fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

1 procent podatku

A serce jest gratis

Zakład Opiekuńczo-Leczniczy z wdzięcznością przyjmie Twoje wsparcie Przekaż 1% swojego podatku na organizację pożytku publicznego Caritas Archidiecezji Warszawskiej KRS 0000225750 wskazując w odpowiedniej rubryce zeznania podatkowego „Zakład Opiekuńczo-Leczniczy” jako cel szczegółowy.
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Nie mamy recepty na długowieczność ani na wspaniałe życie. Ale dołożymy wszelkich starań, żeby pacjent jak najdłużej był z nami – deklarują pracownicy Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego Caritas Archidiecezji Warszawskiej.
Kobieta siedzi na wózku – nieruchoma, jakby nieobecna. Mężczyzna delikatnie smaruje jej twarz. Wchodzącym do pokoju wyjaśnia: „Nakładam oliwkę, żeby nawilżyć cerę". Po chwili dodaje tonem usprawiedliwienia: „Na co mi przyszło, staremu...? Mam już 86 lat, moja żona 82".
– Przyszło wypełnić miłość do końca, panie Zdzisławie – odpowiada dr Barbara Kołakowska, kierownik zakładu, specjalista medycyny paliatywnej i anestezjolog. Scen krzepiących, godnych uwiecznienia na taśmie filmowej czy malarskim płótnie widziała w zakładzie wiele. Podobnie jak scen odwrotnych, pełnych cierpienia w samotności, odchodzenia bez najbliższych. – Bo u nas, mimo chorób i starości, toczy się zwykłe życie – zapewnia.
Zakład Opiekuńczo-Leczniczy mieści się w historycznym budynku (przy Krakowskim Przedmieściu 62), który warszawiacy nazywają Res Sacra Miser, od wykutej na fasadzie budynku łacińskiej maksymy. To dawny pałac Kazanowskich, wpisany do rejestru zabytków. Ma 149 miejsc, dwa oddziały kobiece, jeden męski, hospicjum oraz oddział dla chorych w stanach wegetatywnych.

Fryzjer, manicure i francuska piosenka

Mam towarzyszyć pani kierownik w codziennym obchodzie, najpierw jednak kilka słów wprowadzenia.
– Sprawność naszych pacjentów jest bardzo mała. Większość nie potrafi samodzielnie jeść, umyć się, a nawet przemieścić z łóżka na krzesło. Czasem są to osoby chodzące, ale niezgłaszające żadnych potrzeb, czyli nieobsługujące się samodzielnie. Wszyscy wymagają całodziennej opieki, przewijania i karmienia – uprzedza pani doktor.
Zaczynamy od sali rehabilitacyjnej. I tu pierwsza niespodzianka: jest głośno i wesoło, co zdaje się potwierdzać trafność powiedzenia, że ruch to zdrowie. Panie na wózkach rozciągają mięśnie przy drabinkach, próbują swoich sił przy balkonikach, a oczekujące na swoją kolej ćwiczą płuca, dmuchając w butelki z wodą. Zaczepiam panią Zosię, zwracając uwagę na jej staranny manicure: – Ach, to zasługa naszej kochanej Ani, kosmetyczki wolontariuszki. Pięknie maluje paznokcie – wyjaśnia.
– I stopy nam pielęgnuje! – dopowiada kobiecy chórek.
Z zakładem związanych jest 87 wolontariuszy. – Pacjenci bardzo czekają na te wizyty, szczególnie na młodych ludzi. Są spragnieni wiadomości, co u kogo słychać, co nowego się wydarzyło. Wolontariusze dopingują ich do rehabilitacji, wzmacniają wolę życia. Regularnie przychodzi Danusia, fryzjerka, która strzyże i układa fryzury, a także bardzo oczekiwana młoda wolontariuszka, która uczy francuskich piosenek. To dopiero gratka – opowiada dr Kołakowska.
Na korytarzu spotykamy panią Marię, która w ubiegłym roku została odznaczona Honoratem – medalem za wieloletni wolontariat, przyznawanym przez Caritas Archidiecezji Warszawskiej.
– Przychodzę tutaj od blisko 11 lat. Najpierw dyżurowałam cztery dni w tygodniu, teraz tylko dwa, po trzy godziny. Wyspecjalizowałam się w kąpaniu chorych. Pomagam, bo czuję taką potrzebę – tłumaczy swoją motywację. – Ale inni na emeryturze jeżdżą na działki – prowokuję. – Ja też. Wszystko można pogodzić, jak się chce. Tydzień jest długi. – Pani Maria uśmiecha się porozumiewawczo i biegnie do swoich zajęć.
A my zaglądamy na oddział męski. – Jak tam, panie Tadeuszu, humor już się poprawił? – dopytuje doktor Kołakowska. – Dobrze było, jest i będzie, proszę panią dyrektor. Mam laptopa, to jest co robić. Ale poproszę za chwilę wpaść, jak się ogolę – zaprasza pan Tadek.
Idziemy jednak dalej. Wchodzimy do sali, gdzie leży pani Dorota po udarze. Kiedy trafiła do zakładu, nie poruszała się i nie mówiła. Po wstępnej rehabilitacji ruchowej pojechała na rehabilitację neurologiczną. Ćwiczyła mowę. Teraz porozumiewa się dość swobodnie. Mówi mi, że ma dopiero 48 lat, ale prawdopodobnie nigdy nie opuści zakładu. Odwiedzają ją sąsiedzi – wspaniali, to oni składali tu dokumenty, kiedy była w szpitalu. – A gdzie rodzina? – pytam. – Mam tylko siostrę w Niemczech. Czasem wpada do mnie, ale tak na sekundkę, przed wyjazdem. Gdyby nie sąsiedzi, załamałabym się – mówi ze łzami w oczach.
Pani Dorota leży w ogromnej 60-metrowej sali razem z pięcioma pacjentkami.
– No cóż, jesteśmy przecież w pałacu – tłumaczy pani dyrektor. Niewątpliwie zaletą tych sal jest swobodny dostęp do łóżek, można podjechać z podnośnikiem i wózkiem. Większość sal w zakładzie to jednak pokoje cztero-, trzy-, dwu-, a nawet jednoosobowe. Te ostatnie niestety maleńkie.
Wszędzie panuje pałacowa czystość. Nie czuć przykrych zapachów. – Po prostu dbamy o naszych pacjentów. Zdobyliśmy certyfikat jakości ISO. Nasz zakład ma być namiastką domu – podkreślają przedstawiciele personelu.
Nigdy jednak prawdziwym domem nie będzie. – Najgorsze są sobota i niedziela, bo nie ma rehabilitacji i chorzy czasem się nudzą. A przecież większość z nich ma rodzinę, która powinna tu zajrzeć. Pójść z mamą czy tatą na mszę św., zabrać na spacer. Opowiedzieć, co w domu, pooglądać zdjęcia. A zamiast tego są pretensje do zakładu. A my nie mamy środków, żeby na weekendy zatrudnić więcej osób. Całe szczęście, że w niedziele przychodzą wolontariusze – mówi dr Kołakowska. W zakładzie goście mogą kupić obiad pracowniczy, co jest dużą pomocą zwłaszcza dla współmałżonków pacjentów.

Dziesięć miesięcy w kolejce

ZOL zatrudnia 160 osób: 9 lekarzy specjalistów, ok. 80 pielęgniarek, 13 rehabilitantów. Ci ostatni pracują z prawie wszystkimi pacjentami. Ćwiczenia dostosowane są do możliwości i potrzeb. Dla jednych podstawowym celem jest przekręcenie się na łóżku, dla drugich możliwość poruszania się po domu czy pokonywanie schodów. Dobra rehabilitacja przynosi czasem zaskakujące efekty, na przykład powrót do domu. W ubiegłym roku zakład opuściło dwóch pacjentów, którzy trafili tu w stanie wegetatywnym. Jeżdżą co prawda na wózkach, ale obsługują się samodzielnie.
– Chcielibyśmy, żeby pobyt u nas był czasowy, dla podreperowania zdrowia, ale nie zawsze to jest możliwe. Pacjenci często są w bardzo zaawansowanym wieku albo w postępującej szybko chorobie. Rodziny opiekują się dopóty, dopóki nie zaczyna to przekraczać ich możliwości. Żeby nie nasz zakład, niejedna osoba musiałaby zwolnić się z pracy, żeby zająć się chorym, ale wtedy z czego miałaby żyć? – pyta retorycznie Dorota Kotowska, pielęgniarka oddziałowa. Zaawansowanej opieki wymagają pacjenci wypisywani ze szpitalnych OIOM. To jest dyżur całodobowy. Nie wszystkie rodziny są w stanie go podjąć. Trzeba mieć w domu specjalistyczny sprzęt: ssak do odsysania wydzielin, dobry materac przeciwodleżynowy, podnośnik, żeby łatwiej zmienić pościel, czy łóżko sterowane elektrycznie. W tej sytuacji lepszym rozwiązaniem może być zakład opiekuńczo-leczniczy. Oczekujących jest dużo. Na przyjęcie do ZOL Caritas warszawskiej najdłużej czekają kobiety – około 10 miesięcy, mężczyźni – pół roku, dwa miesiące chorzy w stanach wegetatywnych. Najszybciej, bo już po około dwóch tygodniach, przyjmuje hospicjum, ale są też takie okresy, kiedy chorzy terminalnie przyjmowani są na bieżąco. Podstawą przyjęcia do ZOL jest skierowanie od lekarza ubezpieczenia zdrowotnego oraz wniosek pacjenta.
Pacjenci hospicjum nie ponoszą żadnych opłat. Podopieczni zakładu płacą 70 procent renty lub emerytury, ale obecnie nie więcej niż 1765,73 zł. Podstawą utrzymania placówki jest jednak kontrakt z NFZ. Zakład otrzymuje też dotację z Biura Polityki Zdrowotnej Miasta Stołecznego Warszawy w ramach programu wsparcia ciężko i nieuleczalnie chorych.
– Szukamy pomocy u sponsorów, ludzi dobrej woli. Zależy nam zwłaszcza na dobrym sprzęcie, który podnosi jakość opieki. W ubiegłym roku kupiliśmy kilka wspaniałych wózków, na których mogą posiedzieć ci pacjenci, którzy jeszcze do niedawna nie ruszali się z łóżek. Marzymy o wadze dla chorych w stanie wegetatywnym. Chętnie zatrudniłabym po jednej dodatkowej pielęgniarce na noc. Można by też poszerzyć metody rehabilitacji neurologicznej... – wzdycha doktor Kołakowska.
Koszt pobytu pacjenta w zakładzie przy Krakowskim Przedmieściu jest wysoki. – Leczenie, pielęgnacja, wikt i opierunek – kosztują, ale nasze serca są gratis – mówi siostra Kotowska. – Ludzie starsi często odchodzą. Nie mamy recepty na długowieczność ani na wspaniałe życie. Ale dołożymy wszelkich starań, żeby pacjent jak najdłużej był z nami.
Żywym dowodem na to, że nie jest to deklaracja bez pokrycia, jest najstarsza mieszkanka zakładu – pani Irenka.
– Kiedy tu przyszłam, miałam 80 lat, a teraz minęło mi 97 – mówi z dumą.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA