fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Cała Polska buduje filharmonie

Gmach filharmonii w Białymstoku będzie gotowy w 2012 roku
Archiwum
Sale koncertowe powstają w kilku miastach. Ich władze przekonują, że nie tylko o prestiż tu chodzi
 
Nowoczesna bryła zaprojektowana przez hiszpańskich architektów, pięć kondygnacji, sale mieszczące łącznie 1200 osób, a wszystko za blisko 100 mln zł, w połowie pozyskanych z Unii Europejskiej – Szczecin buduje nową siedzibę dla filharmonii. Jak zapewniają władze miasta, będzie to najnowocześniejszy tego typu obiekt w Polsce.
Na początku marca prezydent Szczecina Piotr Krzystek podpisał umowę z wykonawcą. Budowa powinna zostać sfinalizowana w połowie 2013 r.
– W szybkim tempie zaczynamy nadrabiać wieloletnie zaległości w realizacji obiektów użyteczności publicznej – podkreśla Krzystek i zapowiada, że nowe inwestycje oznaczają imprezy o międzynarodowej randze.
A dyrektor filharmonii Mieczysław Oryl dorzuca: – Szczecin udowadnia, że kultura nie jest ani nadbudową, ani uciążliwym dodatkiem, na który będzie nas stać, gdy już wszystko wybudujemy.

To dopiero początek wydatków

Szczecin nie jest wyjątkiem. Dziś w polskich miastach filharmonie wyrastają niczym grzyby po deszczu. Siedem lat temu nowoczesnego gmachu doczekała się Filharmonia Zielonogórska. Stara sala koncertowa może pomieścić 200 osób, nowa – 400.
Wkrótce filharmonię – pierwszą w swej historii – będzie miał sąsiedni Gorzów Wielkopolski. Miasto nie tylko wznosi gmach, ale i od podstaw utworzyło zespół. Koszt samej tylko siedziby to 130 mln zł.
– Proszę pamiętać, że inwestycja nie ogranicza się wyłącznie do gmachu. Tworzymy Centrum Edukacji Artystycznej, które pomieści także szkoły i nowoczesny kompleks sportowy – wyjaśnia Anna Zaleska, rzeczniczka gorzowskiego magistratu.
Na początku przyszłego roku powinna się zakończyć budowa Europejskiego Centrum Muzyki i Sztuki, które obejmie Operę i Filharmonię Podlaską w Białymstoku. Sale koncertowe pomieszczą 1,5 tysiąca widzów, wewnątrz znajdzie się też ogromna obrotowa scena, a architektura samego gmachu w oryginalny sposób ma współgrać z otaczającą go roślinnością. Koszt – 220 mln zł. Pieniądze pochodzą z budżetu samorządu województwa, Unii Europejskiej i Ministerstwa Kultury.
Nowoczesne siedziby wkrótce będą miały także filharmonie w Olsztynie, Koszalinie, Kielcach. A przecież budowa nowego gmachu to tylko początek wydatków.
– Tegoroczny budżet Filharmonii Świętokrzyskiej w Kielcach, uwzględniając tylko bieżącą działalność placówki, to 4,6 mln zł – wyjaśnia Iwona Sienkiewicz, rzeczniczka marszałka województwa świętokrzyskiego. – Jeśli chodzi o budżet filharmonii na 2012 r., kiedy inwestycja się zakończy, to z pewnością się on zmieni. Dojdą koszty związane z utrzymaniem budynku, pojawią się nowe etaty. Wstępne szacunki będą gotowe w połowie roku.
Samorządy jednak coraz odważniej stawiają na kulturę wysoką. Dlaczego?

Misja, tęsknota czy zazdrość

– Nasza filharmonia nie ma swojej siedziby. Działa w należącym do Skarbu Państwa budynku szkoły muzycznej. W ten sposób na dłuższą metę nie można normalnie funkcjonować – podkreśla Zdzisław Fadrowski, dyrektor departamentu kultury i edukacji Urzędu Marszałkowskiego w Olsztynie.
Na pytanie, dlaczego samorządowi zależy, by to zmienić, odpowiedź jest krótka: misja. – Do naszych zadań należy edukacja i upowszechnianie kultury wysokiej – zaznacza Fadrowski. Przyznaje jednak, że tego rodzaju inwestycja podnosi prestiż miasta. Taki argument przywoływany jest wszędzie tam, gdzie filharmonie powstają. Im jednak miasto mniejsze, tym słychać go wyraźniej.
– Koszalin do 1999 r. był miastem wojewódzkim. Reforma administracyjna odebrała nam ten status. Wielu mieszkańców się z tym nie pogodziło, czego wynikiem były choćby starania o utworzenie województwa środkowopomorskiego – podkreśla Robert Grabowski, rzecznik koszalińskiego urzędu miejskiego. – Dlatego każda inwestycja, która poprawi jakość życia mieszkańców, przyczynia się do podniesienia rangi miasta, jest u nas na wagę złota. Ale proszę nie myśleć, że filharmonię budujemy wyłącznie dla prestiżu.
Istniejący w Koszalinie zespół nie ma własnej siedziby. Teraz zyska komfortowe miejsce pracy, a melomani salę koncertową na 500 miejsc. Czy uda się ją regularnie zapełniać w nieco ponadstutysięcznym mieście? – Obecnie koncerty odbywają się w sali Centrum Kultury 105. Może pomieścić 400 osób, a zawsze jest wypchana po brzegi. O frekwencję się zatem nie martwię – podkreśla Grabowski.

Pierwsze pokolenie na sedesie

Ale podobne inwestycje w miastach średniej wielkości mogą wzbudzać ogromne kontrowersje. Przykład – Gorzów Wielkopolski.
– Filharmonia będzie pierwszą po II wojnie światowej instytucją kultury zbudowaną od podstaw. Liczymy, że jej oddziaływanie rozciągnie się nie tylko na północną część Lubuskiego, ale także na sąsiednie województwa – zaznacza Anna Zaleska.
Jednak według radnego PO Jerzego Synowca to próba wyleczenia małomiasteczkowego kompleksu wobec sąsiedniej Zielonej Góry. – Tylko że tam filharmonię utrzymuje marszałek województwa, a u nas spadnie to na barki miasta – mówi. Według niego Gorzowa na to nie stać. Co więcej – zapotrzebowanie na kulturę wysoką jest w mieście nikłe.
– Nowi mieszkańcy, którzy przyjechali tu po wojnie, to chłopi z Polesia i Wołynia, biedota z Poznańskiego. Dla nich cywilizacyjny skok polegał na możliwości zamieszkania w murowanych domach, które zostały po Niemcach – przekonuje Synowiec. – My jesteśmy pierwszym pokoleniem „na sedesie". Ile osób w Gorzowie odczuwa potrzebę chodzenia na koncerty muzyki klasycznej? 100 – 150? A oni przecież mogą jechać choćby do Poznania, a nawet Berlina.

Łatwe inwestycje za unijne fundusze

Tymczasem Bogusław Kaczyński, znany popularyzator muzyki klasycznej, nie kryje satysfakcji z nowej tendencji.
– Dotychczas karmiony byłem głównie informacjami o budowie stadionów – mówi Kaczyński. – Im więcej sal koncertowych, tym lepiej dla emocjonalnego życia Polaków. Takie inwestycje będą promieniowały na całe pokolenia.
Jego zdaniem nawet w miastach średniej wielkości można stworzyć filharmonię, która dysponowałaby przyzwoitym zespołem i współpracowała ze znanymi muzykami z zewnątrz. Wszystko zależy od operatywności lokalnych władz, przede wszystkim zaś od dyrektora placówki.
– Jeśli to się uda, zapełnienie 500-osobowej sali nie powinno nastręczać większych trudności. W średniej wielkości miastach zachodniej Europy zwykle powstają sale na tysiąc osób – podkreśla Kaczyński.
Jednak zdaniem prof. Ryszarda Cichockiego, socjologa z Uniwersytetu imienia Adama Mickiewicza w Poznaniu: – Filharmonie wznoszone są głównie z unijnych funduszy. Gdyby trzeba było wydać wyłącznie własne pieniądze, pewnie samorządy tak łatwo by się na to nie decydowały.
Profesor Cichocki dodaje, że takie inwestycje mają uzasadnienie tam, gdzie istnieje silne środowisko muzyków i melomanów.
– A w stutysięcznym mieście nie jest to oczywiste. Jeśli takiego środowiska brakuje, wznoszenie budynku wyłącznie dla prestiżu mija się z celem. To zaczynanie sprawy od końca – twierdzi socjolog.
Masz pytanie, wyślij e-mail do autora: l.zalesinski@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA