyczne prognozy dla rynku akcji formułowane od końca lat 90. w 2007 r. okazały się trafne, komentowano, że „nawet zepsuty zegar dwa razy na dobę ma rację". Potem nie uwierzono mu nawet, gdy pod koniec 2008 r. słusznie zapisał się do obozu byków.

Nauka z portfeli

Jednak nawet niewyznający kultu guru Kelly przyznaje, że czym innym jest analizowanie wypowiedzi rynkowych autorytetów, a czym innym śledzenie ich faktycznych decyzji. Tymczasem to właśnie jest główny obszar działalności GuruFocus.com i podobnych portali, np. popularnego serwisu Marketfolly.com.
Analizują one oświadczenia (tzw. formularze 13F), jakie firmy zarządzające aktywami, w tym fundusze hedgingowe, muszą składać w amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) do 45 dni po zakończeniu każdego kwartału. Podają w nich ze szczegółami skład swoich portfeli akcji. Dane te śledzą nie tylko wyspecjalizowane portale, ale większość finansowych mediów, a nawet poważane instytucje finansowe.
Przykładowo, bank inwestycyjny Goldman Sachs od 2006 r. udostępnia swoim klientom listę istotnych pozycji, jakie zajmują na rynku fundusze hedgingowe, znaną jako lista VIP. VIP analitycy nowojorskiego banku określają 50 spółek, których akcje stanowią ważne pozycje możliwie wielu spośród ok. 700 obserwowanych przez nich funduszy. Ostatnio najpopularniejszą wśród nich spółką jest kultowy producent sprzętu elektronicznego Apple.
Pozycje funduszy hedgingowych, zwłaszcza tych kierowanych przez legendarnych zarządzających, przykuwają uwagę, bo podmioty te dysponują obecnie łącznie ok. 2 bln dol. Obracając takim kapitałem – a robią to aktywnie – mogą wpływać na notowania na rynkach.
– Jeśli dziesięć czołowych funduszy hedge ma akcje tej samej spółki, to jest to wymowne. Można skorzystać z całej pracy analitycznej, jaką podmioty te wykonały – przekonuje Vladimir Belinsky z firmy doradczej Hermitage Advisors.
– Problem z formularzami 13F jest jednak taki, że pokazują one zmiany pozycji guru z dużym opóźnieniem
– zauważa Kelly. – Ale i tak ich analiza ma sens. Jeśli uważamy, że inni inwestorzy zareagują na te spóźnione informacje, to choćby z tego powodu warto postąpić analogicznie.
– Z moich analiz wynika, że inwestorzy, którzy poszli w ślady Buffetta kilka lat później, i tak byli w stanie zarobić pieniądze – potwierdza Tian.

Rzadka otwartość

Niekiedy inwestycyjni tytani informują rynki jednak o swoich poczynaniach na bieżąco. We wrześniu 2008 r., w najgorętszym okresie kryzysu finansowego w USA, inwestycyjny wehikuł Buffetta wyłożył 5 mld dol. na uprzywilejowane akcje Goldman Sachs.
Decyzja ta została uznana za wyraz zaufania guru do tej instytucji, a jej akcje (zwykłe) do dziś podrożały o prawie 30 proc. Berkshire Hathaway wycofał się z tej inwestycji w tym roku z zarobkiem 1,7 mld dol.
Nowszym przykładem są poczynania Billa Grossa zarządzającego w PIMCO, największym na świecie towarzystwie funduszy obligacji.
Od kiedy Fed w listopadzie ubiegłego roku rozpoczął drugą rundę ilościowego łagodzenia polityki pieniężnej, czyli skupu obligacji skarbowych w celu obniżenia ich rentowności, inwestor wielokrotnie dawał do zrozumienia, że widzi w tych papierach coraz mniej wartości. Wyrażał zaniepokojenie poziomem zadłużenia Stanów Zjednoczonych i wskazywał, że gdy QE dobiegnie końca, wyschnie popyt na obligacje USA, a ich ceny znacząco spadną.
W marcu PIMCO ujawniło dane, z których wynikało, że udział obligacji USA w portfelu flagowego funduszu spadł do zera z 12 proc. jeszcze w styczniu i ponad 60 proc. pod koniec 2009 r. Inwestorzy, którzy chcą się zastosować do zaleceń „króla obligacji", wciąż mają na to czas: druga runda QE kończy się w połowie roku.
Tak klarowne wskazówki z ust tuzów Wall Street należą jednak do rzadkości.
Pod koniec 2010 r. George Soros, oświadczył, że na rynku złota powstała bańka spekulacyjna. Część komentatorów uznała to za ostrzeżenie, że cena kruszcu, która rośnie nieprzerwanie od dekady, wkrótce się załamie. Inni jednak wskazywali, że słowa inwestora można interpretować jako zachętę do inwestycji w metale szlachetne, bo narastająca bańka może wynieść ich ceny do niebotycznych poziomów.
Wówczas fundusz Sorosa faktycznie zwiększał swoje zaangażowanie w złoto. W maju dziennik „Wall Street Journal" podał jednak, że Soros Fund Management pozbył się większości inwestycji w ten kruszec. Ujawnione po kilku dniach oświadczenie 13F potwierdziło to jednak tylko częściowo: firma głośnego inwestora rzeczywiście w I kwartale wyprzedała większość swoich jednostek uczestnictwa w funduszu SPDR Gold Trust, który inwestuje w sztabki złota, ale jednocześnie zwiększyła zaangażowanie w akcje kilku spółek wydobywających ten kruszec.
To nie jedyna trudność „gry z gwiazdami", jak niekiedy określa się podążanie za inwestycjami legend Wall Street. O ile bowiem Soros swoje złoto częściowo sprzedaje, wspomniany John Paulson takiej potrzeby nie widzi. Na początku maja oświadczył, że uncja żółtego metalu w perspektywie trzech – pięciu lat będzie kosztowała... 4 tys. dol. Dziś jest po ok. 1500 dol. Któremu więc przewodnikowi zaufać?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA